featured Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja róż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja róż. Pokaż wszystkie posty

Róże po zimie - pielęgnacja w nowym wydaniu

Dla prawdziwych miłośników róż - zostań członkiem Polskiego Towarzystwa Różanego

Domowa półka z ziołami i smog...

Prognoza dla róż - kiedy rozpoczać sezon

Jesienne sadzenie róż...

Przygotowanie róż w donicach do zimy..

Zwalczanie mączniaka u róży...

Róże w lepszej kondycji

Ratunek dla róż - zwalczanie skoczka różanego

Umarł król, niech żyje król...

Dlaczego róża nie kwitnie?

Szkodniki, upały i susza - czyli gorsza strona lata

Cięcie letnie odmian starych i historycznych

Róże i mszyce - rośliny ochronne i sposoby zwalczania

Dlaczego warto znać odmianę swojej róży?

Jak kupować róże na balkon? Róże w pojemnikach i pod postacią korzenia...

Zimowanie róż w donicach

Jak ciąć róże portlandzkie, burbońskie i inne odmiany stare?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja róż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja róż. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 kwietnia 2018

Róże po zimie - pielęgnacja w nowym wydaniu

Miał być dzisiaj tylko szybki wpis na moją stronę na facebooku ale gdy zabrałam się za pisanie posta, to prędko połapałam się, że w tych kilku zdaniach się nie zmieszczę i musi dziś pójść pełna notka. Na chwilę obecną stwierdzam, że ofiar zimy w różach nie ma - uff... O Glamis Castle i Souvenir de la Malmaison dość mocno się bałam, bo kiepsko wyglądały. Niby nie były czarne ale jakieś takie poplamione, pączki widać wypuściły za wcześnie więc te poczerniały od mrozu, no jednym słowem tragedia w porównaniu z całą resztą. Ale na szczęście od kilku dni zawiązują nowe pąki, może nie ma ich wiele, nie budzą się z taką siłą jak "koleżanki" nie mniej nie poddały się. Za wiele się po nich w tym roku nie spodziewam ale czas pokaże co będzie dalej. Jeśli będzie kiepsko to się najwyżej rozstaniemy i róże pojadą na wieś pod Zieloną Górę, gdzie mają cieplejszy klimat niż u mnie.  

Z róż najlepiej spisują się Pompon Blanc Parfait, która świetnie sobie radzi i po Comte de Chambord może okazać się balkonowym strzałem w dziesiątkę oraz o dziwo Glorie de Djion co, wcale nie było takie oczywiste. Pisałam już trochę o tym jak ładnie wygląda ale dalej rozwija się szybko, ma masę nowych pąków i naprawdę jestem niesamowicie podekscytowana tą różą, która ponoć w polskim klimacie nie chce rosnąć. W ogóle uwielbiam ją, dla mnie to jest najpiękniejsza róża jaką widziałam i jestem bardzo ciekawa jak ona sobie będzie dalej na balkonie radzić. Już się nauczyłam, że róża na balkonie to nie jest to samo co róża w ogrodzie, bo jest cieplej, jest gorzej z cyrkulacją powietrza, inaczej pada słońce, róża jest zresztą pod daszkiem, tak więc nie moczy się od deszczu aż tak bardzo etc. - szereg czynników, które sprawiają  że wygląda to odmiennie i np. angielki kwitną u mnie dłużej. Chociaż  Glamis Castle najwyraźniej się chce z tego wyłamać ale moim zdaniem to akurat wina tej nieszczęsnej donicy. 



W każdym razie postanowiłam, że ten rok potraktuję eksperymentalnie pod względem cięcia i pielęgnacji. Zrobiłam wszystko inaczej niż dotychczas. Nie wiem jak to się skończy ale mam nadzieję, że dobrze. Usunęłam tylko część śmieci spod róż: liście róż i jakieś nieliczne mumie oraz gałązki świerkowe ale liście klonu używane do ocieplenia pokruszyłam i zostawiłam. Do tego wszystkiego dodałam po pól łyżeczki nawozu dla róż, łyżeczkę suszonego owczego obornika (w ogóle polecam na wasze tarasy i balkony, też do innych roślin jak warzywa i zioła, wiadomo obornik jest najlepszy a to taka dostępna dla tarasów wersja, trochę śmierdzi ale nie jak "oryginał" :-D) i wymieszałam wszystko razem tworząc coś w rodzaju ściółki. Cięcie zrobiłam w tym roku wyłącznie kosmetyczne chociaż to raczej moja własna ciekawość, żeby porównać jak to w wypadku róż historycznych jest, bo różnie się słyszy. Usunęłam tylko najdrobniejsze gałązki i te poniszczone a zwykle tnę dużo mocniej. Moje wątpliwości wzięły się stąd że, jak patrzę na babciną Celeste, która rośnie prawie tak jak chce, coś się tam z nią właściwie kosmetycznie tylko robi jak przekwitnie, to jest z niej taki ukwiecony potwór że, może i w innych przypadkach się sprawdzi. Róże dostały jeszcze miedzian, chyba powtórzę im jeszcze raz oprysk na grzyba i dostaną oczywiście oprysk na przędziorki. Pożyjemy - zobaczymy jak to się skończy.



Moje zamówione róże wciąż niestety nie dojechały ale za to posadziłam bratki, niezapominajki i zioła. Dzisiaj balkon zaczęły oblegać pierwsze zapylacze. Na razie mają mało kwiecia więc pewnie będą moimi częstymi gośćmi... Wreszcie przyroda zaczyna ożywać. 


środa, 29 marca 2017

Dla prawdziwych miłośników róż - zostań członkiem Polskiego Towarzystwa Różanego

Czasami równie ważne jak posiadać ukochane róże jest móc porozmawiać z kimś o naszych różach, wymienić się doświadczeniem, zapytać, podpytać, poszukać inspiracji lub rozwiązania naszych problemów. Mój blog postał z potrzeby podzielenia się pasją - kiedyś już pisałam o tym, że hodowla róż nie jest w naszym kraju wciąż tak popularna jak być powinna, szczególnie jeśli mieszka się w mieście. W większości przypadków nie można porozmawiać z pierwszym lepszym napotkanym znajomym o różach ot tak. Często zdarza się niestety nam miłośnikom róż, prowadzić monologi na temat naszych kwiatów. To się na szczęście zaczyna zmieniać. Ludzie uświadamiają sobie, że róża to coś więcej niż nieokreślona odmiana na rabacie babci (chociaż i ona ma swój urok). Powoli, powoli, ludzie decydują się sadzić na balkonach również róże - nadmiar pelargonii w skrzynkach potrafi być nieco nudnawy...


Pogadałam, pomarudziłam, teraz przejdźmy do meritum. Jakiś czas temu pisałam, że reaktywowało się Polskie Towarzystwo Różane. Bardzo dobra wiadomość dla miłośników róż. Dzisiaj mam jeszcze lepszą. Otóż Polskie Towarzystwo Różane prowadzi nabór nowych członków. Każdy kto jest już znudzony prowadzeniem swojego monologu i dla odmiany chciałby posłuchać naprawdę wybitnych specjalistów, może czuć się zaproszony. W Polskim Towarzystwie Różanym udzielają się chociażby takie postacie jak Pan Marian Sołys. 

Gdyby nie pasja i publikacje Pana Mariana Sołysa dalej byłabym pewnie różanym neandertalczykiem, dla którego róża jedna od drugiej różni się wyłącznie mniej lub bardziej pstrokatym kolorem.

Ale tak naprawdę jest wiele sposobów zrealizowania się w Polskim Towarzystwie Różanym - od hodowli, po publikacje i wycieczki do różanych ogrodów. Każdy wyniesie z tego coś dla siebie. Właściwie można by też powiedzieć inaczej: nie pytaj co róże mogą zrobić dla Ciebie, zapytaj co ty możesz zrobić dla róż!

Dzięki uprzejmości Polskiego Towarzystwa Różanego możecie poniżej pobrać z mojego bloga statut i deklarację klikając w poniższe linki:



Wypełnione deklaracje należy odsyłać na mail sekretarza PTR ala.wisa@neostrada.pl lub na adres:  Alicja Wiśniewska-Kowalewska ul.Poznańska 201,  05-850 Ożarów Maz.

Wysokość rocznych składek członkowskich:
członek - 80 zł
małżeństwa, związki partnerskie - 100 zł
uczniowie, studenci, doktoranci, emeryci i renciści - 45 zł

Wszelkie pytania można kierować na facebookową stroną Towarzystwa: https://www.facebook.com/pg/PolskieTowarzystwoRozane



poniedziałek, 27 lutego 2017

Domowa półka z ziołami i smog...

Na balkonie za wiele rzeczy jeszcze nie można porobić, kilka dni temu ładnie sypnęło śniegiem i pojawiły się przymrozki ale na drzewach widać już pierwsze pąki. Miałam napisać, że wiosny poza tym jeszcze nie widać, ale dzisiaj muszę z całą gorliwością te słowa wypluć. Zdjęłam z górnej części donic agrowłókninę, kocimiętka i dzwonki postanowiły się już wybudzić a i Comte de Chambord wygląda tak jakby trzeba było ją niedługo ciąć. Przyniosłam do domu trochę gałązek i bazi. Dzisiaj prawie się zazieleniły.



