featured Slider

Westie w potrzebie - charytatywnie

Wosk na sadzonkach - co z nim robić?

Budzące się róże...

Dla prawdziwych miłośników róż - zostań członkiem Polskiego Towarzystwa Różanego

Róża Souvenir de la Malmaison Climbing na pierwszy dzień wiosny...

środa, 19 kwietnia 2017

Westie w potrzebie - charytatywnie

Zrobiło się strasznie zimno mam więc coś na rozgrzanie serc przynajmniej - bo z pogodą niestety nie wygramy. Ci, którzy częściej zaglądają na bloga widzą tu pewnie od czasu do czasu mojego małego pomocnika. Jest to Dusia - psiak rasy West Highland White Terrier, czyli popularny Westie. Są to charakterne i jednocześnie przeurocze psiaki, które totalnie skradły moje serce ( i nie tylko moje zresztą). 



Westie od pewnego czasu mają w Polsce swoją Fundacje, która zajmuje się pomaganiem psiakom tej rasy ale pod ich skrzydłami znajduje się również wiele małych, uroczych kundelków i psów w typie innych ras.



Ostatnio Fundacja Westy do Adopcji przyjęła część psiaków z zlikwidowanej pseudohodowli z województwa łódzkiego. Psiaki były w opłakanym stanie a koszt ich leczenia znaczny. Zachęcam was do wsparcia grosikiem leczenia właśnie tych małych bied, których nigdy nie powinno coś takiego spotkać... Na opłacenie kosztów, które już powstały potrzeba około 2000 złotych. Zbiórka prowadzona jest poprzez portal pomagam.pl. Szczegóły na temat akcji możecie poznać klikając poniżej: 


Możecie również pomóc kupując karmę dla psiaków, cegiełki z westami (dostępne na stronie Akcja Fant Fundacji Westy do Adopcji - AkcjaFant-Westy-do-Adopcji), dokonując drobnych wpłat na konto Fundacji:

Fundacja Westy do Adopcji
Siedziba:Dosin 05-140ul. Owocowa 2KRS: 0000607029Konto podstawowe Bank BZ WBK:63 1090 1841 0000 0001 3242 3529Konto do wpłat zagranicznych w EUROPL77 1090 1841 0000 0001 3242 3665Konto do wpłat zagranicznych w $PL42 1090 1841 0000 0001 3242 3713Kod BIC (SWIFT) dla Banku BZ WBK to WBKPPLPP


I przede wszystkim adoptując psiaki! Jeśli chcecie mieć przekochanego białego teriera nie kupujcie go ale zaglądajcie na stronę Fundacji: http://westydoadopcji.pl/ oraz https://www.facebook.com/pg/WestyDoAdopcji/
 

Możecie również uczestniczyć we wspólnych spacerach miłośników rasy Westie, które odbywają się w większości większych miast między innymi w Warszawie, Łodzi, Gdańsku czy Chorzowie. Jest to okazja do zapoznania się z rasą i wzajemnej zabawy. Kalendarz spacerów znajdziecie na facebookowych wydarzeniach Fundacji Westy do Adopcji. 

Bardzo gorąco was do tego razem z Dusią zachęcamy. 









sobota, 8 kwietnia 2017

Wosk na sadzonkach - co z nim robić?

Ostatnio miałam dużo zapytań o wosk na sadzonkach... Od razu powiem, że sama nie spotykam się raczej z taką formą zabezpieczenia róży. Zwykle dostaję korzeń oblepiony w torf, ostatnio też w wilgotną tkaninę. Z torfem sprawa jest prosta. Trochę go rozkruszam ręką, resztę zostawiam i taką różę moczę. I właściwie z woskiem można postąpić podobnie.


Wosk którym czasem pokrywa się sadzonki to tak naprawdę specjalistyczna parafina do celów ogrodniczych. Chroni przed utratą wilgoci ale stosuje się ją również jako opatrunek dla roślin. Woskiem zabezpiecza się połączenie podkładki z szczepem oraz delikatne korzenie przed urazami mechanicznymi. Wosk jako metodę zabezpieczania sadzonki chyba najczęściej można spotkać w wypadku winorośli.






