niedziela, 18 września 2016

42 Święto Róży w Kutnie

Kto spodziewał się święta odpowiadającego jego oprawie marketingowej z pewnością wrócił z uczuciem niedosytu i rozczarowania. Aby oddać sprawiedliwość należałoby powiedzieć osobno o dwóch sprawach: o wystawie róż w Kutnowskim Domu Kultury i o Jarmarku Różanym.

Zacznijmy może od plusów Święta Róży czyli od samej wystawy. Warto było przejechać kawał drogi, żeby zobaczyć ( i powąchać) takie sławy jak Agusta Luise czy Leonardo da Vinci.



Jeżeli mogę mieć do tej wystawy jakieś zastrzeżenia to będą się tyczyły one zasadności hasła pod którym się ona odbywała. Sama nazwa "w ogródku Pana Szekspira" pasowała do tego wszystkiego o tyle, że królowały róże nostalgiczne w stylu starych róż - ale po nazwie można było się spodziewać nieco więcej angielek a było ich zaledwie kilka, zaś róż starych nie było chyba wcale, ja przynajmniej nie zauważyłam ani jednej. A przecież nie wszystkie nie kwitną o tej porze roku. Myślę że, znalazłyby się jakieś godne prezentacji.




Wydaje się, że zdecydowana większość prezentowanych na wystawie róż była autorstwa Kordes lub Tantau. Może jestem przewrotna ale w tym wypadku należałoby zastanowić się, czy "w ogródku Pana Goethego" nie byłoby właściwszą nazwą chociaż domyślam się, że "W ogródku Pana Szekspira" brzmiało bardziej chwytliwe. Niemniej semantyka nie sprawi, że róże były mniej piękniejsze i mniej pachnące acz osobiście życzyłabym sobie więcej angielek. Niewątpliwą zaletą wydarzenia było pojawienie się róż polskich twórców takich jak Venrosa czy Szekspir. Róże polskie wciąż nie są tak popularne jak na to zasługują, nie mówiąc już o tym, że stanowią nasz wkład w historię róż, tak więc promowanie ich przy okazji takich wydarzań wydaje się bardzo zasadne. Trochę zarzutów mam jeszcze co do przestrzeni i wyeksponowania odmian, przynajmniej niektórych. Róże były chyba nieco za mocno upchnięte ze sobą. Czasami z tych ogromnych bukietów ciężko było dostrzec wszystkie odmiany i każdą ocenić. Zdarzało się, że róże o jasnych kolorach gdzieś tonęły przytłoczone karminowymi sąsiadkami tym bardziej, że tłum był dość spory. Nie mniej wystawa i tak robiła wrażenie, róże były porządnie i czytelnie opisane a spotkałam się już z przypadkami, że można zrobić wystawę róż bez podania nazw odmian. Fajnym pomysłem było również zaprezentowanie ciekawostki różanej jaką jest rosa sericea i jej niezwykłe kolce.



Jeśli chodzi zaś o Jarmark Różany to właściwie należałoby go przemilczeć. Wśród kilkuset stoisk może kilkanaście było ogrodniczych. Nie było ani jednego stanowiska ze sprzętem ogrodniczym, donicami, nawozami etc. Na kilku stanowiskach z różami nie pokuszono się nawet o opisanie nazw odmiany. Zapytany sprzedawca nie potrafił odpowiedzieć jakie odmiany posiada. Na innym stoisku sprzedawano róże w postaci korzenia bez żadnego zabezpieczenia, co jest fajne jeśli mieszkamy gdzieś w pobliżu i mamy możliwość szybkiego posadzenia takiej róży. Jeśli musimy przewieść różę np. 300 km (jak moi teściowie) to mamy bardzo małe szanse na jej dowiezienie. Nie każdy o tym wie. Jedyne dwa profesjonalne stanowiska czyli Rozarium Pana Choduna i Rosa Ćwik nie miało odmian starych - z angielkami również kiepskawo (nie mogę mieć o to pretensji, stanowiska odzwierciedlały po prostu wystawę). Na stoisku poprosiłam więc o coś dobrego do donicy w typie starej róży, fajnie jeśli można by prowadzić ją jako pnącą. Zaproponowano mi Guirlande d'Amour. Pomijając kwestię, że tego typu kwiaty nie są moimi ulubionymi, podano mi krzew oblepiony na pąkach uroczą...mszycą. Rozarium Pana Choduna ma naprawdę świetną opinię, więc poczułam się lekko skonsternowana i nie będę tego dalej komentować, uznam to za wypadek przy pracy...