Zawsze powtarzam, że dla róż na przednówku najniebezpieczniejsze są wczesno - wiosenne wichury a jakoś tych ostatnio nie brakuje, tak więc mimo całego swojego entuzjazmu staram się być ostrożna. Powoli rozglądam się za jakimś środkiem, który mogę użyć wiosną na czarnoplamistość, by wytłuc te zarodniki, które przezimowały a są takie niestety na pewno, gdyż moje róże choroba zaatakowała późnym latem. Tym razem dostawały po prostu sody. Efekt był umiarkowany ale nieco pomogło. Zgubiłam też gdzieś mój sekator i także muszę się wybrać po nowy. Jeśli taka pogoda utrzyma się dalej to jeszcze ze dwa tygodnie i trzeba będzie ciąć. Na razie najważniejsze by przy tej pogodzie koniecznie zdjąć z góry agrowłókninę i pousuwać te wszystkie śmieci, które zostały w donicach po zimie, zeschłe liście, mumie, jakieś połamane gałązki. Trochę tego jest. Jeśli nie będzie padać może zastosuję też Promanal.



Póki co wiosnę wprowadzam głównie na własne pokoje. Dostałam na mikołajki od męża książkę pt. "ogródek w doniczkach" i postanowiłam ją przetestować. Kupiliśmy półki - takie jakie zwykle służą do przechowywania płyt i pięć tych półeczek zostanie poświęcone moim eksperymentom a reszta rzeczywiście pójdzie na naszą całkiem pokaźną kolekcję filmów. Jak co roku zamówiłam sporo nasion z tą jednak różnicą, że większość z nich ma rosnąć docelowo w mieszkaniu. Są więc papryczki habanero - mieszanka 8 najostrzejszych papryk świata, w tym Trinidad Scorpion (już kiełkują!) - oraz papryczki Jalapeno, są pędy słodkiego groszku oraz mieszanka ziół i pikantnych sałat. Zamierzam do tego wszystkiego dodać jeszcze pędy kukurydzy. Co z tego wyjdzie nie wiem, nie obawiam się jedynie papryczek, bo one wychodzą zawsze. Póki co zaprawiam nasionka groszku i kukurydzy na pędy - właśnie się moczą, mają tak pozostać do 48 godzin.


Poza częścią roślin przeznaczonych do spożycia wzbogaciłam się jeszcze o kilka storczyków. Nie jestem miłośniczką storczyków, nie bardzo się na nich znam. Uważam, że jest to tak duża gałąź wiedzy, że nie chciało mi się po prostu jej zgłębiać. To rośliny chyba bardziej skomplikowane niż róże. Ostatecznie jednak bardzo spodobały mi się miniaturki. Wzięłam trzy. Jedną kwitnącą i dwie przekwitłe (ale za to w bardzo dobrej promocji) do "ratowania". Ponoć mają zakwitnąć za rok. Idealnie, bo będzie to akurat w najpaskudniejszej porze roku, więc takie ładne małe storczyki się przydadzą. Wzięłam również roślinę, na którą chorowałam od bardzo dawna, czyli jaśmin wielokwiatowy. Jest przepięknie utrzymany, zaraz będzie kwitnął. Bałam się że, nie będę miała mu jak zapewnić okresu spoczynku - na szczęście to jaśmin kwitnący zimą więc okazało się, że jeśli spędzi maj i kwiecień na balkonie będzie po kłopocie (o ile pogoda nie zwariuje w tym czasie). Co do wilgotności będzie miał idealnie, gdyż przeznaczyłam go do pokoju w którym mamy akwarium. Jest to najlepszy naturalny nawilżacz powietrza. Obawiam się, że może mieć tam jednak nieco za ciemno ale zobaczymy. Te kilka roślinek zakupiłam nie tylko ze względu na fakt, że w powietrzu czuć wiosnę. W powietrzu czuć niestety również smog. Popularny temat ostatnio. O ile z tym smogiem na dworze sami wiele nie zrobimy, to posiadanie dużej ilości roślin wpływa jednak na jakość powietrza w domu. Najlepsze są ponoć właśnie storczyki, paprotki, skrzydłokwiaty i bluszcze. Jeden skrzydłokwiat wystarczy na 10 metrów kwadratowych mieszkania, by poprawić jakość powietrza. Jak widać miłość do roślin daje jeszcze inne wymierne korzyści oprócz samej przyjemności obcowania z pięknem....

poniedziałek, 6 lutego 2017

Prognoza dla róż - kiedy rozpoczać sezon

Na jednym z facebookowych grup ogrodniczych część osób zadeklarowała już rozpoczęcie sezonu i pierwsze wiosenne opryski lub rzuciła się z nożycami na swoje rośliny. Być może w przypadku drzewek owocowych i pewnych krzewów to właściwie postępowanie, ja jednak w wypadku róż poczekałabym jeszcze przez dłuższy czas. Jedna zasada jest wspólna - część zabiegów należy przeprowadzić przed przebudzeniem się krzewu, co w hodowli donicowej może być dość trudne (przy budynku, pod agrowłókniną mamy w donicach nieco cieplej), na szczęście pewne czynności można wykonać również w fazie nabrzmiewania pąków. Należy jednak pamiętać o pozostałych wskazówkach dotyczących pielęgnacji róż na przedwiośniu. Opryski przeciwko zimującym przędziorkom i wełnowcom powinny zostać przeprowadzone przy ładnej suchej pogodzie w temperaturze około 5-12 stopni. Sprawa podobnie ma się do profilaktycznych oprysków przeciwgrzybowych. Dla Miedziana 50 WP właściwa temperatura to przynajmniej 6 stopni. Dobrze by było gdyby i dzień po oprysku utrzymywała się podobna pogoda. Tymczasem wyglądam za okno a tu nie dość, że temperatura waha się od -10 do 2 stopni to jeszcze albo mgła, śnieg albo mżawka. Biorąc się za opryski albo cięcie trzeba by zdjąć z róż donicowych agrowłókninę co przy zapowiedziach, że temperatura w nocy znowu zejdzie do -10 byłoby niebezpieczne. Patrzę na prognozę długoterminową i póki co wychodzi, że nie ma sensu rozpoczynać sezonu przed końcem lutego. Na najbliższe trzy tygodnie zapowiadają się silne przymrozki w nocy a w ciągu dnia będzie maksymalnie do 6-7 stopni w moim rejonie Polski.  Może marzec będzie bardziej sprzyjający. Wiadomo długoterminowe prognozy to nieco wróżenie z fusów, czas pokaże jak będzie naprawdę. Niemniej również cięcie róż w takiej temperaturze byłoby kiepskim pomysłem - późniejszy mróz mógłby pouszkadzać krzewy. Warto pamiętać, że niezawodnym miernikiem dla cięcia róż jest forsycja. Jeśli zaczyna robić się żółta to znaczy, że możemy przycinać.


Oglądałam ostatnio moje róże. Wszystkie wydają się w porządku z wyjątkiem Old Glory. Bardzo mi się ona nie podoba, mam wrażenie, że róża jest martwa. Wychodzi nieprzygotowanie do sadzenia w terminie, kombinowanie z sadzeniem i słynna wrażliwość tej odmiany... Kupiłam tę różę z myślą o łagodnych zimach  i ciepłych latach ale natura postanowiła spłatać mi figla i w tym roku wyjątkowo zafundowała nam ładną, polską zimę. Ale bardzo się na Old Glory uparłam. I tak ją będę miała. Sprawdziłam już ofertę rosarium na sezon donicowy - wychodzi, że najprędzej będzie dostępna pod koniec marca. Jeśli w tym czasie jednak róża posadzona w postaci korzenia odbije - trudno będę miała dwie i któraś pojedzie na wieś zdobić jakiś murek.


Dłuży się człowiekowi trochę ten luty, chciałoby się sprawdzić, czy wszystko z różami w porządku, czy nie myli się co do stanu swoich krzewów, poczuć już ciepłe powietrze i miękką ziemię w dłoniach. Póki, co pozostają kwiaty w domu. Bawię się więc w tym czasie sadząc pachnące hiacynty, szafirki i krokusy, robiąc z nich małe aranżacje... W sumie najciemniejsze miesiące i tak już za nami. Teraz będzie już tylko lepiej...




 

niedziela, 4 grudnia 2016

Jesienne sadzenie róż...

W wypadku róż wsadzanych do donicy trzymam się starej zasady mówiącej że, róże przybywające do nas w postaci gołego korzenia sadzimy jesienią. Wtedy również przesadzamy róże o ile mamy taką potrzebę. Tak naprawdę dobry okres na sadzenie róż wypada pomiędzy październikiem a styczniem - wszystko zależy od pogody i tego czy temperatura jest plusowa. Obecnie aura zrobiła się zdecydowanie zimowa ale jeszcze dwa tygodnie temu było całkiem sprzyjająco. W wypadku róż w donicach mamy trochę łatwiej, gdyż nie grozi nam raczej zamarznięta ziemia (acz też nie jest do końca ulgowo, bo róże trzeba przecież namoczyć).


Jakiś czas temu dotarły do mnie dwie zamówione odmiany Souvenir de la Malmaison i Gloire de Dijon - niestety nie udało mi się ich wsadzić do donic w sposób podręcznikowy i modlę się, by tym wrażliwym odmianom moje cudowanie nie zaszkodziło. W wersji idealnej sadzenie róż powinno wyglądać mniej więcej tak:

- Korzeń odwijamy z folii (jeśli na korzeniach jest torf można go nieco rozkruszyć) i moczymy w wodzie od godziny nawet do 24h. Im lepsza pogoda tym dłużej korzeń może naciągać w wodzie. 

