niedziela, 4 grudnia 2016

Jesienne sadzenie róż...

W wypadku róż wsadzanych do donicy trzymam się starej zasady mówiącej że, róże przybywające do nas w postaci gołego korzenia sadzimy jesienią. Wtedy również przesadzamy róże o ile mamy taką potrzebę. Tak naprawdę dobry okres na sadzenie róż wypada pomiędzy październikiem a styczniem - wszystko zależy od pogody i tego czy temperatura jest plusowa. Obecnie aura zrobiła się zdecydowanie zimowa ale jeszcze dwa tygodnie temu było całkiem sprzyjająco. W wypadku róż w donicach mamy trochę łatwiej, gdyż nie grozi nam raczej zamarznięta ziemia (acz też nie jest do końca ulgowo, bo róże trzeba przecież namoczyć).


Jakiś czas temu dotarły do mnie dwie zamówione odmiany Souvenir de la Malmaison i Gloire de Dijon - niestety nie udało mi się ich wsadzić do donic w sposób podręcznikowy i modlę się, by tym wrażliwym odmianom moje cudowanie nie zaszkodziło. W wersji idealnej sadzenie róż powinno wyglądać mniej więcej tak:

- Korzeń odwijamy z folii (jeśli na korzeniach jest torf można go nieco rozkruszyć) i moczymy w wodzie od godziny nawet do 24h. Im lepsza pogoda tym dłużej korzeń może naciągać w wodzie. 

- Przygotowujemy na tyle dużą donicę, by korzeń zmieścił się tam bez zawijania, podpierania, skracania etc. Zwykle wystarczy 13 litrów o średnicy 30 cm - ja tym razem specjalnie dla Gloire de Dijon poszalałam i dałam jej doniczkę 21 litrów ale dlatego, że to kapryśna róża pnąca.

- Przekuwamy spód donicy, żeby zrobić otwory przez które będzie uchodził nadmiar wody. Spód donicy wykładamy kermazytem albo polnymi kamieniami.

- Stopniowo przysypujemy korzeń ziemią, tak by cały został okryty. Nie mam jakiś specjalnych wymagań co do ziemi. Używam zwykłej ziemi ogrodniczej - róże na wiosnę i tak dostaną ode mnie nawóz, a nawożenie róż o tej porze roku nie jest mądre, gdyż nie pomaga różom w zasypianiu.

- Podlewamy. Oczywiście nigdy, przenigdy nie podlewamy róż przy temperaturze minusowej (tyczy się to również róż, które okryliśmy i przechowujemy je przez zimę na tarasie).

- Cały ten proces należy wykonać kiedy pogoda jest dość łagodna, żeby róża zdążyła nieco się zakorzenić w nowym miejscu. Po posadzeniu róż powinniśmy okryć donicę pianką, folią albo agrowłókniną jeśli wiemy, że temperatura ma spaść poniżej zera.

Tyle teoria - tymczasem w praktyce nie wyszło zbyt pięknie... Powiem szczerze, że po prostu nie spodziewałam się kuriera z dostawą tak wcześnie (wypadał wtedy drugi tydzień października) i byłam zupełnie nieprzygotowana. Dodatkowa  paczka z korzeniami krążyła po różnych punktach, bo w odpowiednim czasie nie zdążyłam jej przekierować a przecież ulubioną porą kurierów jest godzina 11:00 kiedy to wszyscy domownicy są w pracy. Tak więc dostałam moje wytęsknione odmiany a nie miałam ani ziemi ani donic i niestety nie mogłam ich od razu przygotować. Nie byłoby tak źle gdyby korzenie były zabezpieczone torfem ale niestety tym razem dostałam je okryte jedynie folią. Ponieważ dzięki Bogu nie było mrozu postanowiłam wstawić korzenie do wody na 24 godziny. W tym czasie udało mi się kupić dwie zwykłe duże donice i ziemię ogrodniczą. Docelowe donice niestety miały do mnie dopiero dotrzeć. Korzenie musiałam więc umieścić trochę pod skosem w donicach i zasypałam je ziemią. Oczywiście okazało się, że ziemi przywiozłam za mało. Jak pech to pech. Po kilku dniach w końcu dosypałam odpowiednią ilość ziemi i donice zostały umieszczone przy ścianie. Od tego momentu róże były już bezpieczne i mogły poczekać sobie aż, przyjadą zamówione wysokie pojemniki.

