featured Slider

Róża Souvenir de la Malmaison Climbing na pierwszy dzień wiosny...

Domowa półka z ziołami i smog...

Prognoza dla róż - kiedy rozpoczać sezon

Dwa lata z miejskimi różami...

Wybredne sikorki - czyli karmienie ptaków w mieście...

niedziela, 26 marca 2017

Róża Souvenir de la Malmaison Climbing na pierwszy dzień wiosny...

Wyszło inaczej niż planowałam. Zresztą jak zwykle w życiu... Okazało się, że w ostatniej chwili ktoś mi sprzątnął sprzed nosa upatrzoną Old Glory. Dostępna miała być dopiero na jesień. Z rosarium Pana Choduna nie opłacało mi się robić zamówienia. Chciałam kupić tylko jedną różę a mają tam minimalną kwotę, poniżej której nie realizują zleceń. Będę co prawda przejeżdżać w pobliżu szkółki ale dopiero za jakiś miesiąc i nie wiem,
o której godzinie. Niestety wątpię, że w czasie otwarcia rosarium. Mogłam więc być albo cierpliwa albo pokombinować. Okazało się, że w szkółce Pani Ewy Jarmulak jest dostępna wersja pnąca Souvenir de la Malmaison. A była ona tak naprawdę moim pierwszym pomysłem, za nim wpadłam na Old Glory. Obie te róże zresztą są ze sobą mocno spokrewnione - Souvenir de Malmaison jest bowiem rodzicem Old Glory. Tak więc specjalnie się nie wahałam i uczciłam pierwszy dzień wiosny różą Souvenir de la Malmaison Climbing. Korzeń Souvenir de la Malmaison, który kupiłam poprzedniej jesieni po prostu zabiorę na wieś albo dam teściowej na działkę. W ten sposób z jednej róży pnącej na balkon, którą zamierzałam posadzić zrobiły się dwie. Old Glory też się u mnie pojawi zobaczymy jednak kiedy. Może latem będzie jakaś możliwość odwiedzenia szkółki.





O samej róży Souvenir de la Malmaison można napisać bardzo wiele. Wyhodowano ją we Francji w 1843 roku. Jej nazwa odnosi się zaś do słynnego rosarium Cesarzowej Józefiny. Róża z nagrodą Old Rose Hall of Fame. Całą resztę uwag chciałabym zostawić na moment, gdy się u mnie pojawi. Już się nauczyłam, że róże na balkonie zachowują się nieco inaczej, tak więc nie ma co tworzyć peanów na jej cześć lub wręcz przeciwnie, póki się nie przyjmie i nie pokaże co sądzi o swoim nowym miejscu. Jest dość delikatna więc trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość i uważność. Ale jeszcze jedną rzecz chciałabym napisać. Otóż Souvenir de la Malmaison Climbing jest sportem Souvenir de la Malmaison wyselekcjonowanym przez Charlesa Bennetta. Był to syn dobrze znanego angielskiego hodowcy róż Harrego Bennetta. Sam Charles Bennett był szkółkarzem i ogrodnikiem zaś ciekawostką jest fakt, że wyjechał do Sydney i przysłużył się swoją pracą rosarianom w Australii. Mnie zaś nazwisko Bennett kojarzy się zgoła z czym innym, chociaż są to tylko luźne konotacje ale za to bardzo przyjemne. Otóż Bennett to słynna rodzina z Dumy i Uprzedzenia - piękne, brzydkie, dobre, głupie i mądre panny Bennett w liczbie sztuk pięciu są bohaterkami tej najsłynniejszej powieści Jane Austin, skojarzeniowo zostajemy więc w starej dobrej Anglii nie tylko przez pochodzenie hodowcy wyodrębniającego sport ale również przez literaturę. Co ciekawe Jane Austin nie lubiła ogrodnictwa, co da się wyczuć w jej książkach. To równie wspaniała Hodgson Burnett była miłośniczką przyrody i napisała chyba najlepszą powieść jaką można poświęcić ogrodowi i samym różom w ogóle czyli "Tajemniczy Ogród". Obie lektury w sam raz na wiosnę, gdyby ktoś jeszcze nudził się w oczekiwaniu na nieco cieplejsze dni...