W Rosa Ćwik zadałam to samo pytanie. Pani zaproponowała mi jakieś Kordesy. Przy głębszej rozmowie okazało się, że z zapachem u nich średnio albo wcale, mrozoodporność taka sobie a jak się będzie róża czuła w donicy to właściwie w ogóle nie wiadomo. 

Wiem, że jestem trudnym klientem, ze specyficznym gustem. Z rozczuleniem myślę teraz o moich ulubionych szkółkach, gdzie nawet jak czegoś nie ma, zawsze dobiorą mi coś odpowiedniego albo pomylą się tak, że i tak sprawią mi tym przyjemność. Może to siła zamówień przez internet gdzie sprzedawca ma jednak dostęp do całego asortymentu i chwilę, żeby zastanowić się czego oczekuje klient. Wiadomo, że na straganie gdzie kręci się tłum ludzi, z czego połowa sama nie wie czego chce, bywa różnie. 

Przynajmniej teściowej udało się kupić porządne cebulki narcyzów ale chyba nie po to na Jarmark Różany przyjechaliśmy...

niedziela, 11 września 2016

Róże o długim kwitnieniu...

Zgodnie z obietnicą daną little things przygotowałam na dzisiaj mały przegląd róż wielokrotnie powtarzających kwitnienie lub właściwie kwitnących ciągle w jasnych, pastelowych kolorach. Na liście nie będzie Mary Rose ponieważ opisywałam ją w kilku wcześniejszych postach.

Zanim jednak przejdę do wybranych odmian poświęcę kilka słów samemu kwitnieniu. Zdecydowana większość odmian obficie kwitnących będzie miała swoje krótkie okresy spoczynku, po których następuje kolejny "wybuch" kwiatów. Nieliczne odmiany jak np. Mayflower będą posiadały kwiaty praktycznie stale. Jak pokazuje doświadczenie kwitnie jest jednak sprawą względną. Tak naprawdę to czy róża będzie kwitła u was ciągle zależy tyle samo od jej predyspozycji co i warunków panujących w waszych ogrodach albo tarasach. Dobrym przykładem jest moja Glamis Castle. Pan Marian Sołys autorytet wśród rosomanes opisuje tę różę jako kiepsko powtarzającą kolejne kwitnienie zaś sam autor odmiany określa ją jako bezproblemowo kwitnącą. W mojej donicy Glamis Castle jest  różą kwitnącą ciągle. Nie jest to odmiana tak ekspansywna jak Mary Rose, której przyrost jest wręcz imponujący ale po ścięciu przekwitłych kwiatów co chwilę mam nowe pąki. I nie są to małe kwiaty (niektóre róże mają tendencję do skromniejszych kwiatów przy kolejnych kwitnieniach) lecz dorodne białe pąki wielkości piąstki. Przypuszczam, że akurat ta odmiana lubi ciepło, którego na moim balkonie jej nie brakuje. Tymczasem w drugą stronę Rose de Resht róża z reguły silnie kwitnąca, powtarza u mnie kwitnienie w bardzo wymęczony sposób - ta róża w tym sezonie mocno choruje i cudem ją uratowałam. Ale róża wcale nie musi być chora żeby jej kwitnienie było zaburzone - wystarczy, że będzie miała u was trochę więcej cienia, będzie trochę za zimno albo na odwrót i już może nie pokazać pełni wdzięku. Róże to kapryśnice. Są również kwiatami sezonowymi. Kwitną od maja do października przy czym jedne odmiany kwitnienie zaczynają wcześniej i mogą wcześniej je skończyć inne zaś zakwitną później i będą cieszyły oko aż do końca jesieni. Moja najstarsza róża Comte de Chambord zaczyna kwitnienie już pod koniec maja, potem kwitnienie powtarza i konsekwentnie odmawia współpracy z nastaniem września, tak więc wybierając odmianę musimy się zastanowić czy szukamy kwiatów lata czy ozdoby jesiennej rabaty.

Te kilka obiecanych obficie kwitnących odmian starałam się wybierać spośród róż, które znam - odmian stale kwitnących róż jest multum, szczególnie wśród róż współczesnych, ja pragnę polecić te bliskie mojemu sercu.