Ostatnio miałam niewiele czasu ale wczoraj wreszcie ostatecznie udało mi się zrobić z donicami porządek. Wygląda na to, że  Souvenir de la Malmaison  dobrze się przyjęła ale z Gloire de Dijon może być różnie. Jeśli padła i tak nie zamierzam się poddawać. Uparłam się na tę odmianę, nawet jeśli miałabym ją sadzić drugi raz. Bardzo chcę zobaczyć, jak będzie u mnie rosła. Było trochę mroźno ale na moim balkonie temperatura wynosiła cały czas od zera do pięciu stopni. Pod daszkiem, przy ścianie to wszystko przebiega nieco łagodniej...  Niemniej dopiero wiosna pokaże, jak naprawdę obie odmiany się przyjęły...


poniedziałek, 17 października 2016

Przygotowanie róż w donicach do zimy..

Bardzo lubię planować na nowy sezon tym razem więc nieco mojego gdybania a także kilka słów na temat zimowania róż. W październiku sporo ludzi zastanawia się co zrobić ze swoimi różami w donicach, szczególnie jeśli tak jak ja, nie mają miejsca do ich przechowywania (piwnica w końcu duża ale co z tego skoro bez okien). W zeszłym roku róże o tej porze roku były już owinięte na zimę ale tylko dlatego, że przenosiłam je do kogoś na przechowanie i nie miałam innego wyjścia. Teraz kiedy nie ma żadnej wyższej konieczności by tak postąpić, moje róże mają wreszcie czas, by wejść  w sezon jesienno-zimowy. Najważniejsza rzecz tycząca się starych róż to dać im na razie spokój, pozwolić żeby zasnęły i pogubiły liście. Wiadomo - nie wolno nawozić róż jesienią ale przy różach starych i angielskich pamiętajmy również o tym aby ich nie ciąć. W przeciwieństwie do mieszańców herbatnich cięcie wcale nie pomoże im przezimować a zamierzony efekt będzie raczej odwrotny. Róż w donicach na razie nie ma sensu jeszcze okrywać - ja zwykle okrywam swoje róże w listopadzie, wiadomo wszystko zależy od tego jaka jest pogoda, poranne przymrozki na minusie też nie są jeszcze powodem do paniki. Podlewam róże już dużo skromniej i zastanawiam się nad ewentualnym opryskiem przeciwgrzybowym, żeby wytłuc jeszcze część zarodników. W tym roku przez te całe przeprowadzki to był istny armagedon a ponieważ zarodniki grzybów powodujące choroby zimują, trzeba będzie podjąć jakieś kroki zaradcze albo teraz albo na wiosnę. Wredny przędziorek też pewnie złożył swoje jaja ale na niego mam Promanal.


A tak naprawdę mimo, że pogoda wpędza nas obecnie do domu, a już szczególnie mnie przegania z dworu  (chyba głównie przez tę nagłą zmianę  z 30 stopni we wrześniu do 4 stopni w październiku) to przecież właśnie czekamy na dostawy róż w postaci korzenia i już wkrótce będziemy sadzić nowe odmiany i wprowadzać zmiany. Sporo ludzi sadzi również rośliny cebulowe w listopadzie. To taka miła myśl przy tej całej zamierającej przyrodzie, wokoło spadających liści, pogłębiającego się zmroku - że jednak właśnie teraz wprowadzamy do naszych ogrodów nowe życie, musimy po prostu być cierpliwi i zaufać naturze.

