featured Slider

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże w donicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże w donicy. Pokaż wszystkie posty

Mikoryza dla róż w donicach - działa czy nie?

Moja róża zwariowała...

Różany trud...

Domowa półka z ziołami i smog...

Wreszcie nadeszła wiosna...

Róże angielskie okiem romantyka

Rosa Mundi - róża piękna i pożyteczna...

Róże i filozofia czyli o pomyłce w rosarium...

Jak kupować róże na balkon? Róże w pojemnikach i pod postacią korzenia...

Inspiracje - pierwsza przygoda z balkonowymi różami

Hodowla róż w donicy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże w donicy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą róże w donicy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 lipca 2019

Mikoryza dla róż w donicach - działa czy nie?

Fachowo mikoryza to "powszechnie występujące zjawisko polegające na współżyciu korzeni lub nasion roślin naczyniowych z grzybami"* a szczepionka mikoryzowa, to nic innego jak zarodki grzybni, przyjazne poszczególnym roślinom. 

Co ma to dać naszym różanym krzewom? Tak jak w wypadku ludzkich probiotyków, pomoże ograniczyć rozwój wrogich grzybów, patogenów i wzmocnić naturalną odporność róży, co z kolei wpłynie na jej rozwój i kwitnienie. 

I o ile nikt nie przeczy temu, że jest to pozytywne zjawisko, przynoszące znaczne korzyści w naszych ogrodach, o tyle w stosunku do róż donicowych panuje opinia, że raczej nie daje to dużego efektu i nie warto jej stosować. Pozwolę sobie się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. W wypadku róż rosnących w donicach jest wiele "ale", jednak nie jest tak, że mikoryza jest zupełnie bezużyteczna. Wręcz przeciwnie! Może uratować chore i osłabione krzewy, chociaż przypomina to trochę grę w totolotka.


Kwitnąca róża mchowa - po podaniu w tym roku mikoryzy. Po przekwitnięciu wypuściła kilka ładnych nowych pędów.

Ze względu na krążącą negatywną opinię, dość długo się wahałam z podaniem szczepionki ale w okolicach kwietnia wszystkie moje róże dostały mikoryzę dla róż w granulacie. Jest tańsza i ponoć skuteczniejsza od mikoryzy w płynie (ale to opinia "obiegowa" więc polecam każdemu zrobić własny research, w każdym razie ja byłam zadowolona z granulatu). Już po miesiącu było widać pierwsze efekty i utrzymują się one właściwie do dnia dzisiejszego.

Na zdrowym, sześcioletnim Comte de Chambord, mimo tego, że jest posadzony w prawie metrowej donicy, rzeczywiście szczepionka nie zrobiła większego wrażenia. Ale już chora i zamierająca Souvenir de la Malmaison cl. posadzona w identycznej donicy odżyła i to znacznie. Myślałam, że będę się z nią z nią żegnać tymczasem wypuściła nowy, na chwilę obecną już 1,5 metrowy pęd, rozgałęziła się i poszła w górę jak szalona. Nie zakwitła w tym roku. Nic dziwnego, bo była praktycznie konająca, ale bardzo cieszy mnie jak silnie się rozkrzewiła. Mniej wyrazisty, ale również widoczny efekt, w postaci kwitnienia, żywotności i wzrostu, zauważyłam jeszcze na trzech innych różach. Dwie z nich w tym roku pięknie kwitły, chociaż także były osłabione po zimie, za to trzecia została posadzona na wiosnę z "korzenia". Ładnie się rozrosła acz dopiero teraz zawiązała kwiatowe pąki. U niespełna rocznej róży, to zresztą nic dziwnego. 

To tylko drobny i niezbyt oddający stan faktyczny fragment gąszczu, który stworzyła w tym roku obumierająca już  Souvenir de la Malmaison cl, po podaniu szczepionki mikoryzowej.

Niestety mikoryza nie wpłynęła specjalnie na Old Glory. Liczyłam na to, bo ma tylko jeden pęd. Jest on mocno rozgałęziony i dość silny, ale faktem pozostaje, że jest tylko jeden - a to sprawia, że drżę przed ostrą zimą. Coś jednak tu nie zagrało, tak jak powinno, podobnie jak w wypadku Comte de Chambord.

Kolejna pięknie rozkrzewiona róża, pompon blanc parfait.

Podsumowując: jeśli macie krzewy, których kondycja wymaga poprawy warto zaryzykować, tym bardziej, że koszt jest niewielki. To od mniej więcej od 20 zł do 50 zł w zależności od formy szczepionki i firmy. Granulaty są tańsze i dość wydajne. Jedno opakowanie zasiliło wszystkie moje 8 krzewów a i tak wykorzystałam jakieś 2/3 zawartości. U róż osłabionych i młodych, które mają jeszcze gdzie się korzenić efekt prawdopodobnie będzie lepszy, niż u starszych krzewów. 

Jeśli macie własne doświadczenie z mikoryzą podawaną roślinom rosnącym w donicach, szczególnie taką w płynie, piszcie w komentarzach! Pomoże to każdemu ocenić potencjalne korzyści (lub wady) płynące z takiego zabiegu.

* cytat za Wikipedią. 

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Moja róża zwariowała...

Takie dziwy tylko u mnie. Jedna z moich róż ma już pączki kwiatowe. Chyba sądzi, że jest owocowym drzewkiem albo forsycją. Przecież jest początek kwietnia!



Nigdy czegoś takiego jeszcze nie widziałam, tym bardziej, że nie jest to żadna róża pomarszczona, czy dzika, ani nawet któraś z wcześnie kwitnących odmian. To Glorie de Dijon. Jest to tym dziwniejsze, że w stosunku do innych róż rozwija się dość powoli. Podczas gdy tamte są już pokryte listkami ona dopiero otwiera większość z nich. Zaczęła się wybudzać jako pierwsza jednak później wyraźnie zwolniła. Jeden pączek kwiatowy wydawał mi się anomalią, ale dzisiaj zgłupiałam kompletnie. Znalazłam dwa kolejne kwiatowe pąki i już nie wiem jak to nazwać.



