featured Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże historyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże historyczne. Pokaż wszystkie posty

Różany trud...

W rosarium...

Dwa lata z miejskimi różami...

Jesienne zakupy - Gloire de Dijon czyli wyjątkowa róża ze starej Anglii...

Wiejskie róże w czerwcu...

Róże na polskiej Wikipedii

Tajemnicze róże i niezwykłe znaleziska czyli Koszuty i Jowita

Róża z dalekiej Persji - czyli Rose de Resht

Rosa Mundi - róża piękna i pożyteczna...

Róża herbatnia - zabytek znaleziony w rodzinnym ogrodzie

Róże i filozofia czyli o pomyłce w rosarium...

Mme Isaac Pereire - róża pachnąca konfiturami

Róża portlandzka hrabiego Chambord - czyli Comte de Chambord

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże historyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże historyczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 września 2017

Różany trud...

Obecny wrzesień przypomina bardziej listopad. Zimno i pada dobrze, że ten weekend był wreszcie słoneczny a ja znalazłam trochę czasu, żeby ogarnąć róże. Ostatnio niestety miałam nawał obowiązków i moje donice zostały trochę zaniedbane. Na szczęście jest to taki moment sezonu, w którym wystarczy podlać a róże poradzą sobie same. Nic strasznego również się nie dzieje oprócz corocznego ataku przędziorka. Tym razem bez większy ofiar co i tak jest dużym sukcesem ale nieco dostało się Mary Rose. Straciła sporo liści i odbiło się to na jej kwitnieniu. 

W ogóle ten sezon pod względem kwitnienia jest u mnie dużo, dużo gorszy, nawet nie ma co za bardzo pokazać. Ale... To nie jest tak, że pogoda jest taka beznadziejna albo róże chorują. W wypadku angielek być może wpływ miała mroźna zima jednak krzewy zostały też poprzesadzane do dużo większych donic i inwestują w rozwój, tym bardziej, że spora część to nowe rośliny. Prawdopodobnie w przyszłym sezonie wszystko się wyrówna a ja będę się modlić o ładną, śnieżną ale niezbyt mroźną zimę, taką idealną dla róż z łagodniejszych klimatów. Zdziwił mnie nieco mój egzemplarz Comte de Chambord. Ta róża dostała największą donicę i sądziłam że, pójdzie mocno w górę a tymczasem silnie rozrasta się na boki. Pnące rosną jak głupie. Przycinam je trochę, żeby one z kolei rozkrzewiały się na boki ale i tak cały czas ciągną w górę. I tak będę musiała je mocniej przyciąć, bo w takiej formie nie mam szans na ich porządne okrycie.

Moje róże pnące są bardzo wrażliwe na mróz i zamierzam w tym roku przetestować na nich nieco zmodyfikowany i wzbogacony rodzaj okrycia. Napiszę o tym osobną notatkę, kiedy uda dostać mi się wszystkie materiały i przyjdzie na to czas. Mam nadzieję, że przezimują bez przeszkód, bo bardzo mi zależy na dobrym zdrowiu i kondycji Glorie de Djion. Ta róża w moim sercu zdetronizowała nawet Glamis Castlle. To jest naprawdę najpiękniejsza róża jaką do tej pory widziałam. Wszystko jest w niej zachwycające. Jej siła, zapach i to jak kolor jej kwiatów reaguje na pogodę. Oczywiście kwitnie dalej. Na razie ostrożnie, po jednym kwiecie, bo zajęta jest głównie rozrastaniem się. Próbuję ją sobie wyobrazić, kiedy się wzmocni, dobrze rozkrzewi i wypuści więcej kwiatów. 



Czasami zastanawiam się czy nie mogłabym pójść na łatwiznę kupić sobie jakieś mrozoodporne krzewy z ADR, super odporne, mega kwitnące - przecież są takie. Po czym patrzę na moje kapryśnice i stwierdzam, że gdybym miała inne róże nie byłabym sobą. Chyba zanadto cenię romantyzm. Powiedzmy sobie szczerze, że tak to wygląda - gdyby było inaczej na balkonie nie rosłyby przede wszystkim róże historyczne. Angielki były już dla mnie pewnego rodzaju kompromisem, chociaż dość udanym. Trochę tak czasem w człowieku jest - ciężko to wyjaśnić. Mam przyjaciółkę, która zawsze smaży konfitury starym sposobem przez kilka dni. Kiedyś zapytałam ją po co tak się męczy, czemu nie zrobi tego szybciej, nie kupi konfiturexu albo nie zrobi tego inną metodą. Wiecie co usłyszałam? " Tak wolę, to taki domowy rytuał, nie mogłabym inaczej".  Najwyraźniej tak samo mam z różami... 

niedziela, 18 czerwca 2017

W rosarium...

Do rosarium Państwa Chodunów pojechaliśmy po dwie róże. Wróciliśmy z sześcioma. Dwie na prezent imieninowy dla ciotki na wieś, dwie na działeczkę teściowej i dwie dla mnie na balkon. Żałuję, że nie da się przesłać tego zapachu, który otacza nas po wejściu  do rosarium. Można go jednak sobie wyobrazić patrząc na poniższe zdjęcia.



W rosarium róża panuje niepodzielnie i na każdym kroku udowadnia czemu to właśnie ona jest królową kwiatów. W Indiach istnieją dwie rośliny otaczane czcią. Jest to oczywiście lotos i właśnie róża. Lotos zdaje się być jednak władcą wodnym, ona zaś jest Panią żywiołu ziemi.





U Chodunów róża pojawia się w pięknej wiejskiej aranżacji. Najbardziej okazale wygląda murowana ścianka rozarium porośnięta na każdym kroku różami. Pierwszy raz w życiu widziałam, tak olbrzymie róże wielkokwiatowe. Miały spokojnie około 1,5 metra a może i więcej.  Równie przyjemnie jednak jest wejść w alejki ekspozycji, podzielone pod względem grup. Nie muszę chyba mówić, że najlepiej wejść tam, gdzie wystawiono róże historyczne, zapach jest wówczas wyjątkowy.




