featured Slider

Mikoryza dla róż w donicach - działa czy nie?

Róża na parapet - hybrid hulthemia persica

Róże zakwitają o poranku...

Na chwilę przed kwitnieniem...

Aplikacja PlantSnap - czy warto?

piątek, 12 lipca 2019

Mikoryza dla róż w donicach - działa czy nie?

Fachowo mikoryza to "powszechnie występujące zjawisko polegające na współżyciu korzeni lub nasion roślin naczyniowych z grzybami"* a szczepionka mikoryzowa, to nic innego jak zarodki grzybni, przyjazne poszczególnym roślinom. 

Co ma to dać naszym różanym krzewom? Tak jak w wypadku ludzkich probiotyków, pomoże ograniczyć rozwój wrogich grzybów, patogenów i wzmocnić naturalną odporność róży, co z kolei wpłynie na jej rozwój i kwitnienie. 

I o ile nikt nie przeczy temu, że jest to pozytywne zjawisko, przynoszące znaczne korzyści w naszych ogrodach, o tyle w stosunku do róż donicowych panuje opinia, że raczej nie daje to dużego efektu i nie warto jej stosować. Pozwolę sobie się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. W wypadku róż rosnących w donicach jest wiele "ale", jednak nie jest tak, że mikoryza jest zupełnie bezużyteczna. Wręcz przeciwnie! Może uratować chore i osłabione krzewy, chociaż przypomina to trochę grę w totolotka.


Kwitnąca róża mchowa - po podaniu w tym roku mikoryzy. Po przekwitnięciu wypuściła kilka ładnych nowych pędów.

Ze względu na krążącą negatywną opinię, dość długo się wahałam z podaniem szczepionki ale w okolicach kwietnia wszystkie moje róże dostały mikoryzę dla róż w granulacie. Jest tańsza i ponoć skuteczniejsza od mikoryzy w płynie (ale to opinia "obiegowa" więc polecam każdemu zrobić własny research, w każdym razie ja byłam zadowolona z granulatu). Już po miesiącu było widać pierwsze efekty i utrzymują się one właściwie do dnia dzisiejszego.

Na zdrowym, sześcioletnim Comte de Chambord, mimo tego, że jest posadzony w prawie metrowej donicy, rzeczywiście szczepionka nie zrobiła większego wrażenia. Ale już chora i zamierająca Souvenir de la Malmaison cl. posadzona w identycznej donicy odżyła i to znacznie. Myślałam, że będę się z nią z nią żegnać tymczasem wypuściła nowy, na chwilę obecną już 1,5 metrowy pęd, rozgałęziła się i poszła w górę jak szalona. Nie zakwitła w tym roku. Nic dziwnego, bo była praktycznie konająca, ale bardzo cieszy mnie jak silnie się rozkrzewiła. Mniej wyrazisty, ale również widoczny efekt, w postaci kwitnienia, żywotności i wzrostu, zauważyłam jeszcze na trzech innych różach. Dwie z nich w tym roku pięknie kwitły, chociaż także były osłabione po zimie, za to trzecia została posadzona na wiosnę z "korzenia". Ładnie się rozrosła acz dopiero teraz zawiązała kwiatowe pąki. U niespełna rocznej róży, to zresztą nic dziwnego. 

To tylko drobny i niezbyt oddający stan faktyczny fragment gąszczu, który stworzyła w tym roku obumierająca już  Souvenir de la Malmaison cl, po podaniu szczepionki mikoryzowej.

Niestety mikoryza nie wpłynęła specjalnie na Old Glory. Liczyłam na to, bo ma tylko jeden pęd. Jest on mocno rozgałęziony i dość silny, ale faktem pozostaje, że jest tylko jeden - a to sprawia, że drżę przed ostrą zimą. Coś jednak tu nie zagrało, tak jak powinno, podobnie jak w wypadku Comte de Chambord.

Kolejna pięknie rozkrzewiona róża, pompon blanc parfait.

Podsumowując: jeśli macie krzewy, których kondycja wymaga poprawy warto zaryzykować, tym bardziej, że koszt jest niewielki. To od mniej więcej od 20 zł do 50 zł w zależności od formy szczepionki i firmy. Granulaty są tańsze i dość wydajne. Jedno opakowanie zasiliło wszystkie moje 8 krzewów a i tak wykorzystałam jakieś 2/3 zawartości. U róż osłabionych i młodych, które mają jeszcze gdzie się korzenić efekt prawdopodobnie będzie lepszy, niż u starszych krzewów. 

Jeśli macie własne doświadczenie z mikoryzą podawaną roślinom rosnącym w donicach, szczególnie taką w płynie, piszcie w komentarzach! Pomoże to każdemu ocenić potencjalne korzyści (lub wady) płynące z takiego zabiegu.