Z tej perspektywy dość kiepsko to widać, 
ale to kolejny kwiatowy pąk

I co tu o tym myśleć? Róża nie miała za ciepło, wręcz przeciwnie przez całą zimę stała okryta w dość wysuniętym miejscu i nawet bałam się, czy tak delikatnej odmianie to nie zaszkodzi. Odkrywałam ją z argowłókniny stopniowo tak jak zawsze, ale nie oszukujmy się, poza tym tygodniem wcale nie było u mnie za ciepło. Ponadto róża dostała oprysk z miedzianu i mieszankę owczego obornika z nawozem dla róż. Może za dużo? Czy zbyt duża ilość nawozu może tak przyspieszyć kwitnienie? Dzisiaj postaram się wzmocnić ją jeszcze opryskiem z bioseptu, na wszelki wypadek, gdyby jednak była osłabiona.

Ale na chorą ani osłabioną tak naprawdę nie wygląda, rozwija się powoli, jednak ładnych pączków jest dużo, z każdym dniem ich przybywa, a dzisiaj naliczyłam sporo małych zalążków.

Musi się wypowiedzieć ktoś mądrzejszy niż ja, bo naprawdę tego nie rozumiem. Próbowałam szukać czegoś o tak wczesnym kwitnieniu róż, ale nic nie znalazłam. Obserwuję moją Old Glory codziennie i zobaczymy, co z tego wyniknie. Jeśli zakwitnie w maju i  rozwinie liście bez przeszkód to naprawdę wow.

Poza tym na balkonie szaleją zapylacze wszelkiej maści. Jakoś mało jest w tym roku skrzynek kwiatowych (mój mąż mówi, że to nie prawda, tylko to ja jestem niecierpliwa) więc pszczoły i bąki przypuszczają atak na mój balkon, gdzie mają bratki, stokrotki i niezapominajkę. Zrobiłam im prowizoryczne poidełko, chętnie siadają na kwiatach a w zawilcach dzisiaj znalazłam małą norkę. Zupełnie sobie nie przeszkadzamy a i obserwowanie skrzynek, gdy coś się przy nich dzieje jest dużo przyjemniejsze.


Pszczela norka w zawilcach


Stali bywalcy na bratkach

Mam posadzone już Eyes for You i praktycznie wszystko inne na wiosenny sezon. Kupiłam też Alohę Kordesa, ale nie będę jeszcze o niej pisać, poczekam co z niej będzie. Zamówiłam ją trochę przekornie. Chciałam coś silnie rosnącego w miejsce zmarniałego dzikiego wina i spodobał mi się jej kolor. Wiem, że opinie w wypadku tej róży są podzielone, trochę na dwoje babka wróżyła, ale sami widzicie, że u mnie nie jest normalnie, więc jak zwykle stwierdziłam, "sprawdzę, a co tam". Będąc zupełnie szczerą, to chyba jest ostatnio moja ulubiona metoda kupowania róż. Nie polecam jej do stosowania, szukajcie dobrych, sprawdzonych odmian na balkon - ja po prostu lubię eksperymentować, a to nie zawsze dobrze się kończy.

Z innych dobrych wieści - udało mi się uszczelnić jedną skrzynkę. Druga niestety czasem jeszcze trochę przecieka ale  nie jest już tak tragicznie, jak było. Może dałam za mało hydrożelu i to jest powód. Jeszcze trzeba poczekać na to, czy rzeczywiście nie będą przesychać. Póki co jest nieźle ale mamy wczesną wiosnę a to dopiero okaże się latem. Teraz trzeba dać roślinkom czas i zobaczyć, co te moje róże wykombinują w tym roku.



bazylia tajska - oczywiście kuchenna ale wystawiam ją, 
żeby również pszczoły mogły z niej korzystać


niedziela, 10 września 2017

Różany trud...

Obecny wrzesień przypomina bardziej listopad. Zimno i pada dobrze, że ten weekend był wreszcie słoneczny a ja znalazłam trochę czasu, żeby ogarnąć róże. Ostatnio niestety miałam nawał obowiązków i moje donice zostały trochę zaniedbane. Na szczęście jest to taki moment sezonu, w którym wystarczy podlać a róże poradzą sobie same. Nic strasznego również się nie dzieje oprócz corocznego ataku przędziorka. Tym razem bez większy ofiar co i tak jest dużym sukcesem ale nieco dostało się Mary Rose. Straciła sporo liści i odbiło się to na jej kwitnieniu. 

W ogóle ten sezon pod względem kwitnienia jest u mnie dużo, dużo gorszy, nawet nie ma co za bardzo pokazać. Ale... To nie jest tak, że pogoda jest taka beznadziejna albo róże chorują. W wypadku angielek być może wpływ miała mroźna zima jednak krzewy zostały też poprzesadzane do dużo większych donic i inwestują w rozwój, tym bardziej, że spora część to nowe rośliny. Prawdopodobnie w przyszłym sezonie wszystko się wyrówna a ja będę się modlić o ładną, śnieżną ale niezbyt mroźną zimę, taką idealną dla róż z łagodniejszych klimatów. Zdziwił mnie nieco mój egzemplarz Comte de Chambord. Ta róża dostała największą donicę i sądziłam że, pójdzie mocno w górę a tymczasem silnie rozrasta się na boki. Pnące rosną jak głupie. Przycinam je trochę, żeby one z kolei rozkrzewiały się na boki ale i tak cały czas ciągną w górę. I tak będę musiała je mocniej przyciąć, bo w takiej formie nie mam szans na ich porządne okrycie.