Do moich róż dołączą dwie odmiany stare Souvenir de la Malmaison i Old Glory. Rose de Resht zostanie w listopadzie zawieziona z kolei na wieś. Mam nadzieję, że tam sprawdzi się bardziej. Aby zrobić miejsce dla nowych odmian postanowiłam przesadzić Comte de Chambord. Dostanie  dużą ale zwężaną donicę i mam nadzieję, że pomoże to zagospodarować przestrzeń w wygodniejszy sposób. Prawda jest taka, że powinnam odmłodzić na wiosnę Comte de Chambord - ta róża już trochę u mnie jest, ze cztery lata jej zeszły jak nic. Myślę, że przydadzą się jej zmiany. To nie jest różą pnąca ale chciałabym ją poprowadzić trochę w górę, żeby obrosła słupek wokoło mojego daszku. Razem z Souvenir de la Malmaison i Glamis Castle będzie tworzyła mały narożnik mam nadzieję, że intensywnie pachnący acz w subtelnych jasnych barwach, bieli i różu. Po drugiej stronie będzie zaś rosła Mary Rose i Glorie de Dijon czyli mocno słoneczna kompozycja również pachnąca. Do donic zaś pójdzie trochę roślin cebulowych - uwielbiam kosaćce i bardzo ciekawi mnie jak ich wersje miniaturowe będą sprawdzały się w skrzynkach...Ale tego dowiem się dopiero na wiosnę. ..

sobota, 1 października 2016

Jesienne zakupy - Gloire de Dijon czyli wyjątkowa róża ze starej Anglii...

Ponoć gdzieś około 1876  Rev. H. H. Dombrain zadał towarzystwu National Society of Rosarians następujące pytanie: A gdyby można było posiadać tylko jedną różę? Towarzystwo odpowiedziało wówczas bardzo zgodnie, że byłaby to Gloire de Dijon.

Zakup Gloire de Dijon to jeden z moich dziwniejszych pomysłów. Nigdy nie miałam róż Noisette. Zupełnie się na nich nie znam. Do tego zamierzam wsadzić ją do donicy. Ale... Nie mogłam się jej oprzeć. 

Róża Gloire de Dijon nazywana jest również Old Glory. Chociaż jest dziełem Francuza Henriego Jacotota to zasłynęła jako róża starej Anglii - była ukochaną różą ery wiktoriańskiej i zdobiła liczne, angielskie domy. Pachnie owocami i herbatą. Kwitnie w zależności od pogody i humoru ale obficie. Czasami zachowuje się jak typowo jesienna róża w innym wypadku powtarza kwitnienie. Może kwitnąć dopiero na drugi rok. Kwiaty są niezwykłe i jakby nieco zmięte. Ich kolor jest zmienny od łososiowego po delikatny róż. W ciepłym klimacie dorasta nawet do pięciu metrów.



Problem z tą różą jest jednak taki, że podobnie jak większość róż Noisette, woli łagodniejszy klimat. Nie lubi deszczu, jest podatna na czarną plamistość i często wymarza. Nie zawsze chce kwitnąć i jest dość wymagająca.