* cytat za Wikipedią. 

piątek, 7 czerwca 2019

Róża na parapet - hybrid hulthemia persica

Parapet, od strony południowej lub południowo-zachodniej, to jedno z najgorszych miejsc dla róż, szczególnie jeśli dodatkowo jest obity blachą. Większość krzewów po prostu się na nim przegrzewa i pada od upału. Nic dziwnego: szyba, ściany budynku, blacha. Jest jak w piekarniku. Straciłam w ten sposób kilka róż, które w innych warunkach radziłby sobie pewnie dużo lepiej. Ale w tym roku (odpukać w niemalowane) chyba wreszcie udało mi się znaleźć coś odpowiedniego. Falę upałów mam już za sobą a Eyes for You kwitnie bez zarzutu. 





Nie był to mój wybór "number one". Nie ciągnie mnie do róż w takim stylu, wolę te o pełnych i obfitych kwiatach. Teraz jednak, gdy już rozkwitła, muszę przyznać, że jest piękna. Kupiłam ją trochę na chłopski rozum. Eyes for You jest klasyfikowana jako floribunda lub hybrid hulthemia persica. Hulthemia persica to krewniak róży występujący naturalnie w naprawdę ciężkich warunkach. Widziałam ją na zdjęciach rosnącą praktycznie na pustyni. Skoro mieszańce mają ich geny stwierdziłam, że powinny dać sobie radę i na rozgrzanym parapecie. Później doczytałam, że mieszańce wcale aż tak dobrze nie znoszą tego upału a przynajmniej nie wszystkie, ale i tak było po fakcie. Na szczęście ta konkretna odmiana nieźle toleruje upał. Starałam się wybrać najlepszą odmianę z dostępnych hulthemi, za razem pachnącą, silną, odporną i dobrą dla pszczół, do tego medalistkę. Padło właśnie na Eyes for You - odmianę z 2004 roku, wprowadzoną na rynek w 2009.




Póki co nie siada na niej mszyca ani żaden inny robak a mszyc mam sporo (dziwny rok, zero przędziorka i pełno mszycy, jak nigdy!). Jak na różę w pojemniku kwitnie obficie. Kwiaty ma duże, na pół mojej dłoni. Zamyka je na noc, co jest u róż chyba dość rzadkie. Odpowiadają pewnie za to geny hulthemi persica. Nie jest duża, dorasta do jakiś 1,4 metra, w donicy będzie miała pewnie mniej, ponoć w naszych warunkach tak naprawdę rośnie do metra, za to ładnie się krzewi na boki. Nawet jeśli przysłoni trochę okno, to zapewni tylko niewielki cień. Ślicznie się przebarwia. Na początku jest bladziutka, różowa z ciemnym oczkiem a z czasem idzie w fiolet i liliowe odcienie. Pięknie pachnie. Nie mocno, ale na tyle intensywnie, żeby stojąc przy krzewach bez problemu wyczuć zapach. Czasami wiatr zawieje ten aromat do domu. Jak na mój gust pachnie niczym stare róże pomieszane ze słodyczami. Trochę jak landrynki obok bukietu. Jednym słowem jest urzekająca. Powtarza kwitnienie, zobaczymy jak obficie.





Posadziłam ją z karmnikiem ościstym i muszę przyznać, że świetnie się dopełniają. Oprócz karmnika rośnie razem z bratkami lub stokrotkami. Podlewam średnio co dwa dni, żeby jej nie przesuszyć i nawożę tak jak inne róże dwa razy w sezonie moją ulubioną mieszanką, w której skład wchodzi obornik owczy, zakwaszacz z nawozem i  granulowana odżywka dla róż. Jeśli zimować będzie tak jak znosi upały to wróżę mojemu parapetowi udaną przyszłość ;)



czwartek, 30 maja 2019

Róże zakwitają o poranku...

Ciężko uwierzyć, że o tej porze roku niebo może być tak niebieskie i jasne, gdy jednocześnie jest tak chłodno. W domu pachnie przypaloną czekoladą w białej porcelanie, ale jeszcze nie różami. Bez intensywnego ciepła zapach nie chce rozwijać się tak dosadnie jak powinien. Jednak gdy stanie się pod krzewem Comte de Chambord i tak czuć wyraźną słodycz, którą już zawsze będę kojarzyła z konfiturami. Zakwitły na razie trzy moje krzewy: Glorie de Djion, Comte de Chambord i dzisiaj rano Pompon Blanc Parfait. Na tle bezchmurnego błękitu ich kolory wydają się niezwykle soczyste, chociaż Gloria od chłodnej i deszczowej pogody ma w tym roku blado żółte kwiaty. To naturalne u tej róży, że wybarwia się w zależności od panującej na zewnątrz aury. 