W rosarium znaleźliśmy się o bardzo odpowiedniej porze. Mieliśmy trochę szczęścia. Nie dość, że czerwiec czyli czas kwitnienia większości róż to jeszcze było ładnie, ciepło i słonecznie. Zdążyliśmy zrobić zakupy jeszcze przed burzami, które pojawiły się w Wielkopolsce tego samego dnia, na krótko przed południem.




Pojechałam po Glorie de Djion oraz Rose de Meaux. Glorie otrzymałam od razu, jednak po długich poszukiwaniach ani ja, ani obsługa w szkółce nie odnaleźliśmy Rose de Meaux. Ale przy tak oszałamiającym wyborze, chyba nie można mnie winić za to, że nie dotrzymałam Rose de Meaux wierności i wróciłam jeszcze z inną różą. Wybrałam Pompon Blanc Parfait. Jej drobne, delikatne kwiaty wydały mi się podobne do tego co widziałam u Pompon de Mai, zaś po podniesieniu donicy oszołomił mnie zapach tej pięknej, drobnej róży alba. Niezwykle silny, kwiatowy z delikatną nutą owocową. Jestem na takie uroki róży niezwykle wrażliwa.  Po bliższym zapoznaniu się z odmianą stwierdzam, że to nie był zły wybór. To alba ale kwitnąca bardzo długo a do tego, co u róż białych bardzo rzadko spotykane, zdarza się jej czasem kwitnienie powtórzyć.

Przepraszam, że wrzucam zdjęcia róż bez nazw odmian. Nie było jednak czasu o wszystko zapytać. W rosarium jest dość spory ruch. Zainteresowanych zapraszam po prostu do odbycia własnej małej wycieczki do Radlińca. Tym bardziej, że w pobliżu mamy i Rogalin i Koszuty więc można zaplanować sobie fajną wycieczkę.








niedziela, 22 stycznia 2017

Dwa lata z miejskimi różami...

Zaraz mija druga rocznica mojego blogowania. Z tej okazji postanowiłam zrobić małe podsumowanie i odkopać moje najwcześniejsze zdjęcia.


Zaczynałam hodować róże mniej więcej w 2012 roku, o ile dobrze pamiętam, mając bardzo niewielką wiedzę na temat ogrodnictwa w ogóle a jeszcze mniejszą dotyczącą róż. Jak większość ludzi sięgnęłam po to, co miałam pod ręką czyli po mieszańce herbatnie, dostępne w większości popularnych sklepów ogrodniczych. Umyśliłam sobie różę pnącą na balkonie (chociaż ją kupiłam akurat w jakieś szkółce). Nawet do pewnego momentu to szło, póki róża nie zaczęła zamierać. Próbowałam również hodować różę pomarszczoną w donicy. Całość moich prób wyglądała mniej więcej tak:


Nie był to efektowny widok. Zresztą róże w końcu padały. Jedne z powodu błędów w kwestii zimowania, podlewania i generalnie pielęgnacji a inne z powodu chorób grzybowych, z którymi nie miałam pojęcia jak walczyć. Pamiętam, że gdy zamarła moja róża pnąca byłam bardzo rozgoryczona. Tym bardziej, że kwitła dość ładnie jakieś dwa lata. Niemniej z perspektywy czasu była to najlepsza rzecz jaka mogła mi się przytrafić. W tym samym momencie rozkwitła już licząca kilka dobrych lat babcina Celeste, której wcześniej jakoś nie zauważałam i zainspirowała mnie do zupełnie nowych poszukiwań. W ten sposób odkryłam moim zdaniem najlepsze z róż - róże historyczne. Rok później zaczęłam prowadzić zaś bloga, pragnąc podzielić się ze światem pięknem zapomnianych róż starych.


Nieocenioną pomocą okazała się wówczas strona Pana Mariana Sołysa "Moje Róże, Moja Pasja". Dopiero po tej lekturze dotarło do mnie, że moje porażki mogą być spowodowane niewłaściwym doborem odmian do donic. Róże są okropnie wybredne i nie zawsze, to co wsadzimy do donicy, będzie zadowolone z miejsca i warunków. Pewnych rzeczy przeskoczyć się po prostu nie da.  Pierwszą moją różą historyczną została Comte de Chambord i była to dobra decyzja. Obecnie to jedyna róża, którą zachowałam przez te wszystkie lata, co tylko świadczy o tym jak mocna i wyjątkowa to odmiana.

W każdym razie od tego momentu kiedy posadziłam róże historyczne mój balkon zaczął wyglądać zdecydowanie lepiej. Warto też zauważyć, że róże nostalgiczne, historyczne czy angielskie mają po prostu lepsze, pełniejsze kształty i są dużo ciekawszą ozdobą niż masówki z supermarketu. Możecie to łatwo porównać patrząc na zdjęcie moich pierwszych róż i zdjęcia późniejszych. 


W zeszłym roku niestety straciłam kilka róż ze względu na przeprowadzkę ale do mojej kolekcji dołączyły za to róże angielskie, czyli mieszańce róż historycznych i mieszańców herbatnich, floribundy etc. Okazało się, że świetnie czują się w nieco cieplejszych temperaturach jakie stwarza im uprawa w donicy na balkonie. Jestem z nich bardzo zadowolona, chociaż są również podatne na mączniaka i czarną plamistość.


Przez ten cały czas przewinęły się u mnie następujące odmiany: Comte de Chambord, Mmme Isaac Pereire, Rosa Mudi, Rose de Rescht, Glamis Castle, Mary Rose, Swany, Celeste, Souvenir de la Malmaison, Gloire de Dijon. Delikatną Mmme Isaac Pereire oraz Swany straciłam przy przeprowadzce zaś Rosa Mundi przez błąd przy sadzeniu (prawdopodobnie zawinęłam korzenie, co zemściło się w trakcie upałów). Rose de Rescht trafiła ostatecznie na wieś. Kilka innych odmian od początku przeznaczyłam do wiejskiego ogrodu np: Koszuty, Zigeunerknabe, Capitan Williams czy Summer Song. Część róż wciąż testuję czy nadadzą się do donic. W zeszłym roku postanowiłam zaryzykować i sprowadziłam właśnie Souvenir de la Malmaison oraz Old Glory. Co z tego będzie czas pokaże... 

