Powrót przez perskie piaski

O rany. Nie było mnie tu prawie rok. Tak bywa, gdy w praktyce ciągnie się dwa etaty i trzeba ustalić sobie w życiu jakieś priorytety, że pewne rzeczy idą boczny tor. Było mi szkoda każdej minuty, którą mogłam poświęcić na mój projekt i niestety robiłam to kosztem tego bloga. Róże zostały, przyznaję, także nieco zaniedbane, chociaż większą część szkód wyrządził i tak zeszłoroczny upał, a nie ja sama. Wszystkich strat zresztą jeszcze nie znam. Po zimie może być różnie.

     A jak to będzie w tym roku? Heh. Ciężko powiedzieć, bo dalej mam mnóstwo rzeczy do zrobienia a do tego jestem w pierwszym trymestrze ciąży. Wreszcie! Długo na to z mężem czekaliśmy. Mimo całej tej kolosalnej pracy i zapuszczenia swojego balkonu, to 2018 był dla mnie naprawdę cudowny. W pewnych wypadkach czas i wysiłek zwyczajnie nie mają znaczenia. Liczy się własna satysfakcja i możliwość realizacji. Coś co sprawia, że żyjemy tak jak powinniśmy. Tu i teraz na swoim miejscu i czujemy to całym sobą.




     Ale wciąż woła mnie do ziemi, do słońca, do moich krzewiszczy a życie wreszcie jakoś na tyle się ustabilizowało, że czasu, zdaje się być pod dostatkiem. Mam nadzieję, róże w tym roku zostaną ogarnięte, chociaż pewnie głównie cudzymi rękami. Pewnych cięższych czynności niestety w tym stanie nie mogę wykonywać i tego nie przeskoczę. Oby tylko nie było upału. Ze względu na moją ciążę zamierzam wszystko urządzić bardziej praktycznie niż historycznie i muszę odpuścić kilka moich fanaberii. To będą "róże dla leniwych". 

     Pierwszy trymestr w moim wykonaniu w ogóle jest okropny, dość dokuczliwy, szczególnie ze względu na mdłości ale dzielnie walczę. Na szczęście Matka Natura chyba mnie lubi bo na początku sezonu wejdę w drugi trymestr, z reguły ponoć spokojniejszy. Termin mam na październik więc praktycznie na sam koniec kwitnienia. Co będzie później? Nie mam pojęcia. Spróbuje zagospodarować tylko ten rok i nie będę wróżyła z fusów. Zdam się na los.



       Jakiś bardzo szczegółowych planów co, jak i kiedy także nie robię z wyjątkiem włączenia mieszańców Hultemii do kolekcji. Nigdy nie lubiłam róż w stylu "dzikim", skromnych z małą ilością płatków ale czuję, że to będzie dobry wybór. Nie jest to nawet do końca róża. Tak zwana róża perska naturalnie porasta pustynne tereny Iranu i Afganistanu i myślę sobie, że jeśli coś ma przetrwać na moim parapecie to tylko ona. Skrzynki parapetowe wyglądają bardzo ładnie, ale strasznie szybko przesychają. Przędziorek ma tam gigantyczne pole do popisu i wszystko nagrzewa się jak na patelni. Miniaturki nie dały rady, nie miały po prostu szans. W tym roku zamierzam naprawić to dwutorowo - przede wszystkim dodam hydrożelu, żeby ziemia trzymała wilgotność a po drugie zamierzam posadzić właśnie jakąś odporniejszą odmianę Hultemii.  Jeśli ona nie da rady, to znaczy, że mój parapet nadaje się co najwyżej jako płyta grzewcza do gotowania herbaty. 

Na dzisiaj tyle, ale obiecuję, że będę wracać. Do zobaczenia.  




CONVERSATION

3 komentarze:

  1. O jak dobrze widzieć kolejny wpis na Twoim blogu:) Serdecznie gratuluję - a jednocześnie trzymam kciuki by wszystkie przykre objawy ciąży szybko minęły. I oczywiście powodzenia w realizacji planów:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak miło znów Cię czytać :)
    Bardzo się cieszę Waszym szczęściem, życzę zdrowia i wszelkiej pomyślności!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję wam za życzenia :) Póki co objawy nie chcą minąć a wręcz się nasiliły ale jeszcze trzy tygodnie i powinno być lepiej.