Moje róże pnące są bardzo wrażliwe na mróz i zamierzam w tym roku przetestować na nich nieco zmodyfikowany i wzbogacony rodzaj okrycia. Napiszę o tym osobną notatkę, kiedy uda dostać mi się wszystkie materiały i przyjdzie na to czas. Mam nadzieję, że przezimują bez przeszkód, bo bardzo mi zależy na dobrym zdrowiu i kondycji Glorie de Djion. Ta róża w moim sercu zdetronizowała nawet Glamis Castlle. To jest naprawdę najpiękniejsza róża jaką do tej pory widziałam. Wszystko jest w niej zachwycające. Jej siła, zapach i to jak kolor jej kwiatów reaguje na pogodę. Oczywiście kwitnie dalej. Na razie ostrożnie, po jednym kwiecie, bo zajęta jest głównie rozrastaniem się. Próbuję ją sobie wyobrazić, kiedy się wzmocni, dobrze rozkrzewi i wypuści więcej kwiatów. 



Czasami zastanawiam się czy nie mogłabym pójść na łatwiznę kupić sobie jakieś mrozoodporne krzewy z ADR, super odporne, mega kwitnące - przecież są takie. Po czym patrzę na moje kapryśnice i stwierdzam, że gdybym miała inne róże nie byłabym sobą. Chyba zanadto cenię romantyzm. Powiedzmy sobie szczerze, że tak to wygląda - gdyby było inaczej na balkonie nie rosłyby przede wszystkim róże historyczne. Angielki były już dla mnie pewnego rodzaju kompromisem, chociaż dość udanym. Trochę tak czasem w człowieku jest - ciężko to wyjaśnić. Mam przyjaciółkę, która zawsze smaży konfitury starym sposobem przez kilka dni. Kiedyś zapytałam ją po co tak się męczy, czemu nie zrobi tego szybciej, nie kupi konfiturexu albo nie zrobi tego inną metodą. Wiecie co usłyszałam? " Tak wolę, to taki domowy rytuał, nie mogłabym inaczej".  Najwyraźniej tak samo mam z różami... 

poniedziałek, 27 lutego 2017

Domowa półka z ziołami i smog...

Na balkonie za wiele rzeczy jeszcze nie można porobić, kilka dni temu ładnie sypnęło śniegiem i pojawiły się przymrozki ale na drzewach widać już pierwsze pąki. Miałam napisać, że wiosny poza tym jeszcze nie widać, ale dzisiaj muszę z całą gorliwością te słowa wypluć. Zdjęłam z górnej części donic agrowłókninę, kocimiętka i dzwonki postanowiły się już wybudzić a i Comte de Chambord wygląda tak jakby trzeba było ją niedługo ciąć. Przyniosłam do domu trochę gałązek i bazi. Dzisiaj prawie się zazieleniły.



Zawsze powtarzam, że dla róż na przednówku najniebezpieczniejsze są wczesno - wiosenne wichury a jakoś tych ostatnio nie brakuje, tak więc mimo całego swojego entuzjazmu staram się być ostrożna. Powoli rozglądam się za jakimś środkiem, który mogę użyć wiosną na czarnoplamistość, by wytłuc te zarodniki, które przezimowały a są takie niestety na pewno, gdyż moje róże choroba zaatakowała późnym latem. Tym razem dostawały po prostu sody. Efekt był umiarkowany ale nieco pomogło. Zgubiłam też gdzieś mój sekator i także muszę się wybrać po nowy. Jeśli taka pogoda utrzyma się dalej to jeszcze ze dwa tygodnie i trzeba będzie ciąć. Na razie najważniejsze by przy tej pogodzie koniecznie zdjąć z góry agrowłókninę i pousuwać te wszystkie śmieci, które zostały w donicach po zimie, zeschłe liście, mumie, jakieś połamane gałązki. Trochę tego jest. Jeśli nie będzie padać może zastosuję też Promanal.



Póki co wiosnę wprowadzam głównie na własne pokoje. Dostałam na mikołajki od męża książkę pt. "ogródek w doniczkach" i postanowiłam ją przetestować. Kupiliśmy półki - takie jakie zwykle służą do przechowywania płyt i pięć tych półeczek zostanie poświęcone moim eksperymentom a reszta rzeczywiście pójdzie na naszą całkiem pokaźną kolekcję filmów. Jak co roku zamówiłam sporo nasion z tą jednak różnicą, że większość z nich ma rosnąć docelowo w mieszkaniu. Są więc papryczki habanero - mieszanka 8 najostrzejszych papryk świata, w tym Trinidad Scorpion (już kiełkują!) - oraz papryczki Jalapeno, są pędy słodkiego groszku oraz mieszanka ziół i pikantnych sałat. Zamierzam do tego wszystkiego dodać jeszcze pędy kukurydzy. Co z tego wyjdzie nie wiem, nie obawiam się jedynie papryczek, bo one wychodzą zawsze. Póki co zaprawiam nasionka groszku i kukurydzy na pędy - właśnie się moczą, mają tak pozostać do 48 godzin.


Poza częścią roślin przeznaczonych do spożycia wzbogaciłam się jeszcze o kilka storczyków. Nie jestem miłośniczką storczyków, nie bardzo się na nich znam. Uważam, że jest to tak duża gałąź wiedzy, że nie chciało mi się po prostu jej zgłębiać. To rośliny chyba bardziej skomplikowane niż róże. Ostatecznie jednak bardzo spodobały mi się miniaturki. Wzięłam trzy. Jedną kwitnącą i dwie przekwitłe (ale za to w bardzo dobrej promocji) do "ratowania". Ponoć mają zakwitnąć za rok. Idealnie, bo będzie to akurat w najpaskudniejszej porze roku, więc takie ładne małe storczyki się przydadzą. Wzięłam również roślinę, na którą chorowałam od bardzo dawna, czyli jaśmin wielokwiatowy. Jest przepięknie utrzymany, zaraz będzie kwitnął. Bałam się że, nie będę miała mu jak zapewnić okresu spoczynku - na szczęście to jaśmin kwitnący zimą więc okazało się, że jeśli spędzi maj i kwiecień na balkonie będzie po kłopocie (o ile pogoda nie zwariuje w tym czasie). Co do wilgotności będzie miał idealnie, gdyż przeznaczyłam go do pokoju w którym mamy akwarium. Jest to najlepszy naturalny nawilżacz powietrza. Obawiam się, że może mieć tam jednak nieco za ciemno ale zobaczymy. Te kilka roślinek zakupiłam nie tylko ze względu na fakt, że w powietrzu czuć wiosnę. W powietrzu czuć niestety również smog. Popularny temat ostatnio. O ile z tym smogiem na dworze sami wiele nie zrobimy, to posiadanie dużej ilości roślin wpływa jednak na jakość powietrza w domu. Najlepsze są ponoć właśnie storczyki, paprotki, skrzydłokwiaty i bluszcze. Jeden skrzydłokwiat wystarczy na 10 metrów kwadratowych mieszkania, by poprawić jakość powietrza. Jak widać miłość do roślin daje jeszcze inne wymierne korzyści oprócz samej przyjemności obcowania z pięknem....