Nie wiem, czy ktokolwiek próbował hodować tę różę w donicy w naszym klimacie na balkonie lub tarasie - jeśli ktoś taki jest niech się zaraz ujawni i opowie o swoich doświadczeniach - jeśli nie, cóż będę pierwsza i zobaczę co z tego wyjdzie. Róża pnąca niedostosowana do polskiego klimatu w uprawie donicowej wydaje się bardzo głupim pomysłem ale mam na swoją obronę kilka argumentów.  Miałam już dwie róże pnące w donicach, skończyło się to co prawda tragicznie ale niekoniecznie przez donicę. Tym razem zamierzam dać korzeniom nieco więcej przestrzeni niż zrobiłam to przy Mme Isaac Pereire. Old Glory wyznaczyłam miejsce przy wysokich barierkach, gdzie mogłabym ją prowadzić - miejsce jest osłonięte, przy ścianie południowo-zachodniej a do tego wszystkiego zabezpieczone przed deszczem spadzistym daszkiem. Moje róże na zimę zawsze okrywam bardzo porządnie. Niektóre balkony mają swój mały mikroklimat, co sprawia, że jest na nich dużo cieplej niż w pobliskim parku czy ogrodzie. Glamis Castle która zachowuje się u mnie niczym w rodzinnej Anglii (i kwitnie nawet w tym momencie, już przestałam liczyć, który raz od pierwszego kwitnienia a pogoda dalej jej sprzyja) dała mi nadzieję, że i Old Glory będzie czuła się u mnie nieźle, jeśli tylko będę dbała o jej okrycie i dam jej wystarczająco dużą donicę. Grzechem byłoby w każdym razie nie spróbować.



Tymczasem inny los spotka Rose de Rescht, która przy najbliżej okazji pojedzie na wieś. Niby róża polecana do donic, niby odporna na ciepło a jakoś mam wrażenie, że dusi się w donicy i zdecydowanie wolę dać jej więcej przestrzeni w ogrodzie. Szkoda, by tak pachnący krzew miał się zmarnować. Zastąpi ją zaś Souvenir de la Malmaison czyli z dawna upatrzona przeze mnie róża. Niejako przypadkiem Souvenir de la Malmaison jest matką Gloire de Dijon. Najwyraźniej pod wpływem zakupionych w zeszłym roku Austinek, podświadomie zapragnęłam by mój balkon stał się bardziej wiktoriański... Przyszły sezon pokaże jak wyjdzie to w praktyce.

niedziela, 18 września 2016

42 Święto Róży w Kutnie

Kto spodziewał się święta odpowiadającego jego oprawie marketingowej z pewnością wrócił z uczuciem niedosytu i rozczarowania. Aby oddać sprawiedliwość należałoby powiedzieć osobno o dwóch sprawach: o wystawie róż w Kutnowskim Domu Kultury i o Jarmarku Różanym.

Zacznijmy może od plusów Święta Róży czyli od samej wystawy. Warto było przejechać kawał drogi, żeby zobaczyć ( i powąchać) takie sławy jak Agusta Luise czy Leonardo da Vinci.



Jeżeli mogę mieć do tej wystawy jakieś zastrzeżenia to będą się tyczyły one zasadności hasła pod którym się ona odbywała. Sama nazwa "w ogródku Pana Szekspira" pasowała do tego wszystkiego o tyle, że królowały róże nostalgiczne w stylu starych róż - ale po nazwie można było się spodziewać nieco więcej angielek a było ich zaledwie kilka, zaś róż starych nie było chyba wcale, ja przynajmniej nie zauważyłam ani jednej. A przecież nie wszystkie nie kwitną o tej porze roku. Myślę że, znalazłyby się jakieś godne prezentacji.




Wydaje się, że zdecydowana większość prezentowanych na wystawie róż była autorstwa Kordes lub Tantau. Może jestem przewrotna ale w tym wypadku należałoby zastanowić się, czy "w ogródku Pana Goethego" nie byłoby właściwszą nazwą chociaż domyślam się, że "W ogródku Pana Szekspira" brzmiało bardziej chwytliwe. Niemniej semantyka nie sprawi, że róże były mniej piękniejsze i mniej pachnące acz osobiście życzyłabym sobie więcej angielek. Niewątpliwą zaletą wydarzenia było pojawienie się róż polskich twórców takich jak Venrosa czy Szekspir. Róże polskie wciąż nie są tak popularne jak na to zasługują, nie mówiąc już o tym, że stanowią nasz wkład w historię róż, tak więc promowanie ich przy okazji takich wydarzań wydaje się bardzo zasadne. Trochę zarzutów mam jeszcze co do przestrzeni i wyeksponowania odmian, przynajmniej niektórych. Róże były chyba nieco za mocno upchnięte ze sobą. Czasami z tych ogromnych bukietów ciężko było dostrzec wszystkie odmiany i każdą ocenić. Zdarzało się, że róże o jasnych kolorach gdzieś tonęły przytłoczone karminowymi sąsiadkami tym bardziej, że tłum był dość spory. Nie mniej wystawa i tak robiła wrażenie, róże były porządnie i czytelnie opisane a spotkałam się już z przypadkami, że można zrobić wystawę róż bez podania nazw odmian. Fajnym pomysłem było również zaprezentowanie ciekawostki różanej jaką jest rosa sericea i jej niezwykłe kolce.