Jednego jestem pewna. Róże chociaż wymagające są dużo okazalsze niż inne balkonowe, kwiatowe propozycje (chociaż mogą się pięknie z nimi dopełniać). Są wyjątkowo urokliwe, pachnące i stanowią pewnego rodzaju przygodę. Nie da się ich trzymać bez pasji i z obojętnością tak jak wiszących letnich koszów petunii czy doniczek z pelargoniami. Róża domaga się atencji. W zamian jednak sprawi, że będziemy z niecierpliwością wyglądać letnich miesięcy a każde kwitnienie stanie się naszym małym świątecznym wydarzeniem...





sobota, 1 października 2016

Jesienne zakupy - Gloire de Dijon czyli wyjątkowa róża ze starej Anglii...

Ponoć gdzieś około 1876  Rev. H. H. Dombrain zadał towarzystwu National Society of Rosarians następujące pytanie: A gdyby można było posiadać tylko jedną różę? Towarzystwo odpowiedziało wówczas bardzo zgodnie, że byłaby to Gloire de Dijon.

Zakup Gloire de Dijon to jeden z moich dziwniejszych pomysłów. Nigdy nie miałam róż Noisette. Zupełnie się na nich nie znam. Do tego zamierzam wsadzić ją do donicy. Ale... Nie mogłam się jej oprzeć. 

Róża Gloire de Dijon nazywana jest również Old Glory. Chociaż jest dziełem Francuza Henriego Jacotota to zasłynęła jako róża starej Anglii - była ukochaną różą ery wiktoriańskiej i zdobiła liczne, angielskie domy. Pachnie owocami i herbatą. Kwitnie w zależności od pogody i humoru ale obficie. Czasami zachowuje się jak typowo jesienna róża w innym wypadku powtarza kwitnienie. Może kwitnąć dopiero na drugi rok. Kwiaty są niezwykłe i jakby nieco zmięte. Ich kolor jest zmienny od łososiowego po delikatny róż. W ciepłym klimacie dorasta nawet do pięciu metrów.



Problem z tą różą jest jednak taki, że podobnie jak większość róż Noisette, woli łagodniejszy klimat. Nie lubi deszczu, jest podatna na czarną plamistość i często wymarza. Nie zawsze chce kwitnąć i jest dość wymagająca.



Nie wiem, czy ktokolwiek próbował hodować tę różę w donicy w naszym klimacie na balkonie lub tarasie - jeśli ktoś taki jest niech się zaraz ujawni i opowie o swoich doświadczeniach - jeśli nie, cóż będę pierwsza i zobaczę co z tego wyjdzie. Róża pnąca niedostosowana do polskiego klimatu w uprawie donicowej wydaje się bardzo głupim pomysłem ale mam na swoją obronę kilka argumentów.  Miałam już dwie róże pnące w donicach, skończyło się to co prawda tragicznie ale niekoniecznie przez donicę. Tym razem zamierzam dać korzeniom nieco więcej przestrzeni niż zrobiłam to przy Mme Isaac Pereire. Old Glory wyznaczyłam miejsce przy wysokich barierkach, gdzie mogłabym ją prowadzić - miejsce jest osłonięte, przy ścianie południowo-zachodniej a do tego wszystkiego zabezpieczone przed deszczem spadzistym daszkiem. Moje róże na zimę zawsze okrywam bardzo porządnie. Niektóre balkony mają swój mały mikroklimat, co sprawia, że jest na nich dużo cieplej niż w pobliskim parku czy ogrodzie. Glamis Castle która zachowuje się u mnie niczym w rodzinnej Anglii (i kwitnie nawet w tym momencie, już przestałam liczyć, który raz od pierwszego kwitnienia a pogoda dalej jej sprzyja) dała mi nadzieję, że i Old Glory będzie czuła się u mnie nieźle, jeśli tylko będę dbała o jej okrycie i dam jej wystarczająco dużą donicę. Grzechem byłoby w każdym razie nie spróbować.



Tymczasem inny los spotka Rose de Rescht, która przy najbliżej okazji pojedzie na wieś. Niby róża polecana do donic, niby odporna na ciepło a jakoś mam wrażenie, że dusi się w donicy i zdecydowanie wolę dać jej więcej przestrzeni w ogrodzie. Szkoda, by tak pachnący krzew miał się zmarnować. Zastąpi ją zaś Souvenir de la Malmaison czyli z dawna upatrzona przeze mnie róża. Niejako przypadkiem Souvenir de la Malmaison jest matką Gloire de Dijon. Najwyraźniej pod wpływem zakupionych w zeszłym roku Austinek, podświadomie zapragnęłam by mój balkon stał się bardziej wiktoriański... Przyszły sezon pokaże jak wyjdzie to w praktyce.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Wiejskie róże w czerwcu...

O ile na moim balkonie wciąż borykam się z jakimiś problemami o tyle na wsi róże rozkwitły się na dobre. Tam praktycznie króluje już lato. W tym roku, odpukać w niemalowane, wydaje się być idealnie - wystarczająca ilość słońca i deszczu sprawiła, że wszystko nieźle sobie radzi. Jest nieco mszyc ale równowaga zdaje się być zachowana szczególnie po opryskach ze skrzypu. 

Najbardziej cieszy mnie Gipsy Boy czyli Zigeunerknabe. To jej drugi rok. Zeszły rok miała raczej skromy ale teraz podrosła i jest naprawdę zachwycająca. Miałam wątpliwości czy to jest dobry wybór na wieś - obecnie nie mam już żadnych. Wystarczy na nią spojrzeć.