poniedziałek, 28 marca 2016

Wreszcie nadeszła wiosna...

W lubuskim wiosna rozbuchała się chyba już na dobre. Zwierzęta zrobiły się aktywne i dają się obserwować w najbliższej okolicy. Od kilku lat zwierzyny jest coraz więcej i nawet najstarsi mieszkańcy nie pamiętają takiej hecy, żeby po wsi grasowały borsuki i podchodziły do podwórek warcząc na psy. Warczenie borsuków jest naprawdę ciekawym odgłosem i jeśli słyszy się go pierwszy raz można się nawet przestraszyć.




W wielkanocny poranek zaskoczyła mnie parka kruków. Kruków nie widuję często ale teraz to chyba się zmieni, gdyż akurat te dwa postanowiły założyć gniazdo w pobliżu naszego ogródka. Krakały cały dzień okrążając swój rewir. Przypędziły nawet dwa myszołowy, które pojawiły się zbyt blisko gniazda. Z kolei nad kurnikiem zadomowił się tchórz. Sąsiad, który niefrasobliwie nie zamknął swoich kur na noc stracił je wszystkie. Zastanawiajmy się czy stoi za tym nasz nowy lokator, czy w pobliżu poluje jeszcze rodzina kun, ponieważ jak do tej pory tchórz nie sprawiał większych problemów. O bocianach, żurawiach i dzikich gęsiach nie będę nawet wspominała tyle się ich już zleciało. Przyroda budzi się i rozkwita zarówno świat roślin jak i zwierząt. Nasze róże posadzone na jesień ładnie się przyjęły i wszystkie już mają pąki z wyjątkiem Comte de Chambord, którą sadzonkowałam sama. Jeszcze nie wiadomo co z nią będzie, może coś odbije od ziemi, chociaż mam co do tego duże wątpliwości. 



Pierwszą różą, którą posadziłam na wsi, dwa lata temu była Gipsy Boy. Wczoraj oceniłam jak duża urosła i pokrój krzewu robi wrażenie. W czerwcu powinna obsypać się bez większych problemów karminowymi kwiatami. 



Moja Glamis Castle, przeznaczona do miasta, została wkopana na zimę wraz z donicą w ziemię i muszę przyznać, że był do dobry pomysł bo bardzo ładnie przezimowała. Gdy już uporam się z remontem będę mogła przewieźć ją na mój nowy, nieco mniejszy balkon. Jestem bardzo ciekawa jak róża angielska sprawdzi się na parapecie. Wybierałam odmianę odporną na upały i jak okazuje się słusznie, gdyż znowu będę miała wystawę południowo-zachodnią, za to z piękną metalową podporą, idealną wręcz dla mojej różyczki burbońskiej.



Na razie w ogrodzie pierwsze skrzypce grają jednak krokusy, których jest multum. Zanim przyjdzie czas na róże, nacieszmy się pięknem tych wiosennych kwiatów, które na równi z żurawiami są niezawodnym zwiastunem wiosny. Kwiecień plecień ale myślę, że poza okazyjnymi opadami śniegu żadna zima już nam nie straszna. Wesołych świąt i pogodnego początku sezonu :)

sobota, 16 stycznia 2016

Róże angielskie okiem romantyka


To będzie nieco mniej profesjonalny artykuł a za to bardziej sentymentalny jak to zresztą czasem wychodzi gdy pisze się o różach. Które kwiaty budzą tyle uczuć co róże? Niewiele będzie tych, mogących stanąć w szranki z królową kwiatów. Rożne gatunki i grupy róż mają swoich miłośników, ci którzy czytają częściej mojego bloga, wiedzą że uwielbiam róże stare ale to właśnie róże angielskie uważam za najlepsze. To oczywiście subiektywna opinia, niemniej postaram się ją dzisiaj w miarę obiektywnie uzasadnić. 


 Crocus Rose

Od czasu pojawienia się na rynku mieszańców herbatnich i wyparcia starych odmian burbońskich, remontantów czy portlandzkich róże, oczywiście mówiąc z dużym uogólnieniem patrząc tylko na to co najpopularniejsze na rabatach i w kwiaciarniach, można by opisać jako niewysoki, rzadki krzew gdzie na kilku pędach zakwitają kwiaty o smukłej, szpiczastej formie z nikłym zapachem i o wielu kolorach, nawet często jaskrawych, kwitnący właściwie stale. Patrząc teraz na róże stare, zwykle parkowe, czy wręcz pałacowe, wysokie i gęste o kulistych, aromatycznych kwiatach uświadamiamy sobie, że oto użyteczność i barwa wygrały bitwę z delikatną estetyką. To mniej więcej tak jak z wystrojem wnętrz kiedy przeciwstawiamy sobie antyczny wystrój sali pałacowej i wygodny minimalizm. Ale wciąż wielu z nas do tej obfitej elegancji tęskni o czym miałam okazję się przekonać w tegorocznego sylwestra, gdy kilku  osobom, zupełnie nie znającym się na różach pokazałam zdjęcia moich krzewów i bukietów. Róże stare wciąż robią lepsze estetycznie wrażenie - nie bez przyczyny róża kapuściana została nazwana różą malarzy - a do tego stanowią dzisiaj pewnego rodzaju ciekawostkę. 