- Przygotowujemy na tyle dużą donicę, by korzeń zmieścił się tam bez zawijania, podpierania, skracania etc. Zwykle wystarczy 13 litrów o średnicy 30 cm - ja tym razem specjalnie dla Gloire de Dijon poszalałam i dałam jej doniczkę 21 litrów ale dlatego, że to kapryśna róża pnąca.

- Przekuwamy spód donicy, żeby zrobić otwory przez które będzie uchodził nadmiar wody. Spód donicy wykładamy kermazytem albo polnymi kamieniami.

- Stopniowo przysypujemy korzeń ziemią, tak by cały został okryty. Nie mam jakiś specjalnych wymagań co do ziemi. Używam zwykłej ziemi ogrodniczej - róże na wiosnę i tak dostaną ode mnie nawóz, a nawożenie róż o tej porze roku nie jest mądre, gdyż nie pomaga różom w zasypianiu.

- Podlewamy. Oczywiście nigdy, przenigdy nie podlewamy róż przy temperaturze minusowej (tyczy się to również róż, które okryliśmy i przechowujemy je przez zimę na tarasie).

- Cały ten proces należy wykonać kiedy pogoda jest dość łagodna, żeby róża zdążyła nieco się zakorzenić w nowym miejscu. Po posadzeniu róż powinniśmy okryć donicę pianką, folią albo agrowłókniną jeśli wiemy, że temperatura ma spaść poniżej zera.

Tyle teoria - tymczasem w praktyce nie wyszło zbyt pięknie... Powiem szczerze, że po prostu nie spodziewałam się kuriera z dostawą tak wcześnie (wypadał wtedy drugi tydzień października) i byłam zupełnie nieprzygotowana. Dodatkowa  paczka z korzeniami krążyła po różnych punktach, bo w odpowiednim czasie nie zdążyłam jej przekierować a przecież ulubioną porą kurierów jest godzina 11:00 kiedy to wszyscy domownicy są w pracy. Tak więc dostałam moje wytęsknione odmiany a nie miałam ani ziemi ani donic i niestety nie mogłam ich od razu przygotować. Nie byłoby tak źle gdyby korzenie były zabezpieczone torfem ale niestety tym razem dostałam je okryte jedynie folią. Ponieważ dzięki Bogu nie było mrozu postanowiłam wstawić korzenie do wody na 24 godziny. W tym czasie udało mi się kupić dwie zwykłe duże donice i ziemię ogrodniczą. Docelowe donice niestety miały do mnie dopiero dotrzeć. Korzenie musiałam więc umieścić trochę pod skosem w donicach i zasypałam je ziemią. Oczywiście okazało się, że ziemi przywiozłam za mało. Jak pech to pech. Po kilku dniach w końcu dosypałam odpowiednią ilość ziemi i donice zostały umieszczone przy ścianie. Od tego momentu róże były już bezpieczne i mogły poczekać sobie aż, przyjadą zamówione wysokie pojemniki.

Ostatnio miałam niewiele czasu ale wczoraj wreszcie ostatecznie udało mi się zrobić z donicami porządek. Wygląda na to, że  Souvenir de la Malmaison  dobrze się przyjęła ale z Gloire de Dijon może być różnie. Jeśli padła i tak nie zamierzam się poddawać. Uparłam się na tę odmianę, nawet jeśli miałabym ją sadzić drugi raz. Bardzo chcę zobaczyć, jak będzie u mnie rosła. Było trochę mroźno ale na moim balkonie temperatura wynosiła cały czas od zera do pięciu stopni. Pod daszkiem, przy ścianie to wszystko przebiega nieco łagodniej...  Niemniej dopiero wiosna pokaże, jak naprawdę obie odmiany się przyjęły...


poniedziałek, 17 października 2016

Przygotowanie róż w donicach do zimy..

Bardzo lubię planować na nowy sezon tym razem więc nieco mojego gdybania a także kilka słów na temat zimowania róż. W październiku sporo ludzi zastanawia się co zrobić ze swoimi różami w donicach, szczególnie jeśli tak jak ja, nie mają miejsca do ich przechowywania (piwnica w końcu duża ale co z tego skoro bez okien). W zeszłym roku róże o tej porze roku były już owinięte na zimę ale tylko dlatego, że przenosiłam je do kogoś na przechowanie i nie miałam innego wyjścia. Teraz kiedy nie ma żadnej wyższej konieczności by tak postąpić, moje róże mają wreszcie czas, by wejść  w sezon jesienno-zimowy. Najważniejsza rzecz tycząca się starych róż to dać im na razie spokój, pozwolić żeby zasnęły i pogubiły liście. Wiadomo - nie wolno nawozić róż jesienią ale przy różach starych i angielskich pamiętajmy również o tym aby ich nie ciąć. W przeciwieństwie do mieszańców herbatnich cięcie wcale nie pomoże im przezimować a zamierzony efekt będzie raczej odwrotny. Róż w donicach na razie nie ma sensu jeszcze okrywać - ja zwykle okrywam swoje róże w listopadzie, wiadomo wszystko zależy od tego jaka jest pogoda, poranne przymrozki na minusie też nie są jeszcze powodem do paniki. Podlewam róże już dużo skromniej i zastanawiam się nad ewentualnym opryskiem przeciwgrzybowym, żeby wytłuc jeszcze część zarodników. W tym roku przez te całe przeprowadzki to był istny armagedon a ponieważ zarodniki grzybów powodujące choroby zimują, trzeba będzie podjąć jakieś kroki zaradcze albo teraz albo na wiosnę. Wredny przędziorek też pewnie złożył swoje jaja ale na niego mam Promanal.


A tak naprawdę mimo, że pogoda wpędza nas obecnie do domu, a już szczególnie mnie przegania z dworu  (chyba głównie przez tę nagłą zmianę  z 30 stopni we wrześniu do 4 stopni w październiku) to przecież właśnie czekamy na dostawy róż w postaci korzenia i już wkrótce będziemy sadzić nowe odmiany i wprowadzać zmiany. Sporo ludzi sadzi również rośliny cebulowe w listopadzie. To taka miła myśl przy tej całej zamierającej przyrodzie, wokoło spadających liści, pogłębiającego się zmroku - że jednak właśnie teraz wprowadzamy do naszych ogrodów nowe życie, musimy po prostu być cierpliwi i zaufać naturze.

Do moich róż dołączą dwie odmiany stare Souvenir de la Malmaison i Old Glory. Rose de Resht zostanie w listopadzie zawieziona z kolei na wieś. Mam nadzieję, że tam sprawdzi się bardziej. Aby zrobić miejsce dla nowych odmian postanowiłam przesadzić Comte de Chambord. Dostanie  dużą ale zwężaną donicę i mam nadzieję, że pomoże to zagospodarować przestrzeń w wygodniejszy sposób. Prawda jest taka, że powinnam odmłodzić na wiosnę Comte de Chambord - ta róża już trochę u mnie jest, ze cztery lata jej zeszły jak nic. Myślę, że przydadzą się jej zmiany. To nie jest różą pnąca ale chciałabym ją poprowadzić trochę w górę, żeby obrosła słupek wokoło mojego daszku. Razem z Souvenir de la Malmaison i Glamis Castle będzie tworzyła mały narożnik mam nadzieję, że intensywnie pachnący acz w subtelnych jasnych barwach, bieli i różu. Po drugiej stronie będzie zaś rosła Mary Rose i Glorie de Dijon czyli mocno słoneczna kompozycja również pachnąca. Do donic zaś pójdzie trochę roślin cebulowych - uwielbiam kosaćce i bardzo ciekawi mnie jak ich wersje miniaturowe będą sprawdzały się w skrzynkach...Ale tego dowiem się dopiero na wiosnę. ..

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zwalczanie mączniaka u róży...

W tym roku mączniak sprawił chyba sporo problemów mimo, że pogoda przynajmniej w moim regionie jest prawie idealna. Nie ma ani suszy ani nadmiernej wilgoci, słońca i deszczu jest praktycznie po równo. Mączniak może być wynikiem niesprzyjającej pogody ale można go również przynieść na nowo zakupionych roślinach, tak jak w moim wypadku. 

 Mączniak prawdziwy na liściu Mary Rose

Mączniak róży to właściwie dwie choroby powodowane przez różne grzyby: rozróżniamy mączniaka rzekomego i prawdziwego. Mączniak prawdziwy atakuje całą różę, łącznie z kwiatami, rzekomy głównie liście, jest również mniej widoczny. Z tego co pamiętam (poprawcie mnie jeśli się mylę) mączniak rzekomy rozwija się głównie przy dużej wilgotności i sporych wahaniach temperatury zaś mącznika prawdziwego wspomaga raczej słoneczna, sucha pogoda. Obie te choroby są bardzo niebezpieczne i mają podobne objawy. 