Krzew rozrasta się potężnie wszerz. Póki co jest dość niski - ma co najwyżej jakieś 1,5 metra. Jest to bardzo żywotna róża, tworząca fontannę kwiatów o kardynalskim kolorze. Oczywiście jak każda porządna, stara róża pachnie. Zapach wydzielany przez krzew określiłabym jako średnio-intensywny "perfumeryjny". To taki zapach, gdy wchodzi się do perfumerii i wokoło roztacza się delikatna kwiatowa nuta. Została posadzona w półcieniu. Widać wcale jej to nie przeszkadza.



Tymczasem nasza Celeste urosła już do 2,3 metra. Rozmiar tego krzewu, gdy zostawi się go w spokoju jest naprawdę imponujący. Moja rodzina niewiele przy tej róży robi. Po prostu pozwala jej rosnąć tak jak chce i od czasu do czasu opryskuje.



Kwitną posadzone również w zeszłym roku Koszuty i Summer Song. O ile Summer Song wygląda jeszcze skromnie ale całkiem nieźle i stwarza nadzieję na przyszłość o tyle Koszuty zostały moim zdaniem posadzone w bardzo niefortunnym miejscu. Nie wiem skąd wziął się ten pomysł - posadzić młodą różę damasceńską przy wyższych roślinach, które będą zabierały jej dostęp do słońca. Róża w ogóle a szczególnie róże ras południowych lubią przecież światło. Poprosiłam ciotkę, żeby przesadziła ją jesienią w inne miejsce. 



Nie obyło się również bez zamieszania w nieco innym stylu. W zeszłym roku na wieś docelowo wysłałam Captain Williams zaś Summer Song była prezentem dla teściowej na jej działeczkę. Oczywiście co się stało? Panie pomyliły róże i Summer Song rośnie na wsi a Captain Williams pojechał na działkę. Cóż życie... 

A tymczasem na moim balkonie pojawiła się Glamis Casttle i Mary Rose. Napiszę o nich  więcej następnym razem ale muszę wspomnieć nieco o zapachu tej chluby Tudorów - Mary Rose. Byłam ciekawa co zastanę - jedni piszą, że zapach ma słabiutki, inni, że mocny. Ponoć każdy odbiera go inaczej jako, że to jeden z tych dziwnych czystych zapachów róż Austina. Powiem szczerze, że jestem zdziwiona. Pierwszy raz czuję taki zapach u róży. Dla mnie to raczej mocny aromat "kwiaciarni". Nie do końca mi on odpowiada, chociaż mam nadzieję, że się z nim zaprzyjaźnię.

środa, 6 stycznia 2016

Róże na polskiej Wikipedii

Gdy szukam zdjęć konkretnych odmian zaglądam czasem na Wikipedię. Przeglądanie tej chyba najpopularniejszej internetowej encyklopedii w różnych wersjach językowych dało mi jakiś czas temu do myślenia. Okazuje się bowiem, że w porównaniu z wersją niemiecką, francuską, angielską czy rosyjską, polska cześć dotycząca róż jest bardzo uboga.
 
Nie dowiemy się czym jest róża portlandzka, burbońska czy mchowa a stron poświęconym słynnym odmianom w ogóle nie ma. Najsmutniejszy jest chyba fakt, że nie znajdziemy w Wikipedii naszych ogrodowych odmian rodzimych ani notek biograficznych dotyczących polskich hodowców, Adama Choduna lub Stanisława Żyły.  Zawsze zastanawiam się czemu w takich kwestiach musimy być gorsi od naszych zagranicznych znajomych? Być może rosomania nie jest u nas jeszcze tak popularna ale ogrodników o olbrzymiej wiedzy przecież nie brakuje.

Ponieważ nie lubię narzekać a wolę działać pragnę zachęcić wszystkich, którzy mają na to ochotę na uzupełnianie luk w naszej polskiej internetowej encyklopedii. Może nie jest to encyklopedia najwyższych lotów, jak mówią niektórzy ale korzysta z niej mnóstwo ludzi w szczególności dzieci i młodzieży. Jeśli zależy nam na upowszechnianiu wiedzy o różach to warto o tym pomyśleć. Na chwilę obecną uzupełniłam informacje o rosa Alba i różach historycznych. Zapraszam jednocześnie każdego, kto może dodać coś więcej lub poprawić do uzupełniania. 


Myślę, że wspólnymi siłami szybko uda nam się owe luki wypełnić i z odrobiną szczęścia przekazać nieco wiedzy na temat tej wspaniałej sztuki, jaką jest hodowla róż.



piątek, 2 października 2015

Tajemnicze róże i niezwykłe znaleziska czyli Koszuty i Jowita

Kiedyś pewna znajoma pani archeolog powiedziała mi, że lubi słuchać, jak opowiadam o różach historycznych, gdyż przypomina jej to nieco archeologię. Uznałam to za miły komplement. Dopiero później uświadomiłam sobie trafność tego porównania. Róże historyczne spowite są mgiełką tajemnicy. Wiele odmian wymarło, zaginęło albo nie zostało opisanych. Jednak część z nich przetrwała wojenne zawieruchy... Ile takich rzekomo nieistniejących skarbów jest ukrytych w naszych starych ogrodach, tego nie wiemy. Przykładowo nasza własna Celeste nie została posadzona zupełnie świadomie ale przywędrowała "pocztą pantoflową" od kogoś u kogo zachował się krzew. Swoją drogą mam czasami duże wątpliwości nawet co do tej róży, tym bardziej, że określaliśmy ją na podstawie podobieństwa do zdjęć, opisu zapachu i wyglądu liści... Wydaje mi się ona czasem zbyt pełna jak na Celeste. 




Pewna jestem tylko tego, że silnie pachnie cytryną, kwitnie raz w  roku i ma ten  charakterystyczny odcień rosa alba. 