Przed różami angielskimi taki właśnie wybór mieliśmy - łatwe w obsłudze, lepiej kwitnące, wytrwałe i funkcjonalne mieszańce herbatnie i "zabytkowe" róże stare, którymi zwykle interesują się już bardziej maniacy róż niż umiarkowani w swojej pasji ogrodnicy. I dziwnym jest, że dopiero David Austin wpadł na pomysł, że te dwie rzeczy można przecież połączyć.  

 Gertrude Jekyll

David Austin skrzyżował stare odmiany ze współczesnymi mieszańcami herbatnimi oraz z floribundami, wyrzucając z palety barw najbardziej pstrokate odcienie ale pozostawiając wszystkie zalety róż dawnych i współczesnych: zapach, lepszą odporność, długie kwitnienie, kształt pąków, ciepłe odcienie żółci i pomarańczy, których róże stare nie posiadały. W ten sposób stworzył grupę, która ewolucyjnie stanowiła ciągłość. Roże angielskie to coś więcej niż tylko kwiaty w starym, brytyjskim stylu lecz o większych możliwościach. To most łączący dwie odrębne drogi hodowli. Potencjalne możliwości takiego połączenia dostrzegli inni hodowcy, dzięki czemu postała kolejna wspaniała grupa róż - róże nostalgiczne. 

                                           Crown Princess Margaret


Róże angielskie mają więc to, co każda współczesna róża mieć powinna: niezaprzeczalny urok, zapach, niezłą odporność i funkcjonalność. Warto jeszcze na chwilę zatrzymać się przy zapachu róż angielskich. Niejako przypadkiem i tu osiągnięto nową jakość. Otóż w wyniku krzyżowania róż starych wyodrębniono "czysty" zapach róż. Pod tym względem zachowano intensywność zapachu róż starych lecz zaoferowano zupełnie nowe aromaty. Co ciekawe ta czystość zapachu sprawia, że nie każdy amromat takich róż odczuwa, jak to się dzieje np. w wypadku Mary Rose. Intensywność odczuwanego aromatu stała się cechą indywidualną zależną od czułości naszego nosa.

Jeśli chodzi o wybór odmian to jest on w tym momencie oszałamiający.  Jest sporo róż angielskich nadających się do donic jak np. wspomniana Mary Rose, ale również jej biały sport Winchester Cathedral oraz biała Glamis Castle, żółta The Pilgrim, jasno różowa Heritage, czy ciemnoczerwony Othello. Wśród róż pnących najpopularniejsza jest chyba Constance Spry a parkowych Gertrude Jekyll.

                                             Winchester Cathedral

Nie ma jednak zalet bez wad. Róże angielskie w polskim klimacie mogą zachowywać się różnie. Słyszałam opinie, że osiągają rozmiary dużo większe niż na Wyspach Brytyjskich ale raczej nie będą miały problemów z mrozoodpornością za wyjątkiem bardzo ostrych zim i niektórych odmian o słabszej mrozoodporności. Potrzebują zaś umiejętnego cięcia i czasu. Swoje prawdziwe walory rozwijają z upływem lat i pod tym względem młode krzewy nie będą tak okazałe jak ich starsze odpowiedniki.

czwartek, 2 lipca 2015

Rosa Mundi - róża piękna i pożyteczna...

Rosa Mundi to jedna z najstarszych odmian róż, jakie współcześnie znamy i wciąż możemy podziwiać. Ta odmiana przetrwała wiele wieków. Pierwsza wzmianka o Rosa Mundi pochodzi z 1581 roku. Róża została nazwana zaś na cześć kochanki Henryka II - Rosamund Clifford. Dosłowna nazwa róży znaczy tyle co "Róża Świata". Nosi też drugą nazwę, chociaż nie tak wdzięczną - Rosa Gallica Versicolor. Jest to róża francuska o bardzo ciekawym pochodzeniu. Rosa Mundi to sport jeszcze starszej odmiany Rosa Gallica Officinalis, czyli róży aptekarskiej. Róża aptekarska pochodzi sprzed roku 1160 i była powszechnie uznawana za roślinę lecznicą. Używali jej średniowieczni lekarze i aptekarze. Pewnego dnia na owej róży pojawił się kwiat inny od pozostałych - naturalna mutacja. Wyodrębniono go i w ten sposób powstała Rosa Mundi.


Co ciekawe Help Me Find ocenia różę aptekarską jako "dobra z plusem" ale jej potomkini dostała ocenę "doskonała". "Róża Świata" była swojego czasu bardzo popularną rośliną. Pojawiała się tu i ówdzie w Europie i na bliskim wschodzie. Była powszechnie wykorzystywana w lecznictwie i kosmetyce. W przedwojennej Polsce rosła w stanie dzikim. Ponoć do tej pory można gdzieniegdzie spotkać zdziczałą Rosa Mundi.


 Rosamund Clifford oczami malarza prerafaelity Johna Williama Waterhousa

Jak pisałam w jednym z wcześniejszych postów Rosa Mundi trzeba zobaczyć na żywo, żeby ją w pełni docenić. To zdrowa, silna odmiana i jednocześnie bardzo pożyteczna. Rosa Gallica Versicolor jest rośliną miododajną i użyteczną dla zapylaczy. Musi posiadać naprawdę sporo pyłku i nektaru ponieważ bardzo ciągną do niej owady. Od kiedy zakwitła mam codziennie wizytę kilku trzmieli, zdarzają się również dzikie pszczoły a nawet motyle. Te ostatnie widuję wyłącznie na Rosa Mundi.