(a przy okazji winogron, to nasze wino z zeszłego lata i ogrodnik, który je doglądał ;))

Są dwie szkoły dotyczące pozbywania się takiego wosku. Pierwsza mówi, że wosk należy pozostawić w spokoju a mocny system korzeniowy rośliny i tak sobie poradzi przebijając wosk.

Druga jest trochę bardziej skomplikowana i ryzykowna. Polega na zanurzeniu rośliny dosłownie na ułamek sekundy w wodzie o temperaturze 70 stopni. Domyślacie się pewnie co, się może stać jeśli nie macie wprawy w takiej metodzie? 

Jestem tu tylko teoretykiem nie testowałam ani jednej ani drugiej metody. Nie wiem, czy fakt że narazimy korzenie na chwilkę na takie ciepło ale pozbędziemy się wosku ma jakiś większy wpływ na szybszy rozwój korzenia i lepsze ukorzenienie się. Zapraszam do komentowania jeśli ktoś sadził róże na te dwa sposoby i ma wiedzę jak to wpływa później na rozwój sadzonki. Ponoć zdarza, że gdy różę zabezpiecza się torfem to również jest ona pokryta cienką warstwą wosku. Ponieważ nigdy nie usuwam tego torfu w całości, mogłam nawet nie zauważyć dodatkowego okrycia. Moje róże poradziły sobie wówczas bez większej ingerencji. 

Najgorszą sytuacją jest w ogóle niezabezpieczony korzeń. Jeśli gdzieś kupicie taką różę, pamiętajcie - sadźcie ją jak najszybciej. Moja teściowa kiedyś zakupiła tego typu sadzonki, gdzieś na rolniczym targu. Musiały już trochę leżeć a dodatkowo czekała je dłuższa podróż. W efekcie wszystkie sadzonki padły. Od tej pory staram się pamiętać, że zakup takich róż mogę planować tylko w sytuacji, gdy mam możliwość szybko je posadzić lub zabezpieczyć przed utratą wilgoci....  

niedziela, 2 kwietnia 2017

Budzące się róże...

Dwa tygodnie temu znajomy pszczelarz pokazał mi filmik ze swojego ula. Bzyczało na nim stadko pszczół. Zapytałam, czy filmik jest tegoroczny. Odparł, że tak, jak najbardziej. Pomyślałam wówczas, że zima już  nie wróci i można spodziewać się raczej cieplejszych dni. Chyba się nie pomyliłam, gdyż wczoraj spotkałam dzikie pszczoły na swoim balkonie. Przyleciały do niezapominajki - tej samej co, do której obawiałam się, że może posadziłam ją za wcześnie.


Przez ten niedługi czas bardzo ładnie się rozrosła. Dzikie pszczoły mają teraz w czym wybierać, bo tam, gdzie obecnie mieszkam jest niewielka łączka, na której rozsiało się sporo roślinek. Widziałam już szafirki, cebulice, krokusy, przebiśniegi i mnóstwo, mnóstwo fiołków. Natura jest bardzo sprytna. Rośliny znajdą drogę ucieczki nawet z balkonowych skrzynek (część to może być też jakaś pozostałość po ogródkach pod balkonami - szkoda, że niewiele osób dzisiaj je prowadzi).

(róże też się wybudziły)

U mnie kwitną jeszcze krokusy. Z kosaćców karłowatych obawiam się, że niestety nic nie będzie. Nie tyle chyba mi wymarzły co, zawilgotniały gdy śnieg się rozpuścił. W tym roku było go sporo. Jeśli posadzę je na przyszły rok to w dużo większej donicy (a to z tego względu, że rośliny w dużych donicach zimują znacznie lepiej, ziemia nie przemarza tak szybko i wszystko jest łatwiejsze do opanowania). Za to dzwonki karpackie poradziły sobie w małej doniczce koncertowo. Warunki nie zrobiły na nich najmniejszego wrażenia, dosypałam im trochę ziemi i bardzo ładnie się rozrastają.