Ale tak naprawdę kto wie? To między innymi dlatego zachowanie nazwy uprawianych odmian jest takie ważne...  Za kilkadziesiąt lat wasze prawnuki być może będą was przeklinać za to, że nie zapisaliście dla potomności, co sadzicie w rodzinnym ogródku ;) 

Ostatnimi czasy miały miejsce dwa interesujące odkrycia "nowych" odmian. Znalezione wówczas róże nazwano "Koszuty" i "Jowita". Okropnie frustrującym doświadczeniem było szukanie informacji o tych różach. O ile w wypadku Jowity zebranie nawet szczątkowych wiadomości może być trudne, ze względu na miejsce w którym rosła, o tyle Koszuty znaleziono w parku koszuckiego dworu, gdzie być może zachowały się jakieś wzmianki dotyczące pańskiego ogrodu... Niestety... Konia z rzędem temu, kto o Koszutach powie coś więcej ponad to, iż jest to róża damasceńska, niepowtarzająca kwitnienia znaleziona przez doktora Tomasza Bojarczuka w parku obecnego Muzeum Ziemi Średzkiej. 

 Z Jowitą jest podobnie - odmianę odnalazła kolekcjonerka róż, pani Jowita Czyż na terenie wrocławskich ogrodów działkowych, gdzie krzew prawdopodobnie został posadzony jeszcze przed wojną i jest to jakiś mieszaniec róży galicyjskiej. Optymistyczne jest jednak to, że obie róże trafiły do sprzedaży i figurują jako odmiany polskie (co biorąc pod uwagę tło historyczne w przypadku Jowity prawdopodobnie ma mało wspólnego z prawdą) są mrozoodporne i dobrze się prowadzą. Wybierając Jowitę lub Koszuty do swojego ogrodu, do czego bardzo gorąco was zachęcam, sadzicie utraconą historię - i być może dzięki wam i dzięki popularności jaką mogą zdobyć te dwie odmiany, kiedyś dowiemy się o nich czegoś więcej. A póki co pozostaje cieszyć się, że mamy naszą polską wersję tajemniczej Rose de Resht (również przypadkowo odnalezionej irańskiej róży) w postaci Koszut i Jowity.

środa, 5 sierpnia 2015

Róża z dalekiej Persji - czyli Rose de Resht

Zakupiłam wreszcie nową różę. Nie wybrałam żadnej z mojej listy najlepszych róż do donic. Postąpiłam trochę przekornie a trochę zadecydował przypadek. Tak naprawdę chciałam kupić Louise Odier. Zanim jednak złożyłam zamówienie wszystkie egzemplarze zostały sprzedane. Niestety - dobre róże są jak truskawki. Te najlepsze, pachnące i smaczne są dostępne wyłącznie o konkretnej porze roku, jeśli ich nie kupimy we właściwym czasie zostaną nam jedynie marne podróbki lub mrożonki a smakołyki dostanie ktoś inny. Na szczęście róże w przeciwieństwie do truskawek mają swój sezon również w październiku, kiedy to w rozariach pojawiają się gołe korzenie. 

Nie chciałam jednak czekać tak długo. Skoro Louise Odier była już niedostępna stwierdziłam, że potrzebuję róży, która zaoszczędzi mi trochę miejsca a zatem będzie mogła stać na parapecie. Moje parapety bardzo się nagrzewają, szczególnie w tak upalne dni jak dzisiaj, stąd róża musi być odporna na gorąco. Poza tym musi posiadać przynajmniej przyzwoity zapach a do tego być różą historyczną, ponieważ kolekcjonuję właśnie tę grupę. Odpowiedź była więc jedna: Rose de Resht. Jeśli ta róża radzi sobie z klimatem Iranu, poradzi sobie i z moim parapetem. Swoją drogą biję się w piersi gdyż zupełnie o niej zapomniałam tworząc listę najlepszych róż do donic. Będę musiała ją uzupełnić w jakiejś niedalekiej przyszłości...



Historia róży Rose de Resht jest co najmniej dziwna. Nie możemy powiedzieć o niej nic pewnego poza tym, że w latach 50 przywiozła ją z okolic irańskiego miasta Resht brytyjska podróżniczka i ogrodniczka Nancy Lindsay ogłaszając, że odkryła nową odmianę. Najprawdopodobniej Rose de Resht była jednak znana i hodowana w Europie już wcześniej - została opisana w katalogu Williama Riversa w 1843. Inna wzmianka o niej pochodzi z roku 1915. Czy to na pewno ta róża i co się stało z tą odmianą, że zaginęła na ponad 30 lat tego nie wie nikt. Rose de Resht czasami określa się jako damasceńską a czasami portlandzką. Tak naprawdę nie znamy ani dokładnego pochodzenia ani hodowcy. 



Jeśli chodzi o walory tej róży to poza jej odpornością na gorąco i upały cechuje ją również mrozoodporność. Ciężko uwierzyć ale ta pochodząca z gorącego klimatu róża damasceńska jest polecana przez Szwedzkie Towarzystwo Różane do sadzenia na północy Szwecji. Jak na chwilę obecną mogę powiedzieć, że naprawdę nieźle znosi gorąco a mam ją jak testować przy obecnych temperaturach. Pomagam jej trochę rozkładając parasolkę, nie mniej płatki kwiatów nie uszkadzają się od gorąca. Jej odporność na choroby jest oceniana jako dobra lub bardzo dobra. 


Pięknie pachnie, jej zapach jest mocno perfumowy i intensywny. Miałam okazję się o tym przekonać, gdyż dostałam sadzonkę kwitnącą. Gdy wyjęłam ją z paczki kilka kwiatów opadło i zapach słodkich perfum wypełnił powietrze. Przypomina mi nieco Comte de Chambord, chociaż mam wrażenie, że jest zdecydowanie mniej owocowa. Moja sadzonka na chwilę obecną posiada dwa małe pachnące kwiaty. Jeśli łaskawie zechce powtórzyć kwitnienie w nowych warunkach wcale nie zdziwię się gdy aromat nieco się zmieni. Nauczyłam się już, że róża po dostawie jest nieco kapryśna a jej kwiaty są mniejsze i mniej popisowe, nie zawsze chce też drugi raz kwitnąć (jeśli oczywiście mówimy o róży powtarzającej kwitnienie). Na właściwy "występ" róży często trzeba czekać na drugi rok. Rose de Resht oczywiście kwitnienie powtarza, niektórzy piszą nawet, że właściwie kwitnie ciągle. Kwitnie od czerwca do września. Zobaczymy jak będzie to wyglądało u mnie. Róża dorasta do mniej więcej 100 cm. Ciekawe są jej liście - duże i podłużne, ciemnozielone, trochę kojarzą mi się z liśćmi czarnego bzu. Rose de Resht jest polecana przez liczne poradniki jako szczególnie nadająca się do donic zaś HMF oceniło ją jako "doskonałą". Otrzymała ponad 50 nagród na wystawach różanych. 


czwartek, 2 lipca 2015

Rosa Mundi - róża piękna i pożyteczna...