Nauczyłam się, że w wypadku mączniaka o sukcesie decyduje szybkie rozpoznanie i szybka reakcja. Od czasu kiedy mączniak zabił moją różę pomarszczoną jestem na niego przeczulona ale to przynosi dobre efekty. Należy oglądać liście rośliny od góry i od spodu i sprawdzać czy nie ma na nich drobnych białych plam. Mączniak rzekomy będzie charakteryzował się raczej niewielkim nalotem od spodu liścia i delikatnymi brązowymi plamkami. Mączniak prawdziwy początkowo także wymaga sprawnego oka. Nie czekajcie aż zobaczycie na nim bialutką grubą pleśń niczym na zepsutych pomidorach. Sprawdzajcie róże czy od spodu liścia nie pojawia się delikatny biały nalot jak po mleku. Będziecie pewni, że to mączniak jeśli liść w tym miejscu będzie nieco zdeformowany. Marszczy się on w dość charakterystyczny sposób. 

 Mary Rose przybyła do mnie zainfekowana z początkiem mączniaka - tak wyglądały jej pędy po tygodniu rozwoju choroby.

Po rozpoznaniu mączniaka, druga ważna rada: nie czekajcie z opryskiem. Wiem, że niektórzy ogrodnicy mają podejście w stylu "jak poczekam jeszcze tydzień zanim przywiozę środek do oprysku to nic się nie stanie".  Mączniak potrafi naprawdę się rozleźć po całej róży w przeciągu kilku dni. Dodatkowo porażone części trzeba po prostu usuwać a lepiej usunąć 1/3 liści niż 1/2. Jeśli nie masz fungicydów pod ręką to zrób oprysk z cebuli albo czosnku, nawet mocniejszy niż zwykle. Porażone liście należy od razu wyciąć i najlepiej spalić (ja wyrzucam do śmietnika razem z odpadami, nie wolno ich składować w ogrodzie, przeznaczać na kompost ale pozbyć się ich tak, by nie zaraziły innych roślin). Uważajmy bo mączniaka można przenosić na narzędziach i na rękach. Po dotknięciu zarażonej róży nie dotykajmy innych roślin przed umyciem rąk a narzędzia dezynfekujmy. 

 Tak wyglądała moja róża w trakcie choroby

Do oprysków za równo przeciw mączniakowi prawdziwemu i rzekomemu zaleca się używanie Bioseptu Activ czyli dawnego Bioseptu 33 SL. Powiem szczerze miałam okazję go testować i efekty były mocno niezadowalające. Jest to preparat w 100% ekologiczny ale nadaje się chyba bardziej do profilaktyki niż do leczenia rozwijającego się mączniaka. Na obie formy mączniaka stosuję za to topsin i jeszcze nigdy mnie ten preparat nie zawiódł. Nie jest bardzo toksyczny, pryskamy nim wieczorem i grunt, żeby nie padało. Do rozcieńczonego preparatu warto dodać kilka kropel płynu do naczyń - zapewni to lepszą przyczepność. Topsin ma jedną wadę - po drugim użyciu w sezonie należy go zmienić na inny preparat, żeby nie wyrobić w grzybie odporności. 


 A tak wygląda Mary Rose już po leczeniu czosnkiem i topsinem.

Tak naprawdę najskuteczniejszym sposobem walki z mączniakiem jest profilaktyka i zachowanie czystości w ogrodzie i w donicy. Jeśli wokoło krzewu leżą mumie owoców i zeschłe liście to mączniak ma zdecydowanie większe pole do popisu. W donicach oczywiście łatwiej zadbać o porządek niż w dużym ogrodzie ale i tak warto raz na jakiś czas wygarnąć śmieci spod krzewu a już koniecznie należy to zrobić wiosną. Podczas wiosennego cięcia można zastosować profilaktyczny oprysk antygrzybowy: to może być właśnie ekologiczny preparat w stylu Bioseptu albo wzmacniający odporność roślin na grzyby miedzian. Dobrą naturalną ochroną jest posadzenie obok róż zwykłego jadalnego czosnku. W każdej donicy mam posadzone ze dwie główki, które trzymają  grzyby w ryzach. Jeśli walczycie z mączniakiem na balkonie to zdejmijcie również osłony z balkonu. Wiem, że są różne szkoły, niektórzy piszą, że dobrze aby rośliny na balkonie były osłonięte ale mączniak lubi gdy przepływ powietrza jest mniejszy. "Kiszenie" jest dla róży tak samo niemiłe jak i silne zimne wiatry.  Róża musi na balkonie mieć przestrzeń i oddychać. Wtedy wróci do zdrowia szybciej i odzyska wigor.







niedziela, 19 czerwca 2016

Róże w lepszej kondycji

Nie mam łatwego sezonu. Po zabraniu tego, co przetrwało z przeprowadzki przez mój balkon przetoczyły się egipskie plagi. Ostatni taki sezon miałam ze trzy - cztery lata temu. Choroby grzybowe zniszczyły wtedy większą część moich róż. Tegoroczną stratę postanowiłam uzupełnić zamawiając Mary Rose - jak na złość okazało się, że przez przypadek dostałam egzemplarz z początkami mączniaka. 

 Mary Rose po kuracji...

Ściągnęłam ją z niesprawdzonej wcześniej szkółki i traf chciał, że tym razem miałam pecha. Generalnie skończyło się na gorzkim liście do sprzedawcy, przeprosinach ze zwrotem pieniędzy zaś ogołocona z części liści i plamami po topsinie Mary Rose jakoś dochodzi do siebie. W zeszłym tygodniu przywiozłam również ładnie rozwijającą się Glamis Castle - niestety okazało się, że przeżywa  atak mszyc. Tak więc mam już komplet - mszyce, przędziorki (oczywiście też się pojawiły a jakże), skoczka i mączniaka.

Ale nie ma tego złego, co na dobre nie wyjdzie. Poprzednim razem przy tak kiepskim sezonie dużo się nauczyłam o chorobach róż. Dzięki temu teraz udało mi się zareagować szybciej i moje krzewy zaczynają już odbijać. Nawet Rose de Resht, która była w bardzo złym stanie, jeśli lato dalej będzie łagodnie, daje nadzieję na przyszłość. Jakiś czas temu opisywałam jak radziłam sobie ze skoczkiem różanym i możliwymi problemami z korzeniami: wstrzymałam się z użyciem chemii, gdyż bałam się dodatkowego osłabienia Rose de Resht, skoczka tępiłam ręcznie, róże wsparłam opryskiem z cebuli i czosnku oraz podlewaniem bioseptem. Dzisiaj widzę, że to w zupełności wystarczyło. 

 Świeże pąki Rose de Resht

Z mączniakiem nie mogłam postąpić tak łagodnie. Widziałam już co mączniak potrafi zrobić z różami. Wszystkie moje róże dostały topsin a z Mary Rose usunęłam porażone pędy. Nie wyglądały po tym za ładnie ale mączniak chyba odpuścił na tyle, że nie stosowałam już powtórnego oprysku. Za to w donicach z różami posadziłam czosnek. Zawsze tak robię i wydaje mi się to dość skuteczną a przy tym zupełnie nieszkodliwą metodą, trzymania chorób grzybowych w ryzach.

Mszyce i przędziorki po prostu spłukałam wodą. Odczekałam aż od użycia topsinu miną dwa tygodnie i dodatkowo spryskałam róże agricolle. Ze względu na wciąż kręcące się w okolicy burze musiałam zabieg trochę odsunąć w czasie. Na szczęście przędziorek nie rozmnaża się gdy jest zbyt wilgotno. Agricolle to dość łagodny środek ale i tak na wszelki wypadek wszystkie środki ochrony roślin stosuje po zmroku. 

 Młode pędy obok śladów po żerowaniu skoczka

Obecnie wszystkie moje krzewy są już po pierwszym kwitnieniu z wyjątkiem Glamis Castle. Na chwilę obecną jest zielono ale to generalna przerwa w kwitnieniu. Przekwitłe kwiaty zostały usunięte a na ich miejsce pojawiły się nowe pąki i co cieszy mnie równie mocno, świeże pędy. Kiełkuje biały pachnący groszek i maciejka. Dosadziłam również nieco szałwii omszonej, która bardzo ładnie się przyjęła. Z poprzedniej kolekcji ziół udało mi się uratować jeszcze hyzop i wygląda jakby również powoli szykował się do kwitnienia.

Wszystko zaczyna jakoś wyglądać, trzeba teraz tylko czasu a natura zrobi resztę...

niedziela, 29 maja 2016

Ratunek dla róż - zwalczanie skoczka różanego

Tak dużo do opowiedzenia a tak mało czasu. Remont pochłania większość moich wolnych chwil po pracy ale róże są już na nowym balkonie. Brakuje tylko Glamis Castle, która nie przyjechała jeszcze z rodzinnej wsi. Niestety róże wróciły do mnie w stanie wymagającym reperacji...

Comte de Chambord - z lekkimi objawami ataku skoczka różanego
 Wyraźnie chorująca Rose de Rescht

Muszę przyznać, że naprawdę widzę efekty podjęcia i nie podjęcia wiosennych prac przy różach donicowych. Niby te kilka zabiegów ale zdrowie krzewu wyraźnie się wówczas poprawia. Z całego mojego zbioru przekazanego rodzinie i przyjaciołom do przechowania na czas remontu i przeprowadzki ostały mi się trzy róże. Angielka przechowywana na wsi muszę przyznać, jest w stanie genialnym. Po prostu wkopano ją w ziemię na zimę i jak widać świetnie się ta metoda sprawdziła. Ale to akurat moja nowa róża zakupiona na jesień.