Poza tym zawiązuje dość ładne owoce. Możemy z nich skorzystać sami lub zostawić je na krzewie do dyspozycji ptaków. Kilka krzewów Rosa Mundi może stworzyć naturalną stołówkę - wspomoże ptaki jesienią i zimą oraz będzie miłą ozdobą ogrodu, gdy kwiaty już przekwitną a liście zaczną opadać. Często zapomina się, że piękno róży kryje się nie tylko w płatkach. Czasami wiele czaru posiadają owoce lub barwa liści.



Rosa Mundi nie jest odmianą szczególnie zalecaną do donic ale u mnie przyjęła się i wygląda dobrze. Zauważyłam, że ma delikatne liście. Mogą się nieco uszkodzić podczas przestawiania donicy. Ponadto nie zagęszcza się tak bardzo jakbym chciała, ale nie jest u mnie długo i może wystarczy dać jej nieco czasu... Nie mniej wszystkie niedostatki nadrabia ilością zapylaczy i motyli jakie przywołuje - specjalnie przestawiłam ją w pobliże pomidorów. To jedna z tych róż, której pozytywny wpływ na środowisko można zobaczyć gołym okiem.

wtorek, 23 czerwca 2015

Róże i filozofia czyli o pomyłce w rosarium...

Jakiś czas temu pisałam, że moja róża Charles de Mills zachowuje się nieco dziwnie. Oto i ciąg dalszy tej historii. Niedawno wróciłam z urlopu. Zostawiłam na balkonie system nawadniania wykonany metodą chałupniczą i wyjechałam na ponad tydzień. W tym czasie moja rosa gallica zawiązała już dość ładne pąki kwiatowe i wiedziałam, że po powrocie będę mogła ujrzeć wreszcie swoje kwiaty. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam... zupełnie inną różą... No może nie tak dosłownie. Zamiast Charles de Mills zobaczyłam inną odmianę róży galicyjskiej. Powinnam była zacząć coś takiego podejrzewać... Mam swoje ulubione rosarium, w którym zaopatruję siebie i najbliższą rodzinę. Jestem z niego zadowolona. Wcześniej nie zdarzyło mi się coś takiego. Niech więc pierwszy rzuci kamień ten, kto nigdy nie pomylił się w pracy. Taka pomyłka mogła się wydarzyć. Pomylono dwie róże galicyjskie w postaci korzenia. Owszem różnią się one znacznie ale głównie wtedy gdy są bardziej rozwinięte. Ot, pojawił się kolejny minus dotyczący kupowania róż pod postacią korzenia i będę musiała mieć to na uwadze. 



W moim pierwszym odruchu poczułam rozczarowanie. Myślałam o napisaniu do rosarium z reklamacją. Nie tego chciałam. Kupuję zawsze konkretne odmiany, po wcześniejszym zapoznaniu się z nimi i starannym przemyśleniu całej sprawy. Nigdy nie biorę czegoś w ciemno. Drugą moją myślą było oczywiście pytanie "co to za róża"? Łatwo było mi odpowiedzieć ponieważ dostałam bardzo charakterystyczną odmianę. Jest to róża Gallica Versicolor nazywana także Rosa Mundi. Sport tak zwanej róży aptecznej. Ponieważ ostatnio zamierzałam kupić w prezencie taką różę dla krewnego na działkę tylko wzruszyłam ramionami i stwierdziłam, że po prostu dam mu swój niechciany sport. 

Zrobiłam jednak coś innego. Powiedziałam sobie "skoro już ją mam, czemu nie dać jej szansy?". I po krótkim czasie Gallica Versicolor zupełnie mnie oczarowała. Im bliżej ją poznawałam tym bardziej okazywała się fascynująca i piękniała w oczach. Trzeba na nią chyba patrzeć z bliska by ją właściwie ocenić. Zdjęcia nie oddają jej piękna. To jedna z najstarszych odmian europejskich. Przewędrowała Europę. Jest dwukolorowa ale mutacja powstała bez ingerencji człowieka. Róża średniowiecznych aptekarzy i królewskich ogrodów. Trzmiele latają do niej jak głupie. Jeśli hodujecie pomidory czy inne warzywa i zależy wam na przywabieniu zapylaczy pomyślcie o Rosa Mundi ponieważ u mnie wygrała nawet z chabrami. Ta róża zdecydowanie zasługuje na osobną i długą notkę.



Ale Rosa Mundi ma dzisiaj dla mnie jeszcze inne znaczenie. Jakiś czas później oglądałam wykład na temat stresu i sukcesu. Po tym wykładzie spojrzałam na swoją różę i uświadomiłam sobie coś niezwykłego. Często w życiu coś idzie pod górkę. Wydaje nam się, że ponieśliśmy porażkę. Stało się coś złego lub po prostu poszło nie po naszej myśli. Wpadamy w przygnębienie i ogarniają nas negatywne uczucia. Kiedy spotyka nas coś takiego mamy jednak wyjście, chociaż może o tym jeszcze nie wiemy. W moim przypadku miałam do wyboru zupełnie różne uczucia. Pracowałam przy tej róży ponad pół roku, włożyłam w nią tyle starań a okazała się być czymś zupełnie innym. Czymś czego nie chciałam. Znałam tę odmianę, nigdy nie chciałam jej kupić, bo do donic nadawała się średnio. Mogłam poczuć się oszukana przez tę nieszczęsną pomyłkę i złościć się. Dałoby mi to kilka dni złego samopoczucia. Potem oddałabym różę ze świadomością, że muszę zaczynać wszystko od nowa. Zamiast tego postanowiłam się nie złościć i "otworzyć" się na całą sytuację. Dzięki temu nie czułam dalej rozczarowania. Wręcz przeciwnie. Znalazłam w swojej przypadkowej róży mnóstwo opowieści i inspiracji. Rosa Mundi stała się dla mnie świetną metaforą tego co spotyka nas czasem w życiu. Ustawiałam ją na parapecie i za każdym razem gdy na nią spoglądam, przypominam sobie tę życiową prawdę. Możemy sprawić by w naszym życiu nie było porażek. Wystarczy uświadomić sobie, że ich tak naprawdę nie ma. Są po prostu różne drogi... 

niedziela, 29 marca 2015

Jak kupować róże na balkon? Róże w pojemnikach i pod postacią korzenia...