Rosa Mundi to jedna z najstarszych odmian róż, jakie współcześnie znamy i wciąż możemy podziwiać. Ta odmiana przetrwała wiele wieków. Pierwsza wzmianka o Rosa Mundi pochodzi z 1581 roku. Róża została nazwana zaś na cześć kochanki Henryka II - Rosamund Clifford. Dosłowna nazwa róży znaczy tyle co "Róża Świata". Nosi też drugą nazwę, chociaż nie tak wdzięczną - Rosa Gallica Versicolor. Jest to róża francuska o bardzo ciekawym pochodzeniu. Rosa Mundi to sport jeszcze starszej odmiany Rosa Gallica Officinalis, czyli róży aptekarskiej. Róża aptekarska pochodzi sprzed roku 1160 i była powszechnie uznawana za roślinę lecznicą. Używali jej średniowieczni lekarze i aptekarze. Pewnego dnia na owej róży pojawił się kwiat inny od pozostałych - naturalna mutacja. Wyodrębniono go i w ten sposób powstała Rosa Mundi.


Co ciekawe Help Me Find ocenia różę aptekarską jako "dobra z plusem" ale jej potomkini dostała ocenę "doskonała". "Róża Świata" była swojego czasu bardzo popularną rośliną. Pojawiała się tu i ówdzie w Europie i na bliskim wschodzie. Była powszechnie wykorzystywana w lecznictwie i kosmetyce. W przedwojennej Polsce rosła w stanie dzikim. Ponoć do tej pory można gdzieniegdzie spotkać zdziczałą Rosa Mundi.


 Rosamund Clifford oczami malarza prerafaelity Johna Williama Waterhousa

Jak pisałam w jednym z wcześniejszych postów Rosa Mundi trzeba zobaczyć na żywo, żeby ją w pełni docenić. To zdrowa, silna odmiana i jednocześnie bardzo pożyteczna. Rosa Gallica Versicolor jest rośliną miododajną i użyteczną dla zapylaczy. Musi posiadać naprawdę sporo pyłku i nektaru ponieważ bardzo ciągną do niej owady. Od kiedy zakwitła mam codziennie wizytę kilku trzmieli, zdarzają się również dzikie pszczoły a nawet motyle. Te ostatnie widuję wyłącznie na Rosa Mundi.



Poza tym zawiązuje dość ładne owoce. Możemy z nich skorzystać sami lub zostawić je na krzewie do dyspozycji ptaków. Kilka krzewów Rosa Mundi może stworzyć naturalną stołówkę - wspomoże ptaki jesienią i zimą oraz będzie miłą ozdobą ogrodu, gdy kwiaty już przekwitną a liście zaczną opadać. Często zapomina się, że piękno róży kryje się nie tylko w płatkach. Czasami wiele czaru posiadają owoce lub barwa liści.



Rosa Mundi nie jest odmianą szczególnie zalecaną do donic ale u mnie przyjęła się i wygląda dobrze. Zauważyłam, że ma delikatne liście. Mogą się nieco uszkodzić podczas przestawiania donicy. Ponadto nie zagęszcza się tak bardzo jakbym chciała, ale nie jest u mnie długo i może wystarczy dać jej nieco czasu... Nie mniej wszystkie niedostatki nadrabia ilością zapylaczy i motyli jakie przywołuje - specjalnie przestawiłam ją w pobliże pomidorów. To jedna z tych róż, której pozytywny wpływ na środowisko można zobaczyć gołym okiem.

niedziela, 28 czerwca 2015

Róża herbatnia - zabytek znaleziony w rodzinnym ogrodzie

W trakcie ostatniej wizyty na wsi ciocia zaczęła opowiadać mi o róży, którą ma już od 30 lat. Użyła przy tym określenia róża herbaciana. Zdziwiona tym określeniem zaczęłam drążyć temat. Określenia "róża herbaciana" niektórzy używają czasami w odniesieniu do koloru. Pod tym terminem kryje się jeszcze jednak coś dużo ciekawszego - pewna zapomniana rasa róż: róże herbatnie . Tym razem chodziło właśnie o rasę róż nie o kolor. Byłam zdziwiona, że taka róża mogła przetrwać w polskim ogrodzie tyle lat. Mimo deszczu wyszłyśmy do ogrodu ją obejrzeć. W momencie, kiedy przytknęłam nos do kwiatu i poczułam zapach słodkiej herbaty byłam już pewna, że to rzeczywiście róża herbatnia. Ciocia dostała ją 30 lat temu od znajomego szkółkarza. Z róży pozyskała nieliczne sadzonki. Róża, którą oglądałam była jedną z dwóch sadzonek, które przetrwały  i utrzymały się wiele, wiele lat. Każdy kto zna tę różę wie, że przy uprawie w gruncie w polskich warunkach to duży sukces. Nie udało mi się tylko wyciągnąć nazwy odmiany. Nie przetrwała w pamięci.