(ps: bardzo polecam kliknąć w wyżej wymieniony link - wspaniała kolekcja róż we włoskich ogrodach!)

Ja tymczasem jako pierwsza z moich sąsiadów wyciągnęłam skrzynki balkonowe i posadziłam w nich bratki i niezapominajki, które kupiłam wczoraj na rynku. Zastanawiam się czemu jeszcze nikt inny tego nie zrobił. Mam nadzieję, że nie pospieszyłam się zanadto i rośliny nie wymarzną. Obecnie jest tak sobie ale na szczęście przyszły tydzień zapowiada się u mnie ciepło, słonecznie i może Souvenir de la Malmaison Climbing akurat przyjedzie...

poniedziałek, 27 lutego 2017

Domowa półka z ziołami i smog...

Na balkonie za wiele rzeczy jeszcze nie można porobić, kilka dni temu ładnie sypnęło śniegiem i pojawiły się przymrozki ale na drzewach widać już pierwsze pąki. Miałam napisać, że wiosny poza tym jeszcze nie widać, ale dzisiaj muszę z całą gorliwością te słowa wypluć. Zdjęłam z górnej części donic agrowłókninę, kocimiętka i dzwonki postanowiły się już wybudzić a i Comte de Chambord wygląda tak jakby trzeba było ją niedługo ciąć. Przyniosłam do domu trochę gałązek i bazi. Dzisiaj prawie się zazieleniły.



Zawsze powtarzam, że dla róż na przednówku najniebezpieczniejsze są wczesno - wiosenne wichury a jakoś tych ostatnio nie brakuje, tak więc mimo całego swojego entuzjazmu staram się być ostrożna. Powoli rozglądam się za jakimś środkiem, który mogę użyć wiosną na czarnoplamistość, by wytłuc te zarodniki, które przezimowały a są takie niestety na pewno, gdyż moje róże choroba zaatakowała późnym latem. Tym razem dostawały po prostu sody. Efekt był umiarkowany ale nieco pomogło. Zgubiłam też gdzieś mój sekator i także muszę się wybrać po nowy. Jeśli taka pogoda utrzyma się dalej to jeszcze ze dwa tygodnie i trzeba będzie ciąć. Na razie najważniejsze by przy tej pogodzie koniecznie zdjąć z góry agrowłókninę i pousuwać te wszystkie śmieci, które zostały w donicach po zimie, zeschłe liście, mumie, jakieś połamane gałązki. Trochę tego jest. Jeśli nie będzie padać może zastosuję też Promanal.



Póki co wiosnę wprowadzam głównie na własne pokoje. Dostałam na mikołajki od męża książkę pt. "ogródek w doniczkach" i postanowiłam ją przetestować. Kupiliśmy półki - takie jakie zwykle służą do przechowywania płyt i pięć tych półeczek zostanie poświęcone moim eksperymentom a reszta rzeczywiście pójdzie na naszą całkiem pokaźną kolekcję filmów. Jak co roku zamówiłam sporo nasion z tą jednak różnicą, że większość z nich ma rosnąć docelowo w mieszkaniu. Są więc papryczki habanero - mieszanka 8 najostrzejszych papryk świata, w tym Trinidad Scorpion (już kiełkują!) - oraz papryczki Jalapeno, są pędy słodkiego groszku oraz mieszanka ziół i pikantnych sałat. Zamierzam do tego wszystkiego dodać jeszcze pędy kukurydzy. Co z tego wyjdzie nie wiem, nie obawiam się jedynie papryczek, bo one wychodzą zawsze. Póki co zaprawiam nasionka groszku i kukurydzy na pędy - właśnie się moczą, mają tak pozostać do 48 godzin.