Jeśli chodzi zaś o Jarmark Różany to właściwie należałoby go przemilczeć. Wśród kilkuset stoisk może kilkanaście było ogrodniczych. Nie było ani jednego stanowiska ze sprzętem ogrodniczym, donicami, nawozami etc. Na kilku stanowiskach z różami nie pokuszono się nawet o opisanie nazw odmiany. Zapytany sprzedawca nie potrafił odpowiedzieć jakie odmiany posiada. Na innym stoisku sprzedawano róże w postaci korzenia bez żadnego zabezpieczenia, co jest fajne jeśli mieszkamy gdzieś w pobliżu i mamy możliwość szybkiego posadzenia takiej róży. Jeśli musimy przewieść różę np. 300 km (jak moi teściowie) to mamy bardzo małe szanse na jej dowiezienie. Nie każdy o tym wie. Jedyne dwa profesjonalne stanowiska czyli Rozarium Pana Choduna i Rosa Ćwik nie miało odmian starych - z angielkami również kiepskawo (nie mogę mieć o to pretensji, stanowiska odzwierciedlały po prostu wystawę). Na stoisku poprosiłam więc o coś dobrego do donicy w typie starej róży, fajnie jeśli można by prowadzić ją jako pnącą. Zaproponowano mi Guirlande d'Amour. Pomijając kwestię, że tego typu kwiaty nie są moimi ulubionymi, podano mi krzew oblepiony na pąkach uroczą...mszycą. Rozarium Pana Choduna ma naprawdę świetną opinię, więc poczułam się lekko skonsternowana i nie będę tego dalej komentować, uznam to za wypadek przy pracy...




W Rosa Ćwik zadałam to samo pytanie. Pani zaproponowała mi jakieś Kordesy. Przy głębszej rozmowie okazało się, że z zapachem u nich średnio albo wcale, mrozoodporność taka sobie a jak się będzie róża czuła w donicy to właściwie w ogóle nie wiadomo. 

Wiem, że jestem trudnym klientem, ze specyficznym gustem. Z rozczuleniem myślę teraz o moich ulubionych szkółkach, gdzie nawet jak czegoś nie ma, zawsze dobiorą mi coś odpowiedniego albo pomylą się tak, że i tak sprawią mi tym przyjemność. Może to siła zamówień przez internet gdzie sprzedawca ma jednak dostęp do całego asortymentu i chwilę, żeby zastanowić się czego oczekuje klient. Wiadomo, że na straganie gdzie kręci się tłum ludzi, z czego połowa sama nie wie czego chce, bywa różnie. 

Przynajmniej teściowej udało się kupić porządne cebulki narcyzów ale chyba nie po to na Jarmark Różany przyjechaliśmy...

niedziela, 11 września 2016

Róże o długim kwitnieniu...

Zgodnie z obietnicą daną little things przygotowałam na dzisiaj mały przegląd róż wielokrotnie powtarzających kwitnienie lub właściwie kwitnących ciągle w jasnych, pastelowych kolorach. Na liście nie będzie Mary Rose ponieważ opisywałam ją w kilku wcześniejszych postach.