Zmoczona deszczem róża herbatnia

Róża herbatnia jest ogniwem łączącym róże historyczne i współczesne. Powstała z krzyżowania róży chińskiej, róży noissetea i róż burbońskich. Wyglądem przypomina dzisiejsze mieszańce herbatnie, szczególnie róże wielkokwiatowe. Róża herbatnia powtarza kwitnienie i ma ładny zapach herbaty, nieco słodki jak na mój gust. To delikatna roślina. Jest bardzo niemrozoodporna i posiada mniej zróżnicowany koloryt, przez co ostatecznie przegrała wyścig o miejsce w naszych ogrodach wyparta przez wspomniane mieszańce herbatnie. Dzisiaj jest rzadkim zjawiskiem. I to czyni ją gratką dla każdego kolekcjonera. Róża herbatnia współcześnie zyskała wartość jako niezwykle istotny element historii róż. Jak widać przy odrobinie pracy można utrzymać ją w ogrodzie nawet w naszym klimacie. Róże historyczne posadzone wraz z różami herbatnimi i współczesnymi mogą stworzyć bardzo ciekawe miejsce, ukazujące historię i rozwój róż w czasie. Może to być nietypowy pomysł na ogród. W gruncie rzeczy czemu nie? Czy zawsze ważny musi być kolor i forma? Czemu czasem nie postawić na ciekawą opowieść, którą można przedstawić gościom w trakcie oprowadzania po własnym ogródku? 

Inny przedstawiciel róży herbatniej Mrs. Dudley Cross

Róże herbatnie ponoć nieźle rosną też w donicach i spokojnie można uprawiać je na tarasie czy balkonie. To może ułatwiać ich hodowlę, ponieważ pojemnik zawsze można przestawić w cieplejsze miejsce i porządnie go okryć. Być może róże herbatnie nie specjalnie nadają się do gruntu ale może znajdziemy dla nich miejsce na balkonie? Poprosiłam w tym roku ciocię o sadzonkę. Jeśli tylko uda się ją pozyskać, zamierzam przetestować tę różę w warunkach donicowych. Kto wie, może okaże się, że ludzkość skreśliła je jednak zbyt wcześnie? 


wtorek, 23 czerwca 2015

Róże i filozofia czyli o pomyłce w rosarium...

Jakiś czas temu pisałam, że moja róża Charles de Mills zachowuje się nieco dziwnie. Oto i ciąg dalszy tej historii. Niedawno wróciłam z urlopu. Zostawiłam na balkonie system nawadniania wykonany metodą chałupniczą i wyjechałam na ponad tydzień. W tym czasie moja rosa gallica zawiązała już dość ładne pąki kwiatowe i wiedziałam, że po powrocie będę mogła ujrzeć wreszcie swoje kwiaty. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam... zupełnie inną różą... No może nie tak dosłownie. Zamiast Charles de Mills zobaczyłam inną odmianę róży galicyjskiej. Powinnam była zacząć coś takiego podejrzewać... Mam swoje ulubione rosarium, w którym zaopatruję siebie i najbliższą rodzinę. Jestem z niego zadowolona. Wcześniej nie zdarzyło mi się coś takiego. Niech więc pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie pomylił się w pracy. Taka pomyłka mogła się wydarzyć. Pomylono dwie róże galicyjskie w postaci korzenia. Owszem różnią się one znacznie ale głównie wtedy gdy są bardziej rozwinięte. Ot, pojawił się kolejny minus dotyczący kupowania róż pod postacią korzenia i będę musiała mieć to na uwadze. 



W moim pierwszym odruchu poczułam rozczarowanie. Myślałam o napisaniu do rosarium z reklamacją. Nie tego chciałam. Kupuję zawsze konkretne odmiany, po wcześniejszym zapoznaniu się z nimi i starannym przemyśleniu całej sprawy. Nigdy nie biorę czegoś w ciemno. Drugą moją myślą było oczywiście pytanie "co to za róża"? Łatwo było mi odpowiedzieć ponieważ dostałam bardzo charakterystyczną odmianę. Jest to róża Gallica Versicolor nazywana także Rosa Mundi. Sport tak zwanej róży aptecznej. Ponieważ ostatnio zamierzałam kupić w prezencie taką różę dla krewnego na działkę tylko wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, że po prostu dam mu swój niechciany sport. 

Zrobiłam jednak coś innego. Powiedziałam sobie "skoro już ją mam, czemu nie dać jej szansy?". I po krótkim czasie Gallica Versicolor zupełnie mnie oczarowała. Im bliżej ją poznawałam tym bardziej okazywała się fascynująca i piękniała w oczach. Trzeba na nią chyba patrzeć z bliska by ją właściwie ocenić. Zdjęcia nie oddają jej piękna. To jedna z najstarszych odmian europejskich. Przewędrowała Europę. Jest dwukolorowa ale mutacja powstała bez ingerencji człowieka. Róża średniowiecznych aptekarzy i królewskich ogrodów. Trzmiele latają do niej jak głupie. Jeśli hodujecie pomidory czy inne warzywa i zależy wam na przywabieniu zapylaczy pomyślcie o Rosa Mundi ponieważ u mnie wygrała nawet z chabrami. Ta róża zdecydowanie zasługuje na osobną i długą notkę.



Ale Rosa Mundi ma dzisiaj dla mnie jeszcze inne znaczenie. Jakiś czas później oglądałam wykład na temat stresu i sukcesu. Po tym wykładzie spojrzałam na swoją różę i uświadomiłam sobie coś niezwykłego. Często w życiu coś idzie pod górkę. Wydaje nam się, że ponieśliśmy porażkę. Stało się coś złego lub po prostu poszło nie po naszej myśli. Wpadamy w przygnębienie i ogarniają nas negatywne uczucia. Kiedy spotyka nas coś takiego mamy jednak wyjście, chociaż może o tym jeszcze nie wiemy. W moim przypadku miałam do wyboru zupełnie różne uczucia. Pracowałam przy tej róży ponad pół roku, włożyłam w nią tyle starań a okazała się być czymś zupełnie innym. Czymś czego nie chciałam. Znałam tę odmianę, nigdy nie chciałam jej kupić, bo do donic nadawała się średnio. Mogłam poczuć się oszukana przez tę nieszczęsną pomyłkę i złościć się. Dałoby mi to kilka dni złego samopoczucia. Potem oddałabym różę ze świadomością, że muszę zaczynać wszystko od nowa. Zamiast tego postanowiłam się nie złościć i "otworzyć" się na całą sytuację. Dzięki temu nie czułam dalej rozczarowania. Wręcz przeciwnie. Znalazłam w swojej przypadkowej róży mnóstwo opowieści i inspiracji. Rosa Mundi stała się dla mnie świetną metaforą tego co spotyka nas czasem w życiu. Ustawiałam ją na parapecie i za każdym razem gdy na nią spoglądam, przypominam sobie tę życiową prawdę. Możemy sprawić by w naszym życiu nie było porażek. Wystarczy uświadomić sobie, że ich tak naprawdę nie ma. Są po prostu różne drogi... 