 Mme Boll w towarzystwie Raphsody in Blue
źródło zdjęcia: pl.pinterest.com/pin

- Mme Boll - nie wiem czemu ciągle zapominam o tej róży, może właśnie dlatego, że jest ona tak podobna do Comte de Chambord i nie chcę wprowadzać drugiego podobnego krzewu, szczególnie kiedy kończy mi się miejsce, więc wyrzucam ją jakoś z pamięci.  Jest to remontantka o silnym zapachu. Kwitnie cały sezon ale należy przycinać przekwitłe kwiaty. Nawiasem mówiąc za każdym razem tak postępuję, czy róża ma zdolność do samooczyszczania czy nie. Zauważyłam, że bardzo pozytywnie wpływa to na kwitnienie. Kwiaty obcinam w momencie, kiedy część płatków zaczyna już opadać. Mme Boll to róża, która lubi ciepłą słoneczną pogodę, więc musi mieć dobre warunki, by pokazać pełnię swego piękna.  
źródło zdjęcia: http://www.rightplants4me.co.uk

- The Mayflower - róża angielska o zapachu dzikiej róży kwitnąca z równym uporem co Mary Rose, chociaż nie tak obficie. Ponoć okres kwitnienia ma bardzo długi nawet od maja aż do października. Również nie przepada za deszczem, przy wilgotnej pogodzie kwiaty mogą zamieniać się w mumie.


- Heidi Klum -  chociaż może nie do końca odpowiada ona wymienionym tu wymaganiom kolorystycznym, bo to róża o ciemniejszej barwie, którą określiłabym jako lilia-róż ta odmiana zrobiła na mnie duże wrażenie swoją żywotnością. Kwitnie stale i to naprawdę okazałymi pachnącymi kwiatami. O tej porze roku wcale nie ubywa jej piękna. Tworzy niski krzew do pół metra wysokości. Jeśli ktoś gustuje w różach nowoczesnych Heidi Klum wydaje się być dobrym wyborem.


-Augusta Luise - zachwalano mi tę różę jakiś czas temu ale dopiero niedawno miałam okazję przyjrzeć się jej z bliska. Przede wszystkim godny uwagi jest kolor tej róży i kształt kwiatu. Rozłożysta i jakby pofalowana w kilku ciepłych pastelowych odcieniach naraz. Ponoć róża ta czerpie wzorce z odmian starych dla mnie zrobiła wrażenie róży na wskroś nowoczesnej ale o romantycznych korzeniach. Taka schabby chic wśród róż. Ma ładny zapach i również jest bardzo żywotna, pięknie i stale kwitnie. Jeśli kolor Heidi Klum nie przypadnie wam do gustu ponieważ wolicie coś łagodniejszego, można wówczas sięgnąć po Augustę Luise.  Ponadto ponoć dobrze rośnie w donicy.



-Glamis Castle - nie mogłabym jej pominąć. To kremowa róża o ciepłym odcieniu, w której jestem absolutnie zakochana od kiedy zakwitła. Uwielbiam jej wyjątkowy zapach słodyczy, jakbym czuła na niej cukierki. Przepięknie komponuje się z błękitną i różową szałwią omszoną ale nie radzę sadzić ich razem w donicy, ponieważ szałwia może ją nieco przydusić. Ja zrobiłam ten błąd i musiałam szybko przesadzać kępy szałwii. Teraz Glamis Castle rośnie w towarzystwie młodej kocimiętki na wszelki wypadek wkopanej w drugą małą donicę. Wspaniała róża o ciężkich pełnych kwiatach z tym właśnie "ale" że, ponoć nie wszystkim chce ona tak ładnie kwitnąć.

źródło zdjęcia: pl.pinterest.com/pin

-Lady of Shalott - kolejna angielka o bardzo romantycznej nazwie. Jedna z ulubionych róż mojej teściowej to zaś przez delikatny morelowy kolor. Kwitnie od czerwca do października. Zapach ma korzenny i umiarkowany. Mocno się krzewi i moim zdaniem podobnie jak inne róże angielskie w tym typie powinna być wyeksponowana w ogrodzie - może to tylko moje wrażenie ale takie angielki z kulistymi kwiatami na rabatach wydają się nieco stłumione i gorzej rosną przy konkurencji innych róż współczesnych. W przestronnym i słonecznym miejscu będzie prezentowała się atrakcyjnie. W ogóle ma coś pięknego w kształcie kwiatu, który zdaje się podlegać ciągłym przemianom. 