Z moich roślin odbija jeszcze szałwia omszona, którą dostałam od ciotki w zeszłym roku oraz kocimiętka. Kocimiętka to jest prawdziwy terminator. Zaraz będę musiała ją ciąć, tak się rozrasta a posadziłam ją w małej doniczce bez dna, żeby nie przeszkadzała zanadto róży Glamis Castle. Nie wiem, czy nie dostanie z tej donicy eksmisji, bo Glamis w zeszłym roku chorowała na czarnoplamistość i zbytnie zachwaszczenie nie będzie jej sprzyjać. Jeśli ktoś ma doświadczenie z wpływem nazbyt bujnych roślin w pobliżu na tę chorobę poproszę o radę w komentarzu. Z drugiej strony naprawdę chylę czoła przed osobą, od której kupiłam tę sadzonkę. Piękne lawendowe kwiaty a roślina nie do zdarcia. Mieć w pobliżu rolniczy targ to prawdziwy skarb - a mam go całe 20 minut od siebie na piechotę.


(tak kocimiętka wygląda już teraz - ciekawe kiedy przy takim wzroście zakwitnie?)

Co do najważniejszych mieszkanek mojego małego balkonu to są już oporządzone w całości. Przez ostatnie dwa-trzy tygodnie uwinęłam się ze wszystkim. Najpierw zajęłam się usunięciem potencjalnych śmieci z donicy oraz przędziorkiem, potem gdy pogoda zrobiła się ładna, przycięłam je i podałam miedzian. Dostały też po małej łyżeczce nawozu dla róż. Donice od dołu są dalej otulone i będą takie do zimnych ogrodników. Na razie wszystko ładnie się rozwija - łącznie z Souvenir de la Malmaison Climbing. Przyjechała kilka dni temu. Tym razem bez żadnych zgrzytów została namoczona, posadzona w dużej, wysokiej donicy, porządnie podlana i chyba jest ok.


Ponieważ jest drugi kwietnia zdjęłam też karmnik. Od tygodnia prawie nie sypałam już tam pożywienia a wcześniej uzupełniałam pokarm coraz rzadziej - to już ta pora gdzie trzeba ptaki przestawiać na ich własny jadłospis tym bardziej, że owady się już pobudziły a na drzewach są świeże pączki. Zamiast karmnika wiszą teraz dzwonki wietrzne, które zrobiłam z muszelek i mała solarna lampka... Lubię dzwonki wietrzne ale mojemu mężowi zawsze przeszkadza jak za bardzo grają - takie z muszelek są w sam raz, wydają tylko przyjemny cichy stukot.


Dla mnie wiosna zaczyna się zawsze gdy pojawiają się w okolicy mewy - domyślam się, że to dziwnie brzmi a jednak tak jest. W pobliżu mojego dawnego ale i obecnego mieszkania są zbiorniki wodne. Całą zimę i jesień jest cicho ale jak słyszę skrzekot mewowatych to znaczy, że zima już odpuściła. One wiedzą w końcu najlepiej, że mogą już przylecieć, bo nie ma lodu i jest co jeść...
Jedna jaskółka wiosny nie czyni ale dwie mewy już jak najbardziej...


Na sam koniec wrzucam jeszcze obowiązkowo moją ulubioną wiosenną pieśń - jak zresztą co roku. Nie pamiętam, czy ją już gdzieś pod jakiś post nie przypięłam ale przecież nic nie szkodzi jak pojawi się po raz drugi. Właściwie to jest piosenka o lecie nie o wiośnie ale jakoś tam mi się bardzo wiosennie kojarzy... Na slajdach można obejrzeć sobie piękne okolice Yorkshire - ot tak,  żeby po takich widoczkach, wiosna była dla nas jeszcze przyjemniejsza.