Zanim jednak przejdę do wybranych odmian poświęcę kilka słów samemu kwitnieniu. Zdecydowana większość odmian obficie kwitnących będzie miała swoje krótkie okresy spoczynku, po których następuje kolejny "wybuch" kwiatów. Nieliczne odmiany jak np. Mayflower będą posiadały kwiaty praktycznie stale. Jak pokazuje doświadczenie kwitnie jest jednak sprawą względną. Tak naprawdę to czy róża będzie kwitła u was ciągle zależy tyle samo od jej predyspozycji co i warunków panujących w waszych ogrodach albo tarasach. Dobrym przykładem jest moja Glamis Castle. Pan Marian Sołys autorytet wśród rosomanes opisuje tę różę jako kiepsko powtarzającą kolejne kwitnienie zaś sam autor odmiany określa ją jako bezproblemowo kwitnącą. W mojej donicy Glamis Castle jest  różą kwitnącą ciągle. Nie jest to odmiana tak ekspansywna jak Mary Rose, której przyrost jest wręcz imponujący ale po ścięciu przekwitłych kwiatów co chwilę mam nowe pąki. I nie są to małe kwiaty (niektóre róże mają tendencję do skromniejszych kwiatów przy kolejnych kwitnieniach) lecz dorodne białe pąki wielkości piąstki. Przypuszczam, że akurat ta odmiana lubi ciepło, którego na moim balkonie jej nie brakuje. Tymczasem w drugą stronę Rose de Resht róża z reguły silnie kwitnąca, powtarza u mnie kwitnienie w bardzo wymęczony sposób - ta róża w tym sezonie mocno choruje i cudem ją uratowałam. Ale róża wcale nie musi być chora żeby jej kwitnienie było zaburzone - wystarczy, że będzie miała u was trochę więcej cienia, będzie trochę za zimno albo na odwrót i już może nie pokazać pełni wdzięku. Róże to kapryśnice. Są również kwiatami sezonowymi. Kwitną od maja do października przy czym jedne odmiany kwitnienie zaczynają wcześniej i mogą wcześniej je skończyć inne zaś zakwitną później i będą cieszyły oko aż do końca jesieni. Moja najstarsza róża Comte de Chambord zaczyna kwitnienie już pod koniec maja, potem kwitnienie powtarza i konsekwentnie odmawia współpracy z nastaniem września, tak więc wybierając odmianę musimy się zastanowić czy szukamy kwiatów lata czy ozdoby jesiennej rabaty.

Te kilka obiecanych obficie kwitnących odmian starałam się wybierać spośród róż, które znam - odmian stale kwitnących róż jest multum, szczególnie wśród róż współczesnych, ja pragnę polecić te bliskie mojemu sercu.

 Mme Boll w towarzystwie Raphsody in Blue
źródło zdjęcia: pl.pinterest.com/pin

- Mme Boll - nie wiem czemu ciągle zapominam o tej róży, może właśnie dlatego, że jest ona tak podobna do Comte de Chambord i nie chcę wprowadzać drugiego podobnego krzewu, szczególnie kiedy kończy mi się miejsce, więc wyrzucam ją jakoś z pamięci.  Jest to remontantka o silnym zapachu. Kwitnie cały sezon ale należy przycinać przekwitłe kwiaty. Nawiasem mówiąc za każdym razem tak postępuję, czy róża ma zdolność do samooczyszczania czy nie. Zauważyłam, że bardzo pozytywnie wpływa to na kwitnienie. Kwiaty obcinam w momencie, kiedy część płatków zaczyna już opadać. Mme Boll to róża, która lubi ciepłą słoneczną pogodę, więc musi mieć dobre warunki, by pokazać pełnię swego piękna.  
źródło zdjęcia: http://www.rightplants4me.co.uk

- The Mayflower - róża angielska o zapachu dzikiej róży kwitnąca z równym uporem co Mary Rose, chociaż nie tak obficie. Ponoć okres kwitnienia ma bardzo długi nawet od maja aż do października. Również nie przepada za deszczem, przy wilgotnej pogodzie kwiaty mogą zamieniać się w mumie.