Poza częścią roślin przeznaczonych do spożycia wzbogaciłam się jeszcze o kilka storczyków. Nie jestem miłośniczką storczyków, nie bardzo się na nich znam. Uważam, że jest to tak duża gałąź wiedzy, że nie chciało mi się po prostu jej zgłębiać. To rośliny chyba bardziej skomplikowane niż róże. Ostatecznie jednak bardzo spodobały mi się miniaturki. Wzięłam trzy. Jedną kwitnącą i dwie przekwitłe (ale za to w bardzo dobrej promocji) do "ratowania". Ponoć mają zakwitnąć za rok. Idealnie, bo będzie to akurat w najpaskudniejszej porze roku, więc takie ładne małe storczyki się przydadzą. Wzięłam również roślinę, na którą chorowałam od bardzo dawna, czyli jaśmin wielokwiatowy. Jest przepięknie utrzymany, zaraz będzie kwitnął. Bałam się że, nie będę miała mu jak zapewnić okresu spoczynku - na szczęście to jaśmin kwitnący zimą więc okazało się, że jeśli spędzi maj i kwiecień na balkonie będzie po kłopocie (o ile pogoda nie zwariuje w tym czasie). Co do wilgotności będzie miał idealnie, gdyż przeznaczyłam go do pokoju w którym mamy akwarium. Jest to najlepszy naturalny nawilżacz powietrza. Obawiam się, że może mieć tam jednak nieco za ciemno ale zobaczymy. Te kilka roślinek zakupiłam nie tylko ze względu na fakt, że w powietrzu czuć wiosnę. W powietrzu czuć niestety również smog. Popularny temat ostatnio. O ile z tym smogiem na dworze sami wiele nie zrobimy, to posiadanie dużej ilości roślin wpływa jednak na jakość powietrza w domu. Najlepsze są ponoć właśnie storczyki, paprotki, skrzydłokwiaty i bluszcze. Jeden skrzydłokwiat wystarczy na 10 metrów kwadratowych mieszkania, by poprawić jakość powietrza. Jak widać miłość do roślin daje jeszcze inne wymierne korzyści oprócz samej przyjemności obcowania z pięknem....

poniedziałek, 6 lutego 2017

Prognoza dla róż - kiedy rozpoczać sezon

Na jednym z facebookowych grup ogrodniczych część osób zadeklarowała już rozpoczęcie sezonu i pierwsze wiosenne opryski lub rzuciła się z nożycami na swoje rośliny. Być może w przypadku drzewek owocowych i pewnych krzewów to właściwie postępowanie, ja jednak w wypadku róż poczekałabym jeszcze przez dłuższy czas. Jedna zasada jest wspólna - część zabiegów należy przeprowadzić przed przebudzeniem się krzewu, co w hodowli donicowej może być dość trudne (przy budynku, pod agrowłókniną mamy w donicach nieco cieplej), na szczęście pewne czynności można wykonać również w fazie nabrzmiewania pąków. Należy jednak pamiętać o pozostałych wskazówkach dotyczących pielęgnacji róż na przedwiośniu. Opryski przeciwko zimującym przędziorkom i wełnowcom powinny zostać przeprowadzone przy ładnej suchej pogodzie w temperaturze około 5-12 stopni. Sprawa podobnie ma się do profilaktycznych oprysków przeciwgrzybowych. Dla Miedziana 50 WP właściwa temperatura to przynajmniej 6 stopni. Dobrze by było gdyby i dzień po oprysku utrzymywała się podobna pogoda. Tymczasem wyglądam za okno a tu nie dość, że temperatura waha się od -10 do 2 stopni to jeszcze albo mgła, śnieg albo mżawka. Biorąc się za opryski albo cięcie trzeba by zdjąć z róż donicowych agrowłókninę co przy zapowiedziach, że temperatura w nocy znowu zejdzie do -10 byłoby niebezpieczne. Patrzę na prognozę długoterminową i póki co wychodzi, że nie ma sensu rozpoczynać sezonu przed końcem lutego. Na najbliższe trzy tygodnie zapowiadają się silne przymrozki w nocy a w ciągu dnia będzie maksymalnie do 6-7 stopni w moim rejonie Polski.  Może marzec będzie bardziej sprzyjający. Wiadomo długoterminowe prognozy to nieco wróżenie z fusów, czas pokaże jak będzie naprawdę. Niemniej również cięcie róż w takiej temperaturze byłoby kiepskim pomysłem - późniejszy mróz mógłby pouszkadzać krzewy. Warto pamiętać, że niezawodnym miernikiem dla cięcia róż jest forsycja. Jeśli zaczyna robić się żółta to znaczy, że możemy przycinać.