środa, 29 marca 2017

Dla prawdziwych miłośników róż - zostań członkiem Polskiego Towarzystwa Różanego

Czasami równie ważne jak posiadać ukochane róże jest móc porozmawiać z kimś o naszych różach, wymienić się doświadczeniem, zapytać, podpytać, poszukać inspiracji lub rozwiązania naszych problemów. Mój blog postał z potrzeby podzielenia się pasją - kiedyś już pisałam o tym, że hodowla róż nie jest w naszym kraju wciąż tak popularna jak być powinna, szczególnie jeśli mieszka się w mieście. W większości przypadków nie można porozmawiać z pierwszym lepszym napotkanym znajomym o różach ot tak. Często zdarza się niestety nam miłośnikom róż, prowadzić monologi na temat naszych kwiatów. To się na szczęście zaczyna zmieniać. Ludzie uświadamiają sobie, że róża to coś więcej niż nieokreślona odmiana na rabacie babci (chociaż i ona ma swój urok). Powoli, powoli, ludzie decydują się sadzić na balkonach również róże - nadmiar pelargonii w skrzynkach potrafi być nieco nudnawy...


Pogadałam, pomarudziłam, teraz przejdźmy do meritum. Jakiś czas temu pisałam, że reaktywowało się Polskie Towarzystwo Różane. Bardzo dobra wiadomość dla miłośników róż. Dzisiaj mam jeszcze lepszą. Otóż Polskie Towarzystwo Różane prowadzi nabór nowych członków. Każdy kto jest już znudzony prowadzeniem swojego monologu i dla odmiany chciałby posłuchać naprawdę wybitnych specjalistów, może czuć się zaproszony. W Polskim Towarzystwie Różanym udzielają się chociażby takie postacie jak Pan Marian Sołys. 

Gdyby nie pasja i publikacje Pana Mariana Sołysa dalej byłabym pewnie różanym neandertalczykiem, dla którego róża jedna od drugiej różni się wyłącznie mniej lub bardziej pstrokatym kolorem.

Ale tak naprawdę jest wiele sposobów zrealizowania się w Polskim Towarzystwie Różanym - od hodowli, po publikacje i wycieczki do różanych ogrodów. Każdy wyniesie z tego coś dla siebie. Właściwie można by też powiedzieć inaczej: nie pytaj co róże mogą zrobić dla Ciebie, zapytaj co ty możesz zrobić dla róż!

Dzięki uprzejmości Polskiego Towarzystwa Różanego możecie poniżej pobrać z mojego bloga statut i deklarację klikając w poniższe linki:



Wypełnione deklaracje należy odsyłać na mail sekretarza PTR ala.wisa@neostrada.pl lub na adres:  Alicja Wiśniewska-Kowalewska ul.Poznańska 201,  05-850 Ożarów Maz.

Wysokość rocznych składek członkowskich:
członek - 80 zł
małżeństwa, związki partnerskie - 100 zł
uczniowie, studenci, doktoranci, emeryci i renciści - 45 zł

Wszelkie pytania można kierować na facebookową stroną Towarzystwa: https://www.facebook.com/pg/PolskieTowarzystwoRozane



niedziela, 26 marca 2017

Róża Souvenir de la Malmaison Climbing na pierwszy dzień wiosny...