Róże można kupić pod wieloma postaciami. Generalnie w wypadku róż przeznaczonych na balkon zaleca się korzystanie z róż w donicach - są to niewielkie, acz ładnie rozwinięte krzewy dostępne w kilku-litrowych pojemnikach. To bardzo wygodny sposób kupowania róż. Niewątpliwym plusem tej formy jest to, że sadzenie jest proste, łatwe i przyjemne a takie róże prawie zawsze idealnie się przyjmują.



W szkółkach sprzedaż róż w pojemnikach zaczyna się zwykle późną wiosną i trwa do wczesnej jesieni - acz w innych porach roku zdarzają się czasem jeszcze jakieś pojedyncze niewyprzedane sztuki. Róże w pojemnikach można sadzić przez cały rok (oczywiście w wypadku uprawy na balkonie należy je przesadzić do odpowiednich, dużych donic). Nie mniej zauważyłam, że róże w donicach również muszą się zaaklimatyzować i nie zawsze zakwitną nam tego samego roku - niektóre odmiany stare ponadto z reguły kwitną dopiero na drugi rok. Dlatego bez względu na formę jaką wybierzemy, nowe odmiany w miarę możliwości lepiej jest wprowadzać wczesną jesienią. Jednak ta metoda ma też swój minus - duża część ciekawych odmian może być już wykupiona - trzeba więc też wziąć pod uwagę dostępność i zoptymalizować moment zakupów. Nie zawsze wszystko da się zrobić idealnie. Wadą róż pojemnikowych jest ich cena. Róże w donicach są nawet o 100% droższe od swojego odpowiednika z gołym korzeniem. 

Inną opcją nabycia ładnej, zdrowej odmiany jest właśnie kupno korzenia róży - może być on osłonięty torfem, chroniony woskiem lub umieszczony w donicy z ziemią. Korzenie róży mają bardzo atrakcyjne ceny - dobrą odmianę można dostać nawet za kilkanaście złotych. Sadzimy je od października do kwietnia pod warunkiem, że nie ma mrozu. W takim okresie są też dostępne w rosariach - największy wybór odmian przypada zwykle na październik. 



Jest to jednak forma zakupu, która rzekomo mniej nadaje się do uprawy pojemnikowej. Powiem jednak szczerze, że dwa razy sadziłam róże pod postacią gołego korzenia i nie widzę jakiejś kolosalnej różnicy. W zeszłym roku na koniec listopada posadziłam w ten sposób Charles de Milles. Owszem, róża nie obudziła się tak szybko jak pozostałe i nie wypuściła jeszcze tyle dorodnych pęków, ale równie dobrze może to być efekt tego, że została po prostu później posadzona. Jest to napewno oszczędniejszy sposób nabycia ładnej odmiany, sadzenie jest nieco bardziej skomplikowane, na efekty trzeba nieco dłużej czekać ale poza tym nie znalazłam większych przeciwwskazań.

Z sadzeniem róży w postaci korzenia wiąże się jedna pozornie kłopotliwa kwestia. Co zrobić, jeśli korzeń róży zamówiliśmy późną jesienią i akurat w momencie dostawy pogoda popsuje się na tyle, że nie sposób go od razu umieścić w donicy? Róże musimy sadzić jak najszybciej po otrzymaniu ale równocześnie należy to robić w dodatniej temperaturze (korzeń należy przecież namoczyć a później podlać). Spotkało mnie to w zeszłym roku. Był listopad ale spadł śnieg, zrobiło się bardzo mroźno a ja nie miałam gdzie przechować korzenia. 

Okazało się jednak, że wystarczy umieścić opakowanie przy ścianie balkonu i po prostu poczekać. Róże w postaci gołego korzenia do czasu przekazania do firmy kurierskiej są przechowywane i tak w chłodni. Pogoda poprawiła się za kilka dni a róży nic się nie stało. Nie mniej zawsze warto pamiętać, że róża najlepiej znosi zimowanie jeśli zdąży rozwinąć swój system korzeniowy - musi mieć więc trochę czasu. Niestety na nagłe zmiany pogody nic nie poradzimy ale bezpieczniej i tak zamawiać róże w październiku/listopadzie niż w styczniu. 

Kolejna sprawa tyczy się krzewów powszechnie dostępnych wiosną w marketach. Z pewnością zauważyliście, że pod koniec marca w sklepach masowo pojawiają się  róże w postaci korzenia otoczonego torfem, wpakowane do ślicznych kartonowych pudełeczek. Pamiętam, że mimo iż doświadczony działkowiec przestrzegał mnie, żebym trzymała się od takich róż z daleka, kupiłam jakiś czas temu trzy sztuki. Wiecie jak to jest. Wchodzicie do sklepu, a korzenie w bardzo rozsądnej cenie patrzą na was z półek. Teraz rozumiem, że to były pieniądze wyrzucone w błoto. Gorzej. Śmiem twierdzić, że na jednej z takich róż rozwijał się mączniak. Róże jeśli w ogóle się przyjmowały to rosły wręcz fatalnie, były brzydkie i chorowały, mogły zarażać inne krzewy. Ochrona roślin kosztowała o niebo więcej, niż zakup samych róż. Poddałam się i pozbyłam się ich. To była najlepsza decyzja. Wiem od kilku osób, że nie jestem odosobnionym przypadkiem. Takie róże bardzo rzadko wyrastają na ładne krzewy i często zamierają. Nie ma zresztą w tym nic dziwnego - skoro sezon na róże pod postacią korzenia zaczyna się na jesień, to możemy przypuszczać, że te, które trafiają do sklepów w kwietniu są gorszej jakości, nie zeszły etc. 