Oglądałam ostatnio moje róże. Wszystkie wydają się w porządku z wyjątkiem Old Glory. Bardzo mi się ona nie podoba, mam wrażenie, że róża jest martwa. Wychodzi nieprzygotowanie do sadzenia w terminie, kombinowanie z sadzeniem i słynna wrażliwość tej odmiany... Kupiłam tę różę z myślą o łagodnych zimach  i ciepłych latach ale natura postanowiła spłatać mi figla i w tym roku wyjątkowo zafundowała nam ładną, polską zimę. Ale bardzo się na Old Glory uparłam. I tak ją będę miała. Sprawdziłam już ofertę rosarium na sezon donicowy - wychodzi, że najprędzej będzie dostępna pod koniec marca. Jeśli w tym czasie jednak róża posadzona w postaci korzenia odbije - trudno będę miała dwie i któraś pojedzie na wieś zdobić jakiś murek.


Dłuży się człowiekowi trochę ten luty, chciałoby się sprawdzić, czy wszystko z różami w porządku, czy nie myli się co do stanu swoich krzewów, poczuć już ciepłe powietrze i miękką ziemię w dłoniach. Póki, co pozostają kwiaty w domu. Bawię się więc w tym czasie sadząc pachnące hiacynty, szafirki i krokusy, robiąc z nich małe aranżacje... W sumie najciemniejsze miesiące i tak już za nami. Teraz będzie już tylko lepiej...




 

niedziela, 22 stycznia 2017

Dwa lata z miejskimi różami...

Zaraz mija druga rocznica mojego blogowania. Z tej okazji postanowiłam zrobić małe podsumowanie i odkopać moje najwcześniejsze zdjęcia.


Zaczynałam hodować róże mniej więcej w 2012 roku, o ile dobrze pamiętam, mając bardzo niewielką wiedzę na temat ogrodnictwa w ogóle a jeszcze mniejszą dotyczącą róż. Jak większość ludzi sięgnęłam po to, co miałam pod ręką czyli po mieszańce herbatnie, dostępne w większości popularnych sklepów ogrodniczych. Umyśliłam sobie różę pnącą na balkonie (chociaż ją kupiłam akurat w jakieś szkółce). Nawet do pewnego momentu to szło, póki róża nie zaczęła zamierać. Próbowałam również hodować różę pomarszczoną w donicy. Całość moich prób wyglądała mniej więcej tak:


Nie był to efektowny widok. Zresztą róże w końcu padały. Jedne z powodu błędów w kwestii zimowania, podlewania i generalnie pielęgnacji a inne z powodu chorób grzybowych, z którymi nie miałam pojęcia jak walczyć. Pamiętam, że gdy zamarła moja róża pnąca byłam bardzo rozgoryczona. Tym bardziej, że kwitła dość ładnie jakieś dwa lata. Niemniej z perspektywy czasu była to najlepsza rzecz jaka mogła mi się przytrafić. W tym samym momencie rozkwitła już licząca kilka dobrych lat babcina Celeste, której wcześniej jakoś nie zauważałam i zainspirowała mnie do zupełnie nowych poszukiwań. W ten sposób odkryłam moim zdaniem najlepsze z róż - róże historyczne. Rok później zaczęłam prowadzić zaś bloga, pragnąc podzielić się ze światem pięknem zapomnianych róż starych.