    OdpowiedzUsuń

piątek, 15 lutego 2019

Powrót przez perskie piaski

O rany. Nie było mnie tu prawie rok. Tak bywa, gdy w praktyce ciągnie się dwa etaty i trzeba ustalić sobie w życiu jakieś priorytety, że pewne rzeczy idą boczny tor. Było mi szkoda każdej minuty, którą mogłam poświęcić na mój projekt i niestety robiłam to kosztem tego bloga. Róże zostały, przyznaję, także nieco zaniedbane, chociaż większą część szkód wyrządził i tak zeszłoroczny upał, a nie ja sama. Wszystkich strat zresztą jeszcze nie znam. Po zimie może być różnie.

     A jak to będzie w tym roku? Heh. Ciężko powiedzieć, bo dalej mam mnóstwo rzeczy do zrobienia a do tego jestem w pierwszym trymestrze ciąży. Wreszcie! Długo na to z mężem czekaliśmy. Mimo całej tej kolosalnej pracy i zapuszczenia swojego balkonu, to 2018 był dla mnie naprawdę cudowny. W pewnych wypadkach czas i wysiłek zwyczajnie nie mają znaczenia. Liczy się własna satysfakcja i możliwość realizacji. Coś co sprawia, że żyjemy tak jak powinniśmy. Tu i teraz na swoim miejscu i czujemy to całym sobą.




     Ale wciąż woła mnie do ziemi, do słońca, do moich krzewiszczy a życie wreszcie jakoś na tyle się ustabilizowało, że czasu, zdaje się być pod dostatkiem. Mam nadzieję, róże w tym roku zostaną ogarnięte, chociaż pewnie głównie cudzymi rękami. Pewnych cięższych czynności niestety w tym stanie nie mogę wykonywać i tego nie przeskoczę. Oby tylko nie było upału. Ze względu na moją ciążę zamierzam wszystko urządzić bardziej praktycznie niż historycznie i muszę odpuścić kilka moich fanaberii. To będą "róże dla leniwych". 

     Pierwszy trymestr w moim wykonaniu w ogóle jest okropny, dość dokuczliwy, szczególnie ze względu na mdłości ale dzielnie walczę. Na szczęście Matka Natura chyba mnie lubi bo na początku sezonu wejdę w drugi trymestr, z reguły ponoć spokojniejszy. Termin mam na październik więc praktycznie na sam koniec kwitnienia. Co będzie później? Nie mam pojęcia. Spróbuje zagospodarować tylko ten rok i nie będę wróżyła z fusów. Zdam się na los.



       Jakiś bardzo szczegółowych planów co, jak i kiedy także nie robię z wyjątkiem włączenia mieszańców Hultemii do kolekcji. Nigdy nie lubiłam róż w stylu "dzikim", skromnych z małą ilością płatków ale czuję, że to będzie dobry wybór. Nie jest to nawet do końca róża. Tak zwana róża perska naturalnie porasta pustynne tereny Iranu i Afganistanu i myślę sobie, że jeśli coś ma przetrwać na moim parapecie to tylko ona. Skrzynki parapetowe wyglądają bardzo ładnie, ale strasznie szybko przesychają. Przędziorek ma tam gigantyczne pole do popisu i wszystko nagrzewa się jak na patelni. Miniaturki nie dały rady, nie miały po prostu szans. W tym roku zamierzam naprawić to dwutorowo - przede wszystkim dodam hydrożelu, żeby ziemia trzymała wilgotność a po drugie zamierzam posadzić właśnie jakąś odporniejszą odmianę Hultemii.  Jeśli ona nie da rady, to znaczy, że mój parapet nadaje się co najwyżej jako płyta grzewcza do gotowania herbaty. 

Na dzisiaj tyle, ale obiecuję, że będę wracać. Do zobaczenia.  




3 komentarze:

  1. O jak dobrze widzieć kolejny wpis na Twoim blogu:) Serdecznie gratuluję - a jednocześnie trzymam kciuki by wszystkie przykre objawy ciąży szybko minęły. I oczywiście powodzenia w realizacji planów:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak miło znów Cię czytać :)
    Bardzo się cieszę Waszym szczęściem, życzę zdrowia i wszelkiej pomyślności!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję wam za życzenia :) Póki co objawy nie chcą minąć a wręcz się nasiliły ale jeszcze trzy tygodnie i powinno być lepiej.

    OdpowiedzUsuń

Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

Zezwalam na korzystanie ze zdjęć, których jestem właścicielką do użytku niekomercyjnego, szczególnie zaś w celu propagowania wiedzy o różach i ich hodowli.
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Back
to top