Pozostałe kilkulatki mają się niestety gorzej. Comte de Chambord wygląda nieźle acz mogłaby wyglądać lepiej. Kwitnie jednak dalej uparcie i bardzo obficie, co po raz kolejny dowodzi wybitności tej odmiany. Można ją z czystym sercem polecić nawet początkującemu miłośnikowi róż, tym bardziej, że sama odmiana jest dość niedroga w porównaniu do róż angielskich i nowoczesnych.

Rose de Rescht jak na tego rodzaju różę wygląda zaś koszmarnie. Ewidentnie chyli się ku upadkowi i widzę, że już walczę o jej życie nie tylko o zdrowie. Wygląda jakby była mieszańcem herbatnim, kilka wybujałych pędów na praktycznie gołym krzaku. Taka forma dla takiej róży, to wręcz obraza. Znalazłam na niej trzy rodzaje szkodników: mszyce, skoczka różanego i przędziorka. Na Comte de Chambord oczywiście skoczek różany również się zadomowił acz nie w takiej ilości. Odbierając róże od znajomego ogrodnika dostałam środek ochrony roślin. W pierwszym odruchu zamierzałam go użyć, jednak ostatecznie zrezygnowałam. Rose de Rescht wyglądała na tak osłabioną, że dawka silnej chemii mogłaby się na niej odbić niekorzystnie. Postanowiłam spróbować innej metody. Mszyce i skoczka różanego po prostu zmyłam i zgniotłam. Zrobiłam "na oko" odwar z cebuli i czosnku, rozcieńczyłam go nieco zimną wodą, zanurzyłam w nim papierowy ręcznik i listek po listku na obu różach przemywałam zabijając każdego skoczka i mszyce. Wilgoć i oczyszczanie liści powinno również zahamować rozwój przędziorka.
Następnego poranka zrobiłam przegląd liści, już bez przemywania i od tej pory robię go praktycznie codziennie zgniatając te skoczki, które jeszcze się ostały. Na noc pryskam dodatkowo liście odwarem.

 Róża zaatakowana przez skoczka różanego

Obawiałam się, że Rose de Rescht ma jeszcze coś nie tak z korzeniami. Jakby przemarzły lub zawilgotniały a może jedno i drugie. Wymiotłam całą wierzchnią warstwę ziemi, wyrzuciłam wszystko, co w tej donicy było. Dałam jej świeżą warstwę i zamówiłam biosept activ do podlewania. Słyszałam dobre opinie o tym preparacie, nie byłam pewna czy wspomoże różę w moim przypadku ale postanowiłam spróbować. I o to co ujrzałam po kilku dniach:

świeży pąk Rose de Rescht

Taki ekologiczny acz pracochłonny zabieg ochronny, chyba zaczyna działać - nie chcę zapeszać ale mam nadzieję, że uda mi się uratować Rose de Rescht. Odpukać w niemalowane...

środa, 4 maja 2016

Umarł król, niech żyje król...

Porażki w ogrodnictwie trzeba przyjmować ze spokojem ponieważ zawsze się zdarzają i będą się  zdarzać. Taka jest kolej rzeczy. Nie da się wszystkiego przewidzieć i kontrolować.

Ten tydzień, jeśli idzie o moje kwiaty obfitował w dość smutne wiadomości. Mojej przyjaciółce przez zimę udało się wykosić całą pozostawioną u niej kolekcję ziół, bylin i krzewów - oparł się jedynie mikołajek alpejski. Niestety straciłam również Swany. Najboleśniejsza jest chyba starta wiszących truskawek "Toscany", które specjalnie zamawiałam ze względu na ich wyjątkowe kwitnące na różowo kwiaty. Jeszcze nie zdążyły pokazać, co potrafią a już musiałam się z nimi pożegnać. Cóż takie życie - liczyłam się ze stratami zostawiając rośliny u osoby niezainteresowanej ogrodnictwem.. 

Gorszą wiadomość otrzymałam od mojego zaprzyjaźnionego ogrodnika, u którego przechowuję cenniejsze okazy. Wygląda na to, że Mme Isaac Pereire zachorowała na przedwiośniu i już się raczej z tego nie podniesie. W gruncie rzeczy nie dziwi mnie to jakoś specjalnie. To róża przepiękna ale sprawiała mi już wcześniej nieco problemów acz udawało mi się utrzymać ją dotychczas w względnym zdrowiu. Czy jest to kwestia niewłaściwej opieki, czy przypadku ciężko orzekać. Oddałam ją na przechowanie osobie z bardzo dużą wiedzą jednak mam wrażenie, że nawet ktoś kto w swoim życiu posiadał ponad 60 (!) różanych krzewów, może nie mieć wyczucia w stosunku do kapryśnych odmian róż historycznych o ile przez większość życia miał do czynienia z mieszańcami herbatnimi. Może to jednak tylko moje gdybanie - obecne zamieranie Mme Isaac Pereire równie dobrze może efektem jej przegrzania latem, kiedy to upały były naprawdę dotkliwe.

Moja Mme Isaac Pereire podczas pierwszego kwitnienia
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zastanawia. Zawsze nieco powątpiewałam w teorię mówiącą, że o ile tylko pojemnik jest duży, każda róża będzie w niej rosła a wątpliwość te wyrobiły we mnie artykuły pana Mariana Sołysa dotyczące róż portlandzkich. Mme Isaac była moim eksperymentem, mającym sprawdzić zachowanie odmian typowo "ogrodowych" w pojemniku. Przetrwała dwa lata, pięknie kwitła ale w obliczu dzisiejszych wydarzeń, nie wiem, czy uznać to za sukces... Dziwnym trafem trzy moje mocno korzeniące się róże, posadzone w dużych pojemnikach  i tak prędzej czy później zamarły. Może to przypadek a może jest coś w tym jest.


Kwiaty odmiany Swany

Faktem jest, że obecnie moja kolekcja mocno zubożała ale nie stanowi to dla mnie tak naprawdę tragedii. Dzięki takim porażkom mam możliwość próbowania czegoś nowego, na mojej ograniczonej przestrzeni. Już od dawna chodzi za mną Pettite de Holland czy Louise Odier - angielkę mam w swojej kolekcji też tylko jedną. Z eksperymentami chyba jednak dam sobie na jakiś czas spokój i spróbuję raczej "donicowych pewniaków" zestawionych z przyjaznymi ziołami i być może pnączami.



niedziela, 14 lutego 2016

Dlaczego róża nie kwitnie?

Pozwolę sobie wrócić do wydarzania z ubiegłego sezonu. Czekałam wówczas na jesienne kwitnienie róż. Był mniej więcej październik, kiedy Rose de Rescht okryła się drobnymi pąkami i kwiatami a ja wciąż liczyłam że i Comte de Chambord zakwitnie. Oczywiście nie zrobiła tego. A powinna. Są róże, które nie powtarzają kwitnienia z reguły np. Celeste czy Charles de Mills. Co jednak w wypadku, kiedy róża należy do powtarzających kwitnienie i nie chce kwitnąć po raz drugi albo nawet w ogóle nie zakwita? 

Potrzebowałam trochę czasu na ustalenie przyczyny takiego stanu rzeczy. Moje książki poświęcone różom i magazyny ogrodnicze, które czytam były dość oszczędne w tej kwestii. Prawdopodobnie współczesne, odporne i ciągle kwitnące odmiany róż,  rzadko mają tego typu problemy. Niestety przy delikatniejszych odmianach takie rzeczy się zdarzają. Musiałam więc skonsultować się z doświadczonym ogrodnikiem i potwierdzić własne przypuszczenia.  Winne okazały się jak zwykle - przędziorki, zmora "balkonowego" ogrodnika. Niestety ciepło od budynku, wspomaga tego szkodnika, szczególnie jeśli lato jest suche i gorące. Żerujący przędziorek nawet gdy w końcu się go pozbędziemy, osłabia i ogołaca krzew. Również mszyce oraz inne choroby mogą spowodować zanik kwitnienia. W sytuacji kiedy róża zostaje zaatakowana przez szkodnika lub chorobę często traci liście. Część liści powinniśmy usunąć sami jeśli zostały porażone, by zapobiec rozprzestrzenianiu się choroby. Gdy w końcu uda nam się wyleczyć krzew ale ubytek liści będzie znaczny krzew i tak zainwestuje energię raczej w nowe listowie a będzie oszczędzał na kwiatach. 
 

Niestety zanim ostatecznie pozbyłam się przędziorka moja Comte de Chambord utraciła nazbyt wiele liści i przypuszczalnie dlatego zrezygnowała z powtórnego kwitnienia oszczędzając siły na odbudowę.

Szkodniki i choroby to nie jedyny powód braku kwitnienia. Jeśli róża nie choruje a mimo to nie chce kwitnąć należy poszukać innych przyczyn. Najbardziej oczywistą wydaje się zbyt mocne cięcie w niewłaściwej porze. Może dać ten sam efekt co żerowanie przędziorka. Następnie należy rozważyć brak odpowiedniego nasłonecznienia. Róża jest rośliną wymagającą sporo słońca. Jeśli posadzimy ją w  cieniu może mieć problemy z wytarzaniem nowych kwiatów. Również nieodpowiednie nawożenie i podlewanie może prowadzić do zaniku kwitnienia.
 