Nieocenioną pomocą okazała się wówczas strona Pana Mariana Sołysa "Moje Róże, Moja Pasja". Dopiero po tej lekturze dotarło do mnie, że moje porażki mogą być spowodowane niewłaściwym doborem odmian do donic. Róże są okropnie wybredne i nie zawsze, to co wsadzimy do donicy, będzie zadowolone z miejsca i warunków. Pewnych rzeczy przeskoczyć się po prostu nie da.  Pierwszą moją różą historyczną została Comte de Chambord i była to dobra decyzja. Obecnie to jedyna róża, którą zachowałam przez te wszystkie lata, co tylko świadczy o tym jak mocna i wyjątkowa to odmiana.

W każdym razie od tego momentu kiedy posadziłam róże historyczne mój balkon zaczął wyglądać zdecydowanie lepiej. Warto też zauważyć, że róże nostalgiczne, historyczne czy angielskie mają po prostu lepsze, pełniejsze kształty i są dużo ciekawszą ozdobą niż masówki z supermarketu. Możecie to łatwo porównać patrząc na zdjęcie moich pierwszych róż i zdjęcia późniejszych. 


W zeszłym roku niestety straciłam kilka róż ze względu na przeprowadzkę ale do mojej kolekcji dołączyły za to róże angielskie, czyli mieszańce róż historycznych i mieszańców herbatnich, floribundy etc. Okazało się, że świetnie czują się w nieco cieplejszych temperaturach jakie stwarza im uprawa w donicy na balkonie. Jestem z nich bardzo zadowolona, chociaż są również podatne na mączniaka i czarną plamistość.


Przez ten cały czas przewinęły się u mnie następujące odmiany: Comte de Chambord, Mmme Isaac Pereire, Rosa Mudi, Rose de Rescht, Glamis Castle, Mary Rose, Swany, Celeste, Souvenir de la Malmaison, Gloire de Dijon. Delikatną Mmme Isaac Pereire oraz Swany straciłam przy przeprowadzce zaś Rosa Mundi przez błąd przy sadzeniu (prawdopodobnie zawinęłam korzenie, co zemściło się w trakcie upałów). Rose de Rescht trafiła ostatecznie na wieś. Kilka innych odmian od początku przeznaczyłam do wiejskiego ogrodu np: Koszuty, Zigeunerknabe, Capitan Williams czy Summer Song. Część róż wciąż testuję czy nadadzą się do donic. W zeszłym roku postanowiłam zaryzykować i sprowadziłam właśnie Souvenir de la Malmaison oraz Old Glory. Co z tego będzie czas pokaże... 

Jednego jestem pewna. Róże chociaż wymagające są dużo okazalsze niż inne balkonowe, kwiatowe propozycje (chociaż mogą się pięknie z nimi dopełniać). Są wyjątkowo urokliwe, pachnące i stanowią pewnego rodzaju przygodę. Nie da się ich trzymać bez pasji i z obojętnością tak jak wiszących letnich koszów petunii czy doniczek z pelargoniami. Róża domaga się atencji. W zamian jednak sprawi, że będziemy z niecierpliwością wyglądać letnich miesięcy a każde kwitnienie stanie się naszym małym świątecznym wydarzeniem...





niedziela, 8 stycznia 2017

Wybredne sikorki - czyli karmienie ptaków w mieście...

Zima rozpanoszyła się za oknem. Sikorki mają u mnie stołówkę. I w trzech innych karmnikach w bloku. W mieście chyba nie mają źle, bo pożywienia jest sporo. Zauważyłam, że bywają dość wybredne. Jeśli chcemy by były częstymi gośćmi trzeba zaoferować im coś ekstra. 