- Crown Princess Margareta - skoro już jestem przy temacie ulubionych róż mojej teściowej, zaproponuję jeszcze jedną różę z tej kategorii. To podobna róża, żółto-morelowa ale może być prowadzona jako róża pnąca. Lubi miejsca mocno nasłonecznione, pachnie owocowo. Dorasta aż do 1,8 metra. Tworzy potężny krzew. Kwiaty nadają się do wazonu.


- Abraham Darby - klasyk wśród róż angielskich. To żywotna róża w kolorze od jasnego różu do morelowego o pachnących owocowych kwiatach. Również może być prowadzona jako róża pnąca. Co prawda zdania co do niej są podzielone, ponoć jej kolor jest nieco wyblakły acz ma tę zaletę, że zniesie nawet cień.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Życie w ogrodzie i relaks dla umysłu...

Dzisiaj odkładam trochę na bok wszelkie porady ogrodnicze i pragnę się skupić na funkcji ogrodu. Ostatnio zastanawiałam się co nas tak pociąga w ogrodnictwie. Moim zdaniem jest to życie samo w sobie. Widać to szczególnie na małej betonowej przestrzeni jaką jest balkon. Puste miejsce, gdzie okazyjnie możemy spotkać jedynie przechodzącą mrówkę albo przelatującą ćmę, przy odrobinie naszych starań zaczyna tętnić życiem. Betonowa przestrzeń zostaje wypełniona oddychającą roślinnością a ta z kolei przyciąga owady: świerszcze, motyle, trzmiele, zapylacze a także mszyce i przędziorki - przyjaciół i wrogów roślin. Zimą, kiedy rośliny śpią do tego chóru dołączają również dokarmiane ptaki. W miejscu gdzie nie istniało nic szczególnego powstaje mały ekosystem. 



Ponoć bycie lekarzem przypomina zabawę się w Boga - bycie ogrodnikiem również przypomina zabawę w Boga w przyjemniejszym i łagodniejszym tego aspekcie. Wprowadzamy i urozmaicamy życie w przestrzeni, w której do tej pory funkcjonowało ono w ograniczonym zakresie lub zmieniamy jego postać modyfikując nasz ogród. Gdy to sobie uświadomimy przebywanie w zielonej przestrzeni będzie dla nas ciekawsze i bardziej relaksujące. Fascynujące jest obserwowanie zachodzących w przyrodzie zmian.




Skupianie się na roślinności, obserwowanie owadów albo wyłapywanie nut zapachowych kwiatów w oderwaniu od całej przytłaczającej codzienności jest pewnym rodzajem medytacji pozwalającym odłożyć problemy i na chwilę zatrzymać się w "tu i teraz" by podziwiać to co się stworzyło. W ten sposób odpoczywa nie tylko nasze ciało ale przede wszystkim umysł, który na co dzień jest zaśmiecony mnóstwem spraw. 

Na moim balkonie stworzyłam mały zapachowy kącik z hyzopem, oregano, melisą, miętą pieprzową i truskawkową, rozmarynem, tymiankiem, bazylią grecką, groszkiem pnącym, tytoniem oraz Comte de Chambord i Rose de Rescht - obie akurat nie kwitną ale wyręczają je zioła i pachnący groszek. Lubię to miejsce szczególnie wieczorem, gdy wiatr porusza roślinami i w powietrzu czuć a to bazylię a to rozmaryn. To świetna aromaterapia. Ponadto miejsce jest dość obrośnięte i osłonięte, co sprawia, że można na chwilę odciąć się i zatopić w samych zapachach. Widać nie tylko ja je lubię, chociaż Dusia zwykle woli przebywać na swojej własnej podusi umieszczonej zaraz pod piękną Glamis Castle.


 Pachnący kącik ziołowy...

Jeśli macie własny ogród takich miejsc do obserwacji natury będziecie mieć więcej a najlepszym z nich będzie zawsze oczko wodne, ponieważ przyciąga najwięcej stworzeń. Na naszej wsi do oczka zostały wpuszczone ozdobne ryby a w kamieniach zalęgły się zaskrońce. Efektem tego wystarczy w słoneczny dzień posiedzieć w spokoju na mostku po środku oczka, by obserwować niezwykły spektakl. Wybrałam się tam z aparatem i udało mi się uchwycić jak wąż nieudolnie poluje na zaciekawioną rybę. Chyba z dobrą godzinę obserwowałam ich zmagania aż zaskroniec się znudził i powędrował w stronę lasu... Dla mojego umysłu był to najlepszy wypoczynek.





niedziela, 7 sierpnia 2016

Nieustannie kwitnąca róża czyli jeszcze raz o Mary Rose...