Wyszło inaczej niż planowałam. Zresztą jak zwykle w życiu... Okazało się, że w ostatniej chwili ktoś mi sprzątnął sprzed nosa upatrzoną Old Glory. Dostępna miała być dopiero na jesień. Z rosarium Pana Choduna nie opłacało mi się robić zamówienia. Chciałam kupić tylko jedną różę a mają tam minimalną kwotę, poniżej której nie realizują zleceń. Będę co prawda przejeżdżać w pobliżu szkółki ale dopiero za jakiś miesiąc i nie wiem,
o której godzinie. Niestety wątpię, że w czasie otwarcia rosarium. Mogłam więc być albo cierpliwa albo pokombinować. Okazało się, że w szkółce Pani Ewy Jarmulak jest dostępna wersja pnąca Souvenir de la Malmaison. A była ona tak naprawdę moim pierwszym pomysłem, za nim wpadłam na Old Glory. Obie te róże zresztą są ze sobą mocno spokrewnione - Souvenir de Malmaison jest bowiem rodzicem Old Glory. Tak więc specjalnie się nie wahałam i uczciłam pierwszy dzień wiosny różą Souvenir de la Malmaison Climbing. Korzeń Souvenir de la Malmaison, który kupiłam poprzedniej jesieni po prostu zabiorę na wieś albo dam teściowej na działkę. W ten sposób z jednej róży pnącej na balkon, którą zamierzałam posadzić zrobiły się dwie. Old Glory też się u mnie pojawi zobaczymy jednak kiedy. Może latem będzie jakaś możliwość odwiedzenia szkółki.





O samej róży Souvenir de la Malmaison można napisać bardzo wiele. Wyhodowano ją we Francji w 1843 roku. Jej nazwa odnosi się zaś do słynnego rosarium Cesarzowej Józefiny. Róża z nagrodą Old Rose Hall of Fame. Całą resztę uwag chciałabym zostawić na moment, gdy się u mnie pojawi. Już się nauczyłam, że róże na balkonie zachowują się nieco inaczej, tak więc nie ma co tworzyć peanów na jej cześć lub wręcz przeciwnie, póki się nie przyjmie i nie pokaże co sądzi o swoim nowym miejscu. Jest dość delikatna więc trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość i uważność. Ale jeszcze jedną rzecz chciałabym napisać. Otóż Souvenir de la Malmaison Climbing jest sportem Souvenir de la Malmaison wyselekcjonowanym przez Charlesa Bennetta. Był to syn dobrze znanego angielskiego hodowcy róż Harrego Bennetta. Sam Charles Bennett był szkółkarzem i ogrodnikiem zaś ciekawostką jest fakt, że wyjechał do Sydney i przysłużył się swoją pracą rosarianom w Australii. Mnie zaś nazwisko Bennett kojarzy się zgoła z czym innym, chociaż są to tylko luźne konotacje ale za to bardzo przyjemne. Otóż Bennett to słynna rodzina z Dumy i Uprzedzenia - piękne, brzydkie, dobre, głupie i mądre panny Bennett w liczbie sztuk pięciu są bohaterkami tej najsłynniejszej powieści Jane Austin, skojarzeniowo zostajemy więc w starej dobrej Anglii nie tylko przez pochodzenie hodowcy wyodrębniającego sport ale również przez literaturę. Co ciekawe Jane Austin nie lubiła ogrodnictwa, co da się wyczuć w jej książkach. To równie wspaniała Hodgson Burnett była miłośniczką przyrody i napisała chyba najlepszą powieść jaką można poświęcić ogrodowi i samym różom w ogóle czyli "Tajemniczy Ogród". Obie lektury w sam raz na wiosnę, gdyby ktoś jeszcze nudził się w oczekiwaniu na nieco cieplejsze dni...





(ps: bardzo polecam kliknąć w wyżej wymieniony link - wspaniała kolekcja róż we włoskich ogrodach!)

Ja tymczasem jako pierwsza z moich sąsiadów wyciągnęłam skrzynki balkonowe i posadziłam w nich bratki i niezapominajki, które kupiłam wczoraj na rynku. Zastanawiam się czemu jeszcze nikt inny tego nie zrobił. Mam nadzieję, że nie pospieszyłam się zanadto i rośliny nie wymarzną. Obecnie jest tak sobie ale na szczęście przyszły tydzień zapowiada się u mnie ciepło, słonecznie i może Souvenir de la Malmaison Climbing akurat przyjedzie...

Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

Zezwalam na korzystanie ze zdjęć, których jestem właścicielką do użytku niekomercyjnego, szczególnie zaś w celu propagowania wiedzy o różach i ich hodowli.
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Back
to top