 
Mikoryza pod mikroskopem

W tym roku żeby uniknąć braku drugiego kwitnienia spróbuję po prostu wzmocnić odporność róż, ponieważ nie liczę na to aby klimat latem był dla mnie łaskawy. Być może silniejsza róża łatwiej odeprze atak przędziorków bez większych strat. Jakimś pomysłem wydaje się zastosowanie mikoryzy - acz słyszałam o niej tak skrajne opinie, że zobaczymy jak szczepionka będzie się sprawdzała w wypadku róż donicowych.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Szkodniki, upały i susza - czyli gorsza strona lata

Druga połowa lata była dla moich roślin naprawdę niszcząca. Mam balkon i okna od strony południowo-zachodniej dzięki czemu wszystko nagrzewało się jeszcze bardziej. Temperatura dochodziła do ponad 40 stopni. Teraz gdy pogoda się uspokoiła mogę zrobić bilans strat i spróbować wyciągnąć z tego jakieś wnioski.  




Rosa Mundi, którą trzymałam przez jakiś czas na parapecie nie przetrwała tych okropnych upałów i jest to moja najboleśniejsza strata. Padła również cała i to cała bez wyjątku sałata a i z ogórecznika niewiele zostało. O ile ogórecznika i późną sałatę mogę wysiać ponownie i po jakiś dwóch tygodniach mieć wystarczającą ilość liści do kanapek czy sałatki o tyle Rosa Mundi przepadła na dobre. Wraz z upałami i suchym powietrzem pojawiła się plaga przędziorków - i to mimo tego, że prawie codziennie późnym wieczorem zraszałam moje róże wywarem z cebuli albo czosnku. Mam przędziorki co roku, jestem na nie przygotowana ale takiego ataku jeszcze nie widziałam. Po dwukrotnym użyciu chemii (oczywiście tylko w nocy tak by nie szkodzić ani trzmielom ani sąsiadom) w końcu chyba zniszczyłam tę kolonię. Niestety patrząc na Rose de Resht zastanawiam się, czy przędziorki nie zahamowały jej rozwoju albo czy nie została w inny sposób uszkodzona z powodu temperatury. Brak świeżych pędów wydaje mi się niepokojący a szok wywołany przegrzaniem może być widoczny nawet dopiero po roku. Z tego względu, że Rose de Resht jest dość odporna na upały podejrzewam jednak przędziorki. Pozostałe róże mają uszkodzone przez przędziorki liście ale głównie na dole krzewu - poza tym rozwijają się prawidłowo. Liście z wyraźnymi uszkodzeniami usuwam. Nic za to nie stało się ani papryczkom chili ani pomidorom - widać nie srogi im gorący i suchy klimat. 

Nie tylko mój balkon padł ofiarą upałów i suszy. O ile mogłam odpowiednio nawadniać rośliny w donicy to okoliczne krzewy i kwiaty były  zdane wyłącznie na siebie i skromne opady deszczu. Widzę, że bardzo wiele roślin ma pozwijane w rulony liście, widoczne oznaki chorób grzybowych a przędziorki są wszechobecne. Naprawdę przydałby się przynajmniej tydzień intensywnych opadów... 



Nie lubię narzekać - każda sytuacja jest po to, by czegoś nas nauczyć. Wyciągnięcie odpowiednich wniosków może być tym bardziej ważne, skoro coraz częściej mówi się, że suche, gorące lata mogą stać się nieodłączną częścią naszego klimatu. Co możemy więc zrobić? W wypadku róż oraz innych roślin ważnym czynnikiem wyboru odmiany powinna stać się ich odporność na wahania temperatury, upał oraz mróz. Jeśli posiadamy mniej odporne rośliny, postarajmy wybrać dla nich mniej gorące miejsce albo zaopatrzyć się w parasolki z ochroną UV. Ochronią nas i nasze rośliny przynajmniej przed bezpośrednimi promieniami. Wybierajmy również donice w jasnych odcieniach w miarę możliwości z nienagrzewających się materiałów. Kolejna zasada jest stara jak świat niestety sama nie zawsze o niej pamiętam. Podlewamy rośliny wieczorem, tak by nie poparzyły się od wody. Szczególnie niebezpieczna jest woda, która przypadkowo osadzi się na liściach, działa bowiem jak soczewka przypalając roślinę. Uszkodzone przez słońce albo szkodniki liście i kwiaty usuwamy.  Ponadto staramy się dbać o środowisko. Niestety anomalie pogodowe, przynajmniej częściowo są wynikiem także naszej działalności... Poniekąd warto też spróbować po prostu dostosować się do zmian wybierając rośliny o małych potrzebach pokarmowych. Pozwoli nam to oszczędzić wodę w czasach  jej niedoboru. Pamiętajmy, że niektóre odmiany szałwii i lawendy bardzo dobrze czują się w takich warunkach a to sprawia, że wcale nie musimy rezygnować z tego co pożyteczne i piękne zarazem. Również dobrze nawożone róże poradzą sobie z mniejszą dawką wody. 

czwartek, 25 czerwca 2015

Cięcie letnie odmian starych i historycznych

Ponieważ część odmian właśnie kończy swoje kwitnienie warto zabrać się za cięcie letnie. Nie jest ono wcale skomplikowane czy pracochłonne a ma dobroczynny wpływ na nasze róże, ponieważ pozwoli im się właściwie zagęścić lub szybciej powtórzyć kwitnienie. Odmiany stare tniemy zaraz po przekwitnięciu kwiatów - jesienne cięcie nie jest u nich wskazane. Pod tym względem znacznie się one różnią od popularnych współczesnych róż wielkokwiatowych, które często przycina się mocno na jesień. Podobnie jak w wypadku cięcia wiosennego należy rozróżnić czy posiadamy odmiany powtarzające kwitnienie czy też nie. 



Odmiany niepowtarzające kwitnienia to róże białe (chodzi oczywiście o Rosa Alba nie o kolor), francuskie, mchowe, stulistne i niektóre damasceńskie. Po kwitnieniu delikatnie prześwietlamy krzew. Możemy usunąć przekwitłe kwiatostany jeśli jednak zależy nam na zawiązaniu owoców z oczywistych względów pozostawiamy je w spokoju. Cięcie róż powtarzających kwitnienie czyli róż damasceńskich, portlandzkich, burbońskich, mieszańców piżmowych i remontantów polega jedynie na usuwaniu przekwitłych kwiatów. 



Do cięcia używamy czystych narzędzi. Możemy przy okazji usunąć te pędy, które zostały w jakiś sposób uszkodzone np.od wiatru czy podczas przesuwania donicy. Tniemy w słoneczne dni aby do ran nie dostawała się woda. Cięcie zawsze warto jest połączyć z profilaktycznym opryskiem przeciwgrzybowym. O tej porze roku, jeśli nie mamy jakiś większych problemów sięgamy jednak po ekologiczne środki np. odwar z cebuli lub czosnku. Nie ma sensu nadmiernie obciążać środowiska bez wyraźnej potrzeby. Oprysk robimy gdy słońce już zajdzie, by przypadkiem nie poparzyć naszych krzewów. 

sobota, 9 maja 2015

Róże i mszyce - rośliny ochronne i sposoby zwalczania

Od początku maja toczę nierówną walkę z mszycami - pojawiły się w tym roku wyjątkowo wcześnie i  są bardzo dokuczliwe. To niestety efekt ciepłej zimy. Z kolei biedronek jest jak na lekarstwo. Usuwam więc mszyce ręcznie, miażdząc je jak tylko się pojawią. Teoretycznie w trakcie takiej czynności mszyce powinny wysyłać chemiczny sygnał o zagrożeniu odstraszający resztę szkodników. Mam jednak wrażenie, że "moje" mszyce niewiele sobie z tego robią. Każdego dnia jest ich coraz więcej. Szczególnie upodobały sobie kocimiętkę i różę Mme Isaac Pereire.

Mszyce w różnych stadiach na pąku róży

Mogłabym rozwiązać ten problem bardzo szybko - jednym opryskiem Mospilanem 20 SP. To bardzo skuteczny środek a do tego selektywny, co znaczy mniej więcej tyle, że nie szkodzi on pszczołom i zwierzętom domowym. Stosuje się go w sadach i przy uprawie warzyw a maksymalny okres karencji (czyli czas, który musi minąć, by bezpiecznie zjeść nasze plony) to 14 dni. 

Na razie jednak postanowiłam się z tym wstrzymać i spróbować naturalnych metod. Ekologiczne opryski mają jednak pewną wadę. Trzeba je powtarzać często i regularnie, zaś liście róży nie specjalnie lubią być moczone. Niektóre odmiany są na to szczególnie wrażliwie. W efekcie pozbędziemy się mszycy (albo i nie, jeśli mamy pecha) ale zafundujemy sobie mączniaka lub pleśń. Jeśli zamierzacie chronić swoje róże domowymi metodami od razu zrezygnujecie z preparatów z użyciem mleka czy płynu do mycia naczyń. Wybierzcie te, które oprócz odstraszania mszyc obronią krzewy przed chorobami grzybowym (ponoć mleko również posiada jakieś właściwości antygrzybiczne, jednak w moim wypadku ten preparat nie zdał egzaminu). Będą to odwary z cebuli i czosnku (75 gram pociętej cebuli na 10 litrów należy gotować 30 minut lub 200 gram roztartego czosnku na 10 litrów przez 20 minut - stosujemy bez dodatkowego rozcieńczania). Dzięki temu nawet regularne opryski nie powinny zaszkodzić waszym krzewom. 