Tłuszczowych kul, które można kupić w sklepach zoologicznych czy nawet w marketach raczej nie ruszą. U sąsiada taka kula wisi od dłuższego czasu i nie wzbudza większego zainteresowania. Przypuszczam, że dają do tego jakiś kiepski łój, którego dziki ptak nie ruszy chyba, że nie ma wyjścia. Robię więc takie kule sama.


Topię niesoloną zwykłą słoninę, mieszam w niej ziarno słonecznika, karmę dla ptaków dzikich, mrożone owoce aronii i dla zagęszczenia nieco pełnoziarnistego chleba. Gdy potrawka wystygnie a konsystencja przypomina gęste ciasto nakładam ją łyżką do folii aluminiowej i formuję w kule. Wkładam do zamrażalnika i wyciągam kiedy potrzebuję. Odrywam folię i zawieszam na wstążkach. To bardzo ładna ozdoba. Co roku robię wieniec dla ptaków ozdobiony takimi kulami i wywieszam go w święta. To taki mój własny świąteczny zwyczaj - inspirowany pewnym fragmentem "Dzieci z Bullerbyn", w którym to tata Lisy wyciągał w wigilię snopki zboża dla ptaków i wieszał je na drzewach. 



Sikorki chętniej lecą do takich kul ale bez szału. Szczególnie na początku zaraz po wystawieniu kule są atrakcyjne ale następnego dnia już tylko trochę je poskubią. To co sprawdza się najlepiej to niesolony (ptaki bardzo chorują od soli w pożywieniu, trzeba na to uważać) łuskany słonecznik. Nie żadna karma dla ptaków tylko ziarenka do chrupania dla ludzki - to najbardziej im leży. Podobnie zresztą z dynią. Ale na słonecznika niełuskanego dla ptaków też się skuszą. Sąsiad gości je takimi ziarnami i też ma zawsze ruch. Dobra jest karma dla kanarków - przyciąga nie tylko sikorki, chętnie przylatują na nią kowaliki. Bardzo piękne drobne ptaki.


Osobną kwestią jest sam karmnik. Wiadomo w mieście jest olbrzymia ilość gołębi, które wyjedzą w pięć minut z karmnika wszystko co wyłożysz tam dla małych ptaków o ile tylko to żywność nie będzie zepsuta. Moi sąsiedzi radzą sobie z tym problem używając wiszących tub. To fajne rozwiązanie, nawet dla dzięciołów, ale ja wciąż nie tracę nadziei, że znowu zobaczę grubodzioba wolę więc tradycyjny karmnik. Kupiłam mały, wydawało mi się taki w sam raz, żeby wcisnął się tam grubodziób a gołąb nie. Niestety gołąb potrafi się tam zawiesić i wcisną samą głowę. Przewiązałam więc karmnik wstążkami. Pomaga dużo lepiej niż stosowanie drutów (próbowałam).


Jest jeszcze jedna rzecz o której zwykle zapominamy instalując karmnik. Woda. W taki mróz ptak łatwiej znajdzie pożywienie niż wodę. Dwa razy dziennie wystawiam więc niewielki plastikowy pojemnik z wodą. Stawiam go w miejscu, gdzie latem stoją wąskie doniczki z ziołami. Ma do niego dostęp każdy ptak mały czy duży. Woda po godzinie zamarznie ale jest tak chwila, by ptaki mogły z niej skorzystać jeśli tylko chcą. Przed wieczorem wybieram lód i ponownie napełniam pojemnik wodą. Dzięki temu moja westka nie nudzi się, gdy jest sama w domu. Ma swoją psią telewizję za oknem. 


Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

Zezwalam na korzystanie ze zdjęć, których jestem właścicielką do użytku niekomercyjnego, szczególnie zaś w celu propagowania wiedzy o różach i ich hodowli.
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *

Back
to top