Kupujcie róże ze sprawdzonych miejsc i z dobrych szkółek. Ponieważ nie każdy ma to szczęście posiadać w okolicy specjalistyczny sklep lub rosarium zostaje nam forma wysyłkowa.
Nie mówiąc już o różnorodności i bogactwie ofert w rosariach, naprawdę warto wydać te dodatkowe 15 złotych na kuriera by otrzymać porządną, zdrową roślinę.

czwartek, 5 lutego 2015

Inspiracje - pierwsza przygoda z balkonowymi różami


Moja przygoda z różami zaczęła się od obejrzenia filmu V jak Vendetta. Oczarował mnie pełen czerwonych kwiatów balkon, przy którym bohaterki jadły śniadanie. Ta scena na bardzo długo utkwiła mi w pamięci do tego stopnia, że zaczęłam się zastanawiać jak osiągnąć podobny efekt. 


Pamiętam, że poradziłam się wówczas krewnego i zarazem doświadczonego ogrodnika. Usłyszałam, że taki projekt nie jest do osiągnięcia. Róże wymarzną, jeśli nie w pierwszą zimę to na pewno w drugą. 

Jestem jednak uparta i postanowiłam się nie poddawać. Zaczęłam szukać rozwiązania i sposobu na przezimowanie róży na balkonie (niestety nie dysponuję odpowiednią piwnicą). Kompletnie wówczas nie znałam się na różach, kupiłam więc przypadkową pnącą, zwracając uwagę jedynie na kolor i wrażenia estetyczne. Zasadziłam ją w dużej donicy. Róża wbrew przepowiedni przetrwała u mnie ponad trzy lata. 

Zdecydowałam się ją ściąć, jedynie dlatego że bardzo nieostrożnie dopuściłam do zbytniego rozwoju choroby grzybowej. Róża kwitłaby i w tym sezonie, gdyby nie mój brak doświadczenia w rozpoznawaniu chorób róży, jestem tego pewna.  

Nie mniej okazało się, że uzyskanie balkonu obrośniętego różami jest zupełnie możliwe nawet w naszym klimacie. Trzeba tylko trochę uporu, samo-zaparcia i kilka dobrych rad na początek - nieocenione okazały się ogrodnicze fora.

Dziś chciałabym wam pokazać wspaniałe, "wiszące" różane ogrody podobne do tego, który tak zadziałał na moją wyobraźnię. Takie balkony powstają latami krok po kroczku. Chciałabym osiągnąć kiedyś porównywalny efekt, acz zdaję sobie sprawę, że będzie to wymagało jeszcze wiele nauki z mojej strony. Każdy sezon w hodowli róż, przynosi coś nowego. Jednakże przyjemność płynąca z obcowania z królewskimi kwiatami jest warta trudu a nawet ukłuć, zadrapań i nieostrożnie wylanej krwi ;)

(źródło: https://pl.pinterest.com/pin/487373990900448302/)


(źródło: https://pl.pinterest.com/pin/487373990900448513/)

(źródło: https://pl.pinterest.com/pin/80853755785400971/)


(źródło: https://pl.pinterest.com/pin/452400725040870655/)


(źródło: https://pl.pinterest.com/pin/375909900121168222/)


(źródło: https://pl.pinterest.com/pin/488359153312634275/)


(źródło: https://pl.pinterest.com/pin/187743878187636527/)

środa, 4 lutego 2015

Hodowla róż w donicy

Uprawianie róż w pojemnikach nie różni się, aż tak bardzo od "tradycyjnej" hodowli tych kwiatów. Jedyne, co musimy zrobić to pamiętać o kilku zasadach. 

(źródło: wikipedia)

1) Należy wybrać odmianę polecaną do uprawy w pojemnikach.


2) Musimy zakupić odpowiednią donicę. Dobra donica będzie miała przynajmniej 50 cm wysokości i 40-50 cm średnicy. Przy tym powinna być stabilna, by nie mógł przewrócić jej pierwszy lepszy podmuch wiatru.

3) W miarę możliwości wybieramy dla róży przewiewne, nieosłonięte miejsce. 

4) Jak w wypadku każdej róży musimy zapewnić naszym roślinkom co najmniej 5 godzin nasłonecznienia. Wiele odmian dobrze znosi upały ale żadne nie lubią cienia.

5) Kupujemy dobrą, markową ziemię dla róż lub roślin kwitnących, pH powinno wynosić od 6,5 do 7,5.

6) Niektórzy radzą, by ze względu na przesychanie podłoża w donicy sadzić dla róży "towarzystwo" w postaci np. wilca ziemniaczanego, szałwii, lawendy lub roślin kaskadowych. Nie mniej słyszałam na ten temat zupełnie różne, skrajne opinie. To temat warty lepszego poznania i być może przetestowania na własnej skórze. Osobiście do tej pory dbałam o podłoże wykładając po prostu polne kamienie. 

7) Nawozimy stosując wolno-działający nawóz wieloskładnikowy (oczywiście bierzemy pod uwagę porę roku). Podlewamy obficiej niż w przypadku róż rosnących w ogrodzie.


8) Dbamy jak o każdą inną różę, przycinamy w zależności od odmiany, podlewamy według potrzeb, pomagamy przezimować i chronimy przed chorobami grzybowymi oraz innymi szkodnikami.

Dość problematyczną kwestią dla niektórych osób może być zimowanie róż w pojemnikach. Nie jest to jednak problem nie do ominięcia. Jeśli nie dysponujecie miejscem, w którym możecie umieścić różę zimą, by nie przemarzła musicie po prostu odpowiednio zabezpieczyć donicę przed mrozem. Porady na temat zimowania róż w donicach na zewnątrz, znajdziecie pod tym linkiem: zimowanie róż w pojemnikach

(źródło: wikipedia)

Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

KOMENTARZE ZAWIERAJĄCE LINKI DO PRODUKTÓW I SKLEPÓW BĘDĄ TRAKTOWANE JAKO SPAM.
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Back
to top