W tym roku kwitnienie jest naprawdę udane, jak na róże rosnące w donicach. Nie mogę się napatrzeć. Kwiaty Old Glory są tak obfite, że aż uginają się pod własnym ciężarem. Zachwyca mnie ta róża. Najchętniej siedziałabym z filiżanką kawy albo czekolady non stop na balkonie, ale i mnie i Duśkę po pięciu minutach wygania chłód. Tego poranka ubrałam się w sweter i szybko porobiłam jakieś zdjęcia. I tak nie oddają tego co czuje się wśród krzewów a przecież jeszcze nie wszystko kwitnie i wiele pąków wciąż czeka na rozwinięcie...





Ten rok był dla moich róż łaskawy, ale mam wrażenie, że też się wreszcie nauczyłam, jak ważne jest odpowiednie odżywienie podłoża, jego kwasowość i zasobność. Jakoś tyle lat nie docierało to do mnie, szczególnie jeśli idzie o kwasowość. Pompon Blanc Parfait zaczęła na początku maja trochę chorować. Bez wyraźnej przyczyny żółkła. Było na niej nieco mszycy, ale nie aż tak, by niszczała w taki sposób. Na pasku z odczynnikiem  do akwarium sprawdziłam PH. Doszło do skali, czyli 6,5 a z tego prosty wniosek, że musiało być więcej. Dodałam zakwaszacza i jak ręką odjął. To mi uświadomiło ciekawą rzecz na temat obornika. Jest świetnym, naturalnym nawozem, ale jednocześnie sprawia, że ziemia robi się zasadowa. W tym roku moje róże dostały więc mieszankę nawozu składającą się z obornika owczego wymieszanego z nawozem do róż oraz z zakwaszaczem. Dopiero taka mieszanka zdaje się być dla nich satysfakcjonująca.




Jestem strasznym kawoszem i chociaż w ciąży dostałam pozwolenie od mojej doktor na ledwo jedną fliżankę espresso czy mokki, za każdym razem zbieram fusy z ekspresu i dodaję do gleby. Nie obniżą PH, ale utrzymają je na właściwym poziomie. Minęło teraz trochę czasu i widzę, że efekt takich zabiegów jest zadowalający. Posadzenie niskich roślin w donicach jak skalnica, lawenda czy szałwia też pomaga, ponieważ podłoże tak się nie przesusza, a to częste w pojemnikach o ograniczonej powierzchni.




Prowadzę jeszcze jeden "eksperyment" z  mikoryzą do róż. Efekt jest mocno zaskakujący, ale wstrzymam się jeszcze, zobaczę co dalej się stanie i napiszę o tym osobną notkę później. A teraz czekam tylko na słońce i ciepło, bo nic nie pachnie tak jak rozkwitła róża alba. Przyjemnego dnia...   

środa, 8 maja 2019

Na chwilę przed kwitnieniem...

Majówka nas nie rozpieszczała, ale za to róże mają się dobrze. Zimni Ogrodnicy chyba przyszli wcześniej, na szczęście bez jakiś wielkich mrozów, przynajmniej w moim rejonie, a do tego na balkonie i tak jest cieplej. Jeśli wierzyć prognozom to na Zimną Zośkę pogoda akurat się poprawi, od jutra też ma być trochę więcej słońca. Dobrze, bo już tęskno mi do śniadań na balkonie a wszystko w tym roku świetnie się rozwija, tworząc wyjątkową atmosferę małego ogrodu. A do tego ten zapach narcyzów... Wahałam się, czy zdjąć już wszystkie zimowe osłony z róż jednak ostatecznie stwierdziłam, że przy takim upale, jaki miał miejsce w kwietniu, trzeba to zrobić. Szczęśliwie okazało się, że była to dobra decyzja.



Mój parapet na początku maja

Irys w skrzynce

Postanowiłam zrobić małe zestawienie, żeby później móc sprawdzić, jak będzie wyglądać kwitnienie w stosunku do tego co się dzieje obecnie. Dopieszczam moje krzewy w tym roku. Zajmuję się nimi jak tylko jest ciepło. Zdecydowałam się zaaplikować im mikoryzę w postaci granulatu.  Za jakiś czas napiszę, jaki dało to efekt w  donicach. Oceniam, że część róż zakwitnie bardzo wcześnie, bo w połowie maja a pierwsza będzie moja ulubiona Glorie de Djion. Ale może po kolei...