sobota, 6 czerwca 2015

Mme Isaac Pereire - róża pachnąca konfiturami

Od niedawna kwitnie u mnie róża Mme Isaac Pereire. Czekałam z niecierpliwością na jej piękne kwiaty, słyną one bowiem z niezwykłego aromatu. Sława tej róży w zakresie zapachu a także użyteczność w kuchni (Mme Isaac Pereire doskonale nadaje się do konfitur) zachęciły mnie do jej zakupu w zeszłym roku późnym latem. Oczywiście o tej porze roku nie miałam już szans na kwiaty tak więc pozostawała mi jedynie cierpliwość. Z początkiem czerwca róża wreszcie rozpoczęła swój spektakl.





Gdy przystawi się nos do płatków wydaje się, że róża ma słodki cytrynowy zapach, niezwykle zresztą podobny do "perfum" róż stulistnych. Zastanawiałam się więc czemu aromat tej róży opisuje się czasami jako malinowy. Sprawa wyjaśniła się, kiedy któregoś dnia usiadłam przy tej róży. Zapach wyczuwalny z daleka ma już zupełnie inną tonację. Przysięgam, że zaczęłam rozglądać się kto zostawił na balkonie słoik po konfiturach zanim uświadomiłam sobie, że to pachnie Mme Isaac Pereire. Zdecydowanie pachnie słodkimi konfiturami. Kwestią sporną pozostaje czy są to konfitury malinowe, bo jak dla mnie to bardziej truskawka ;)



Mme Isaac Pereire jest jednak okropną kapryśnicą. Po pierwsze lgną do niej mszyce i wykazują w stosunku do niej zadziwiające przywiązanie. Na szczęście mogę powiedzieć, że posadzenie obok czosnku, mięty i cotygodniowe opryski z wywaru z cebuli załatwiły skutecznie tę sprawę. Mszyce pojawiają się już z rzadka albo wcale - minusem tej metody jest niesamowity fetor wywaru utrzymujący się nawet godzinę po zabiegu i brzydkie plamy na liściach. Walka z mszycami to jednak droga kompromisu... 



Drugim kaprysem Pani Pereire jest zaś miejsce. Przenoszę tę różę trzeci raz. W moich warunkach jest dość wrażliwa na pogodę. Na początku maja gdy było nieco chłodnawo wyraźnie gorzej rosła, do tego nie służył jej wiatr, więc ustawiłam ją na parapecie w najbardziej nasłonecznionym miejscu. Było jej tam bardzo dobrze, póki nie pojawiły się upały. Koło godziny 17 potrafiła cała klapnąć od gorąca. Bałam się o jej płatki musiałam więc znowu przestawiać ją gdzie indziej. To jedyna róża, z którą tak latam po balkonie. Mme Isaac Pereire napsuła mi trochę krwi i w tym i w zeszłym roku ale chyba naprawdę warto ją mieć. Jest przepiękna i romantyczna. Do tego jej urok jest bardzo swobodny, kojarzy się z zapuszczonym angielskim ogrodem lub wiejskim pejzażem. Żałuję, że mam tak mało miejsca ponieważ Mme Isaac Pereire pewnie nieźle komponowałaby się z malwami...


wtorek, 2 czerwca 2015

Róża portlandzka hrabiego Chambord - czyli Comte de Chambord

Pisałam już o róży Comte de Chambord - pięknej róży portlandzkiej nazwanej na cześć hrabiego Henryka Chambord, nieproklamowanego króla Francji i Nawarry. Dzisiaj chciałabym pokazać wam jak ta róża czuje się w pojemniku i jak prezentuje się na balkonie. Jest do tego okazja bowiem mój egzemplarz właśnie zakwitł pierwszy raz tego roku. 





Moim skromnym zdaniem to jedna z najlepszych róż portlandzkich jeśli nie najlepsza. Rzadko zdarza się takie połączenie odporności, piękna i zapachu. Zwykle jeśli róże są odporne ich zapach jest marny. U Comte de Chambord wszystko jest na swoim miejscu. Róża z niewielką pomocą oprze się każdemu niebezpieczeństwu - mszyca siada na niej raczej rzadko, odporność na choroby grzybowe również jest zadowalająca. Przy tym wszystkim Comte de Chambord posiada taki zapach, że gdy tylko wyjdę na balkon od razu czuję słodką woń perfum. Zauważyłam, że im jest cieplej, tym aromat staje się intensywniejszy. Rano jest on ledwo wyczuwalny - po południu króluje już na całym moim balkonie.




Kwiaty są bardzo liczne. Na jednym pędzie Comte de Chambord zawiązuje trzy pąki. Kwiat nie jest bardzo duży ale obfity. Płatki nadają się zarówno do konfitur jak i toników czy różanych maseczek. Róża Comte de Chambord jest bowiem klasyfikowana również jako róża damasceńska - rodzaj róży chętnie używany w kosmetyce. Comte de Chambord jest dość rozłożysta i silnie rośnie co daje nam możliwość jej ciekawego wyeksponowania. Poszczególne pędy można podeprzeć o barierkę lub ułożyć w inny sposób. Róża wymaga dobrego nasłonecznienia.









Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

KOMENTARZE ZAWIERAJĄCE LINKI DO PRODUKTÓW I SKLEPÓW BĘDĄ TRAKTOWANE JAKO SPAM.
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Back
to top