Jeżeli jednak posiadacie odmianę wrażliwą na moczenie i deszcz musicie poważnie przemyśleć zastosowanie chemii. Jej zaletą jest to, że wystarczy ją użyć raz, góra dwa razy w sezonie.Wybierając preparat nieszkodliwy dla owadów pożytecznych, używając go po zmroku i dokładnie przestrzegając ulotki, minimalizujecie potencjalne szkody. 

Sama postanowiłam spróbować walki z mszycami od trochę innej strony. Chciałabym stworzyć na balkonie naturalną barierę, która ograniczy występowanie szkodnika. Można to zrobić dzięki uprawie współrzędnej. Rośliny, które współgrają z różami i chronią je przed szkodnikami oraz chorobami grzybowymi to lawenda, czosnek i szczypiorek. Posadzenie czosnku jest szczególnie łatwe. Nieobraną główkę czosnku wystarczy podzielić na tak zwane "ząbki" i wsadzić je do donicy razem z różą. Wyrosną z nich nowe osobniki. Sadzenie w pobliżu róży czosnku ma jeszcze jedną zaletę - wzmacnia aromat różanego krzewu. 



Mszyce nie lubią również mięty i aksamitki. Nie są to rośliny, które idealnie współgrają z różami ale postanowiłam je wypróbować. Moją miętę czekoladową posadziłam razem z Mme Isaac. Mięta jest dość ekspansywna, trzeba więc często ją przycinać tak by nie osłabiła róży zamiast ją wspomóc. W osobnej donicy wysiałam zaś miętę meksykańską. Zobaczymy jaki przyniesie to efekt.




Istnieje jeszcze jeden ciekawy sposób walki z mszycą - opłacalny raczej dla posiadaczy dużych ogrodów. Kilka firm oferuje sprzedaż naturalnych wrogów mszyc. Za około 200 złotych możemy zamówić larwy biedronki dwukropki lub złotooka pospolitego. Te żarłoczne owady same oczyszczą nasz ogród i pomogą utrzymać w nim równowagę bez konieczności wykonywania oprysków.






wtorek, 14 kwietnia 2015

Dlaczego warto znać odmianę swojej róży?

No właśnie, dlaczego powinniśmy podczas zakupu zwrócić uwagę na nazwę odmiany? Często zdarza się, że wchodzimy do sklepu ogrodniczego wybieramy jakiś krzew a kartkę z opisem odmiany wyrzucamy. Albo jeszcze gorzej - kupujemy różę oznaczoną np. "róża parkowa", "róża rabatowa różowa" i nic ponad to.


W chwili zakupu  nie wydaje się nam to być może takie ważne - nie mniej z czasem może okazać się, że naprawdę utrudnimy sobie życie. W mojej rodzinie zdarzyło się właśnie coś takiego...

Babcia dostała "jakąś" różę od sąsiadki. Sąsiadka nie zapytała co, to a babcia tym bardziej nie zwróciła uwagi na nazwę. Róża wyrosła przecudnie. Była gęsta z wielkimi zwisającymi kwiatami, pachnąca. Niestety korzenie podgryzły nornice. Krzew był delikatny, zmarniał i nic nie dało się zrobić. Babcia chciałaby mieć tę różę znowu w ogrodzie ale nie zachowały się o niej żadne informacje ani zdjęcia. Jedyne co, można zrobić to polegając na opisie, spróbować zebrać pewne charaterystyczne cechy i szukać właściwej odmiany. Spędziliśmy wspólnie wiele czasu, próbując znaleźć tę konkretną różę, jednak bez większych rezultatów. Ustalenie odmiany w ogóle nie jest łatwą sprawą - a staje się to jeszcze trudniejsze, gdy krzew przepadł. Równie dobrze mogła być to odmiana stara co jakaś angielka. Zarówno Charls de Mills jak i Gertrude Jekyll zdaniem babci "są podobne". Pamięć jest zawodna i tak naprawdę jedyne co, można zrobić to znaleźć "coś podobnego" i pogodzić się z tym, że piękna róża będzie istnieć już wyłącznie w rodzinnych legendach. A przecież zawsze i wszędzie może się coś takiego zdarzyć. Niektóre krzewy zamierają z czasem, może przydarzyć się poważna choroba grzybowa albo róża może zostać zalana. Wiedząc co posiadamy, zawsze możemy to później w jakiś sposób odtworzyć a nie tylko wzdychać do przeszłości.



Istnieje jeszcze drugi powód, być może nawet ważniejszy - właściwa pielęgnacja. Nazwa odmiany powie nam jak ciąć naszą róże, w jakim miejscu ją sadzić, czy róża przyjmie się w donicy, czy będzie posiadała zapach, jak duża urośnie i wiele wiele innych. Dzięki nazwie znajdziemy wszystkie istotne informacje.

Ważnym problemem jest właśnie cięcie. Tu na szczęście sporo powie nam również sama grupa róży ale są i wyjątki. Jeśli kupiliśmy róże z grupy historycznej to są one tak zróżnicowane, że bez ściślejszych danych nie będziemy wiedzieli jak przyciąć krzew. Podobnie może być w wypadku róż pnących gdzie nie zawsze możemy sami określić czy mamy do czynienia z ramblerem czy z climberem. Jednym słowem będziemy ciąć w ciemno, co może przynieść różne skutki w zależności od naszego szczęścia...

Warto więc zachować gdzieś nazwę odmiany - czy to w notesie, czy w formie tabliczki umieszczonej przy krzewie - pozwoli nam to uniknąć błędów i odzyskać to co straciliśmy. 

niedziela, 29 marca 2015

Jak kupować róże na balkon? Róże w pojemnikach i pod postacią korzenia...

Róże można kupić pod wieloma postaciami. Generalnie w wypadku róż przeznaczonych na balkon zaleca się korzystanie z róż w donicach - są to niewielkie, acz ładnie rozwinięte krzewy dostępne w kilku-litrowych pojemnikach. To bardzo wygodny sposób kupowania róż. Niewątpliwym plusem tej formy jest to, że sadzenie jest proste, łatwe i przyjemne a takie róże prawie zawsze idealnie się przyjmują.



W szkółkach sprzedaż róż w pojemnikach zaczyna się zwykle późną wiosną i trwa do wczesnej jesieni - acz w innych porach roku zdarzają się czasem jeszcze jakieś pojedyncze niewyprzedane sztuki. Róże w pojemnikach można sadzić przez cały rok (oczywiście w wypadku uprawy na balkonie należy je przesadzić do odpowiednich, dużych donic). Nie mniej zauważyłam, że róże w donicach również muszą się zaaklimatyzować i nie zawsze zakwitną nam tego samego roku - niektóre odmiany stare ponadto z reguły kwitną dopiero na drugi rok. Dlatego bez względu na formę jaką wybierzemy, nowe odmiany w miarę możliwości lepiej jest wprowadzać wczesną jesienią. Jednak ta metoda ma też swój minus - duża część ciekawych odmian może być już wykupiona - trzeba więc też wziąć pod uwagę dostępność i zoptymalizować moment zakupów. Nie zawsze wszystko da się zrobić idealnie. Wadą róż pojemnikowych jest ich cena. Róże w donicach są nawet o 100% droższe od swojego odpowiednika z gołym korzeniem. 

Inną opcją nabycia ładnej, zdrowej odmiany jest właśnie kupno korzenia róży - może być on osłonięty torfem, chroniony woskiem lub umieszczony w donicy z ziemią. Korzenie róży mają bardzo atrakcyjne ceny - dobrą odmianę można dostać nawet za kilkanaście złotych. Sadzimy je od października do kwietnia pod warunkiem, że nie ma mrozu. W takim okresie są też dostępne w rosariach - największy wybór odmian przypada zwykle na październik. 



Jest to jednak forma zakupu, która rzekomo mniej nadaje się do uprawy pojemnikowej. Powiem jednak szczerze, że dwa razy sadziłam róże pod postacią gołego korzenia i nie widzę jakiejś kolosalnej różnicy. W zeszłym roku na koniec listopada posadziłam w ten sposób Charles de Milles. Owszem, róża nie obudziła się tak szybko jak pozostałe i nie wypuściła jeszcze tyle dorodnych pęków, ale równie dobrze może to być efekt tego, że została po prostu później posadzona. Jest to napewno oszczędniejszy sposób nabycia ładnej odmiany, sadzenie jest nieco bardziej skomplikowane, na efekty trzeba nieco dłużej czekać ale poza tym nie znalazłam większych przeciwwskazań.

Z sadzeniem róży w postaci korzenia wiąże się jedna pozornie kłopotliwa kwestia. Co zrobić, jeśli korzeń róży zamówiliśmy późną jesienią i akurat w momencie dostawy pogoda popsuje się na tyle, że nie sposób go od razu umieścić w donicy? Róże musimy sadzić jak najszybciej po otrzymaniu ale równocześnie należy to robić w dodatniej temperaturze (korzeń należy przecież namoczyć a później podlać). Spotkało mnie to w zeszłym roku. Był listopad ale spadł śnieg, zrobiło się bardzo mroźno a ja nie miałam gdzie przechować korzenia. 