- Heidi Klum -  chociaż może nie do końca odpowiada ona wymienionym tu wymaganiom kolorystycznym, bo to róża o ciemniejszej barwie, którą określiłabym jako lilia-róż ta odmiana zrobiła na mnie duże wrażenie swoją żywotnością. Kwitnie stale i to naprawdę okazałymi pachnącymi kwiatami. O tej porze roku wcale nie ubywa jej piękna. Tworzy niski krzew do pół metra wysokości. Jeśli ktoś gustuje w różach nowoczesnych Heidi Klum wydaje się być dobrym wyborem.


-Augusta Luise - zachwalano mi tę różę jakiś czas temu ale dopiero niedawno miałam okazję przyjrzeć się jej z bliska. Przede wszystkim godny uwagi jest kolor tej róży i kształt kwiatu. Rozłożysta i jakby pofalowana w kilku ciepłych pastelowych odcieniach naraz. Ponoć róża ta czerpie wzorce z odmian starych dla mnie zrobiła wrażenie róży na wskroś nowoczesnej ale o romantycznych korzeniach. Taka schabby chic wśród róż. Ma ładny zapach i również jest bardzo żywotna, pięknie i stale kwitnie. Jeśli kolor Heidi Klum nie przypadnie wam do gustu ponieważ wolicie coś łagodniejszego, można wówczas sięgnąć po Augustę Luise.  Ponadto ponoć dobrze rośnie w donicy.



-Glamis Castle - nie mogłabym jej pominąć. To kremowa róża o ciepłym odcieniu, w której jestem absolutnie zakochana od kiedy zakwitła. Uwielbiam jej wyjątkowy zapach słodyczy, jakbym czuła na niej cukierki. Przepięknie komponuje się z błękitną i różową szałwią omszoną ale nie radzę sadzić ich razem w donicy, ponieważ szałwia może ją nieco przydusić. Ja zrobiłam ten błąd i musiałam szybko przesadzać kępy szałwii. Teraz Glamis Castle rośnie w towarzystwie młodej kocimiętki na wszelki wypadek wkopanej w drugą małą donicę. Wspaniała róża o ciężkich pełnych kwiatach z tym właśnie "ale" że, ponoć nie wszystkim chce ona tak ładnie kwitnąć.

źródło zdjęcia: pl.pinterest.com/pin

-Lady of Shalott - kolejna angielka o bardzo romantycznej nazwie. Jedna z ulubionych róż mojej teściowej to zaś przez delikatny morelowy kolor. Kwitnie od czerwca do października. Zapach ma korzenny i umiarkowany. Mocno się krzewi i moim zdaniem podobnie jak inne róże angielskie w tym typie powinna być wyeksponowana w ogrodzie - może to tylko moje wrażenie ale takie angielki z kulistymi kwiatami na rabatach wydają się nieco stłumione i gorzej rosną przy konkurencji innych róż współczesnych. W przestronnym i słonecznym miejscu będzie prezentowała się atrakcyjnie. W ogóle ma coś pięknego w kształcie kwiatu, który zdaje się podlegać ciągłym przemianom. 


- Crown Princess Margareta - skoro już jestem przy temacie ulubionych róż mojej teściowej, zaproponuję jeszcze jedną różę z tej kategorii. To podobna róża, żółto-morelowa ale może być prowadzona jako róża pnąca. Lubi miejsca mocno nasłonecznione, pachnie owocowo. Dorasta aż do 1,8 metra. Tworzy potężny krzew. Kwiaty nadają się do wazonu.


- Abraham Darby - klasyk wśród róż angielskich. To żywotna róża w kolorze od jasnego różu do morelowego o pachnących owocowych kwiatach. Również może być prowadzona jako róża pnąca. Co prawda zdania co do niej są podzielone, ponoć jej kolor jest nieco wyblakły acz ma tę zaletę, że zniesie nawet cień.