Mądrzy ludzie powiadają że nie ma sensu narzekać bo, nic nie trwa wiecznie i wszystko w końcu się odmienia. Narzekaniem psujemy sobie humor, wprowadzamy się w zły nastrój. Ostatnio marudziłam na Mary Rose, że nie jest taka jakbym sobie tego życzyła. Ale teraz kiedy wyprowadziłam ją w końcu na prostą, pozbyłam się z niej mączniaka a pędy, które musiałam obciąć odrosły, jeszcze raz pragnę pochylić się nad tą różą, ponieważ właśnie pokazuje mi jak bardzo byłam w błędzie w stosunku do niej. 




Biję się więc w piersi i przyznaję, że ta róża ma swoje zalety, przy których jej wady bledną. Może i jest to epigon wśród róż ale i tak jest piękna. Jedyne czego potrzebowała to czasu na aklimatyzację i wyjście z choroby. My, ogrodnicy powinniśmy najlepiej to rozumieć - nie wszystko przychodzi do nas od razu, wiele spraw wymaga cierpliwości. Mary Rose  jest tego świetnym przykładem. Ta róża swoje atuty objawiła mi dopiero po dwóch miesiącach - dobrze, że mimo wszystko, wzięłam poprawkę na tę różę.



Tak jak pisałam we wcześniejszej notce, największą zaletą tej róży jest praktycznie nieprzerwane kwitnienie i olbrzymia żywotność. Gdy Mary Rose kwitnie obok Comte de Chambord nie imponuje jakąś wyjątkową urodą ale kiedy Comte de Chambord przekwita, a Mary Rose kwitnie, kwitnie i dalej kwitnie zaczyna się ją doceniać. Jeśli pamiętamy o stałym usuwaniu przekwitłych kwiatostanów róża wciąż ma nowe kwiaty. Wszystkie moje róże są na etapie powtarzania kwitnienia, mają dopiero zawiązane młode pączki kwiatowe a Mary Rose nie traci werwy i praktycznie cały czas wystawia na pokaz swoje piękne rozłożyste kwiaty. 



Róża została wyhodowana w 1983 roku przez Davida Austina. To jedna z jego najsłynniejszych róż. Jest odporna na czarną plamistość i generalnie na większość chorób róż. Jej odporność jest oceniana bardzo wysoką. Mączniak może się jej przydarzyć ale nie należy po tym oceniać całej odmiany. Ja miałam tym razem pecha. Mary Rose otrzymała imię na cześć okrętu flagowego niesławnego Henryka VIII Tudora.


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zwalczanie mączniaka u róży...

W tym roku mączniak sprawił chyba sporo problemów mimo, że pogoda przynajmniej w moim regionie jest prawie idealna. Nie ma ani suszy ani nadmiernej wilgoci, słońca i deszczu jest praktycznie po równo. Mączniak może być wynikiem niesprzyjającej pogody ale można go również przynieść na nowo zakupionych roślinach, tak jak w moim wypadku. 

 Mączniak prawdziwy na liściu Mary Rose

Mączniak róży to właściwie dwie choroby powodowane przez różne grzyby: rozróżniamy mączniaka rzekomego i prawdziwego. Mączniak prawdziwy atakuje całą różę, łącznie z kwiatami, rzekomy głównie liście, jest również mniej widoczny. Z tego co pamiętam (poprawcie mnie jeśli się mylę) mączniak rzekomy rozwija się głównie przy dużej wilgotności i sporych wahaniach temperatury zaś mącznika prawdziwego wspomaga raczej słoneczna, sucha pogoda. Obie te choroby są bardzo niebezpieczne i mają podobne objawy. 