Okazało się jednak, że wystarczy umieścić opakowanie przy ścianie balkonu i po prostu poczekać. Róże w postaci gołego korzenia do czasu przekazania do firmy kurierskiej są przechowywane i tak w chłodni. Pogoda poprawiła się za kilka dni a róży nic się nie stało. Nie mniej zawsze warto pamiętać, że róża najlepiej znosi zimowanie jeśli zdąży rozwinąć swój system korzeniowy - musi mieć więc trochę czasu. Niestety na nagłe zmiany pogody nic nie poradzimy ale bezpieczniej i tak zamawiać róże w październiku/listopadzie niż w styczniu. 

Kolejna sprawa tyczy się krzewów powszechnie dostępnych wiosną w marketach. Z pewnością zauważyliście, że pod koniec marca w sklepach masowo pojawiają się  róże w postaci korzenia otoczonego torfem, wpakowane do ślicznych kartonowych pudełeczek. Pamiętam, że mimo iż doświadczony działkowiec przestrzegał mnie, żebym trzymała się od takich róż z daleka, kupiłam jakiś czas temu trzy sztuki. Wiecie jak to jest. Wchodzicie do sklepu, a korzenie w bardzo rozsądnej cenie patrzą na was z półek. Teraz rozumiem, że to były pieniądze wyrzucone w błoto. Gorzej. Śmiem twierdzić, że na jednej z takich róż rozwijał się mączniak. Róże jeśli w ogóle się przyjmowały to rosły wręcz fatalnie, były brzydkie i chorowały, mogły zarażać inne krzewy. Ochrona roślin kosztowała o niebo więcej, niż zakup samych róż. Poddałam się i pozbyłam się ich. To była najlepsza decyzja. Wiem od kilku osób, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. Takie róże bardzo rzadko wyrastają na ładne krzewy i często zamierają. Nie ma zresztą w tym nic dziwnego - skoro sezon na róże pod postacią korzenia zaczyna się na jesień, to możemy przypuszczać, że te, które trafiają do sklepów w kwietniu są gorszej jakości, nie zeszły etc. 

Kupujcie róże ze sprawdzonych miejsc i z dobrych szkółek. Ponieważ nie każdy ma to szczęście posiadać w okolicy specjalistyczny sklep lub rosarium zostaje nam forma wysyłkowa.
Nie mówiąc już o różnorodności i bogactwie ofert w rosariach, naprawdę warto wydać te dodatkowe 15 złotych na kuriera by otrzymać porządną, zdrową roślinę.

piątek, 20 marca 2015

Zimowanie róż w donicach

Dziś pierwszy dzień wiosny i wypadałoby podjąć może nieco "cieplejszy" temat - nie mniej zimowanie róż to bardzo istotna kwestia w hodowli, rzutująca często na naszą decyzję o uprawie tych pięknych kwiatów - a sezon na róże w pojemnikach jest już blisko. Bywa że z obawy przed wymarzaniem rezygnujemy z róż na balkonie - szczególnie jeśli nie posiadamy pomieszczenia, gdzie można umieścić krzewy podczas mrozów. Tymczasem nie jest to taką przeszkodą jaką mogłoby się wydawać... 

Tak naprawdę dużo bezpieczniej jest przezimować róże na balkonie czy tarasie niż w za ciepłym pomieszczeniu. Idealnym miejscem dla róż będzie nieogrzewany, jasny garaż, w którym temperatura wynosi 5-10 stopni. Nie każdy jednak go posiada zaś umieszczanie róży np. na korytarzu jest poważnym błędem.  Możemy wówczas stracić nawet cały krzew. O losie róż, które zimują w zbyt ciepłych miejscach pisałam już w notatce Róże i przędziorek - czyli czego nie należy robić. Ponieważ osobiście jestem właścicielką jedynie bardzo małej, nadmiernie suchej i ciemnej piwnicy siłą rzeczy musiałam znaleźć inne rozwiązanie.



Róża w donicy właściwie zabezpieczona przed mrozem

Ostatecznie okazało się, że jedyne co potrzebuję to pianka pod panele z hipermarketu budowlanego, trochę gałązek świerkowych oraz biała agrowłóknina. Koszt całej otuliny wyniósł jakieś 30 zł na kilka donic. 

W listopadzie, kiedy pojawią się poważniejsze przymrozki a róża zrzuci już większość liści owijam donice pianką i obwiązuje ją sznurkiem. Niektórzy, tak jak na zamieszczonej ilustracji, używają zamiast pianki, folii pęcherzykowej. Na wierzch pojemnika kładę świerkowe gałązki. Przestawiam różę pod ścianę by na nią nie wiało, a gdy zrobi się już naprawdę zimno, luźno owijam gałęzie agrowłókniną. W ciepłe dni, kiedy temperatura jest dodatnia podlewam swoje krzewy. Zimą podlewanie jest raczej oszczędne - dobrze zabezpieczona ziemia nie przemarza i długo pozostaje wilgotna. 

Odrębną sprawą jest wyczucie momentu, kiedy należy osłony zdjąć. Kilka rad na ten temat znajdziecie w mojej wcześniejszej notatce: Zdejmowanie osłon z róży

Od kwietnia zaczynają być stopniowo dostępne róże pojemnikowe - tak więc niech brak miejsca do zimowania nie wpływa na waszą decyzję o ich kupnie. Wystarczy poświęcić kilka chwil na zabezpieczenie donicy zimą, by całe lato cieszyć się cudownym kwitnącym krzewem przed własnym oknem.

Palmengarten Frankfurt - róża polecana na tarasy,
 nadająca się nawet do niedużych donic

niedziela, 15 marca 2015

Jak ciąć róże portlandzkie, burbońskie i inne odmiany stare?

O terminach cięć wiosennych pisałam kilka postów wcześniej. Dziś chciałabym przybliżyć sposób cięcia róż. Rodzaj cięcia zależy od danej grupy róż - nie będę opisywać ich wszystkich, tym bardziej, że powstało wiele dobrych artykułów na ten temat. Nie mniej istnieje kilka ogólnych zasad, których trzeba przestrzegać przy każdym zabiegu:
  • Do cięcia używamy sekatora zaś do grubych, zdrewniałych pędów piłki lub nożyc do gałęzi - właściwe narzędzia sprawią, że rany będą się dobrze zasklepiać.
  • Sekator powinien być czysty i zdezynfekowany - uchroni to przez rozprzestrzenianiem się potencjalnych patogenów.
  • Róże należy ciąć w umiarkowanie ciepły, słoneczny dzień. W ciągu następnego dnia powinno być sucho, aby woda nie dostawała się do ran,
  • Duże rany smarujemy maścią ogrodniczą z fungicydem lub białą farbą emulsyjną również z dodatkiem fungicydu. 
  • Jeśli mieliśmy problem z mączniakiem lub innymi chorobami grzybowymi, termin cięcia możemy połączyć z profilaktycznymi opryskami.
  • Bez względu na odmianę należy usunąć chore lub uszkodzone pędy.
  • Tniemy ukośnie około 0,5 cm nad pąkiem w sposób widoczny na obrazku. Właściwy sposób cięcia wskazuje obrazek po prawej. 
źródło zdjęcia: http://weblogs.dailypress.com/features/gardening/diggin-in/2011/02/

Cała reszta zależy już od odmiany. Nie jestem specjalistą od cięcia róż starych - mam je dopiero drugi rok, więc będę przeprowadzała zabieg po raz pierwszy. W temacie wiosennego ciecia róż historycznych panuje spore zamieszanie. Część portali i podręczników radzi jedynie kosmetyczne przycinanie i zostawienie róż w spokoju, część każe skracać pędy nawet o 2/3 a jeszcze inne traktują róże historyczne tak jak parkowe. Można więc dostać kręćka. Ostatecznie postanowiłam zastosować się do rad z podręcznika pani Marty J. Monder. Nieco podobną opinię wyraził autor wielce cenionego przez mnie portalu "Moje Róże - Moja Pasja", co zwiększyło moje zaufanie do tego rodzaju cięcia. Jakie przyniesie to efekty - przyszłość pokaże.

Róża portlandzka Rose du Roi

Podręcznik pani Monder nakazuje wiosenne cięcie u róż ras starych przeprowadzać następująco: 

Odmiany niepowtarzające kwitnienia tniemy wycinając najstarsze pędy u podstawy. 

Róże damasceńskie, portlandzkie, mieszańce piżmowe i burbońskie skracamy wiosną o 1/3 długości a słabe pędy o 2/3. Remontanty tniemy tak jak mieszańce herbatnie. 

Ponadto u części ras należy przeprowadzić cięcie letnie i usuwać przekwitłe kwiatostany. Oczywiście róże należy ciąć na drugi rok od posadzenia, gdy rozrosną się i ukorzenią.

Róża burbońska Climbing Souvenir de la Malmaison 

Jak widać nie jest to specjalnie skomplikowany zabieg, Kupując róże stare, zwykle znamy ich rasę i odmianę więc dostosowanie cięcia nie powinno być wielkim problemem. Mam nadzieję, że zaproponowany sposób cięcia sprawdzi się i u mnie, pozwalając różom ładnie się zakrzewić i rozrosnąć. 

Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

KOMENTARZE ZAWIERAJĄCE LINKI DO PRODUKTÓW I SKLEPÓW BĘDĄ TRAKTOWANE JAKO SPAM.
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Back
to top