Nauczyłam się, że w wypadku mączniaka o sukcesie decyduje szybkie rozpoznanie i szybka reakcja. Od czasu kiedy mączniak zabił moją różę pomarszczoną jestem na niego przeczulona ale to przynosi dobre efekty. Należy oglądać liście rośliny od góry i od spodu i sprawdzać czy nie ma na nich drobnych białych plam. Mączniak rzekomy będzie charakteryzował się raczej niewielkim nalotem od spodu liścia i delikatnymi brązowymi plamkami. Mączniak prawdziwy początkowo także wymaga sprawnego oka. Nie czekajcie aż zobaczycie na nim bialutką grubą pleśń niczym na zepsutych pomidorach. Sprawdzajcie róże czy od spodu liścia nie pojawia się delikatny biały nalot jak po mleku. Będziecie pewni, że to mączniak jeśli liść w tym miejscu będzie nieco zdeformowany. Marszczy się on w dość charakterystyczny sposób. 

 Mary Rose przybyła do mnie zainfekowana z początkiem mączniaka - tak wyglądały jej pędy po tygodniu rozwoju choroby.

Po rozpoznaniu mączniaka, druga ważna rada: nie czekajcie z opryskiem. Wiem, że niektórzy ogrodnicy mają podejście w stylu "jak poczekam jeszcze tydzień zanim przywiozę środek do oprysku to nic się nie stanie".  Mączniak potrafi naprawdę się rozleźć po całej róży w przeciągu kilku dni. Dodatkowo porażone części trzeba po prostu usuwać a lepiej usunąć 1/3 liści niż 1/2. Jeśli nie masz fungicydów pod ręką to zrób oprysk z cebuli albo czosnku, nawet mocniejszy niż zwykle. Porażone liście należy od razu wyciąć i najlepiej spalić (ja wyrzucam do śmietnika razem z odpadami, nie wolno ich składować w ogrodzie, przeznaczać na kompost ale pozbyć się ich tak, by nie zaraziły innych roślin). Uważajmy bo mączniaka można przenosić na narzędziach i na rękach. Po dotknięciu zarażonej róży nie dotykajmy innych roślin przed umyciem rąk a narzędzia dezynfekujmy. 

 Tak wyglądała moja róża w trakcie choroby

Do oprysków za równo przeciw mączniakowi prawdziwemu i rzekomemu zaleca się używanie Bioseptu Activ czyli dawnego Bioseptu 33 SL. Powiem szczerze miałam okazję go testować i efekty były mocno niezadowalające. Jest to preparat w 100% ekologiczny ale nadaje się chyba bardziej do profilaktyki niż do leczenia rozwijającego się mączniaka. Na obie formy mączniaka stosuję za to topsin i jeszcze nigdy mnie ten preparat nie zawiódł. Nie jest bardzo toksyczny, pryskamy nim wieczorem i grunt, żeby nie padało. Do rozcieńczonego preparatu warto dodać kilka kropel płynu do naczyń - zapewni to lepszą przyczepność. Topsin ma jedną wadę - po drugim użyciu w sezonie należy go zmienić na inny preparat, żeby nie wyrobić w grzybie odporności. 


 A tak wygląda Mary Rose już po leczeniu czosnkiem i topsinem.

Tak naprawdę najskuteczniejszym sposobem walki z mączniakiem jest profilaktyka i zachowanie czystości w ogrodzie i w donicy. Jeśli wokoło krzewu leżą mumie owoców i zeschłe liście to mączniak ma zdecydowanie większe pole do popisu. W donicach oczywiście łatwiej zadbać o porządek niż w dużym ogrodzie ale i tak warto raz na jakiś czas wygarnąć śmieci spod krzewu a już koniecznie należy to zrobić wiosną. Podczas wiosennego cięcia można zastosować profilaktyczny oprysk antygrzybowy: to może być właśnie ekologiczny preparat w stylu Bioseptu albo wzmacniający odporność roślin na grzyby miedzian. Dobrą naturalną ochroną jest posadzenie obok róż zwykłego jadalnego czosnku. W każdej donicy mam posadzone ze dwie główki, które trzymają  grzyby w ryzach. Jeśli walczycie z mączniakiem na balkonie to zdejmijcie również osłony z balkonu. Wiem, że są różne szkoły, niektórzy piszą, że dobrze aby rośliny na balkonie były osłonięte ale mączniak lubi gdy przepływ powietrza jest mniejszy. "Kiszenie" jest dla róży tak samo niemiłe jak i silne zimne wiatry.  Róża musi na balkonie mieć przestrzeń i oddychać. Wtedy wróci do zdrowia szybciej i odzyska wigor.