1) Souvenir de la Malmaison cl. - tu niestety jest źle. To co brałam za nowe przyrosty okazało się być niestety  dziczkami. Po ich usunięciu róża nie wygląda za dobrze. Chyba zaczyna zamierać, nie powinna była przemarznąć, ale może jednak... Nie zamierzam jej ściąć, dam jej jeszcze szanse. Nie wiem co posadzić jeśli jednak musiałabym się jej pozbyć. Nie będę z nią trzeci raz próbować jeśli teraz znowu nie wyjdzie. Jestem uparta, ale nie aż tak. Najwyraźniej nie wszystko nadaje się na balkon i trzeba to czasem zaakceptować. Waham się po między z dawna odkładanym Louisem Odier a powrotem do róż angielskich.

2) Gloire de Mousseux - tu jest dużo lepiej, bardzo jestem tą różą podekscytowana, bo to moja pierwsza mchowa a planowałam ją od dłuższego czasu. Krzew ma to do siebie, że prezentuje się ciekawie nawet teraz. Pączki pokrywa coś w rodzaju miękkich kolców, rzęsek czy wypustek przypominających właśnie "mech". Są przyjemne w dotyku. Z niecierpliwością czekam na kwiaty. Róża ładnie się zazieleniła i rozwinęła. W jej pokroju nie podoba mi się tylko jedna rzecz. Jest jakby "łysa" od dołu. Mocno zdrewniała wypuszcza wszystkie liście dopiero gdzieś na wysokości 30-40 cm.  Nie wiem, czy tylko mój egzemplarz tak ma czy to wspólna cecha odmiany. Poradziłam sobie z tym sadząc od dołu szałwię.




3) Glorie de Dijon - ma ponad 20 pączków kwiatowych, ładnie się rozkrzewiła i dostała "osłonę" z fiołków, która fajnie się z nią komponuje. Bałam się trochę co z nią będzie, bo wczesną wiosną "dziwnie" się zachowywała, ale jak widać ta róża lubi mnie zaskakiwać. Myślę, że w ciągu max 2 tygodni zakwitnie a patrząc na jeden z pąków, może nawet szybciej.




4) Comte de Chambord - ta róża nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Myślałam, że się będę z nią żegnać po zeszłorocznych upałach ale nie poddała się. W tym roku odbiła, zazieleniła się i nie ma śladu po chorobie. To będzie chyba 6 rok tej róży na balkonie. To moja pierwsza róża historyczna i jest ze mną do tej pory. Przeżyła wszystko. Ma pełno kwiatowych pąków. Szkoda tylko, że mój egzemplarz uparcie nie chce powtarzać kwitnienia.




5) Pompon Blanc Parfait - uwielbiam róże alba. Świetnie rośnie w donicy. Prowadzę ją przy barierce jak  zielony parawan. Niestety przyczepiły się do niej mszyce. Na razie po prostu je zgniatam i psikam płynem do mycia naczyń. Chwilowo mam od nich spokój. Jeśli wrócą zamierzam potraktować je sodką. Mam zamiar w tym roku przerzucić się w 100% na środki ekologiczne, zobaczymy co z tego wyjdzie. Ma pierwsze małe pączki, ale raczej nie zakwitnie przed czerwcem.

6) Aloha Kordes - posadziłam goły korzeń na wiosnę, ma ładne przyrosty, ale pewnie jeszcze długo nie zobaczę kwiatów. Jeśli zakwitnie to nie wcześniej niż w czerwcu/lipcu. Jeszcze nie wiem, co z niej będzie.

7) Eyes for You - to właściwie nie do końca róża tylko jej mieszaniec, klasyfikowany jako hybryda Hulthemia persica albo floribunda. Widać pewną różnicę w stosunku do reszty moich róż, bo liście są bardziej "strzępiaste", jakby ostre. Mam dwie sztuki, które rosną w kompozycjach z innymi kwiatami. Póki co wygląda to dobrze. Ładnie się rozkrzewiają, rosną bez problemu, mają pierwsze kwiatowe pączki ale na kwitnienie również trzeba będzie poczekać. 


Jednym słowem upchnęłam jakoś na moim balkonie 7 odmian i 8 krzewów. Pewno nie zakwitną równocześnie. Z jednej strony szkoda, z drugiej będą się uzupełniać a to ważne przy  jednokrotnie kwitnących odmianach starych. 
Ze względu na pszczoły zamówiłam jeszcze chabry i niebieską kalamintę. Nie mogę się doczekać lata... 









x

środa, 24 kwietnia 2019

Aplikacja PlantSnap - czy warto?

Dzisiaj coś nietypowego, czyli recenzja aplikacji rozpoznającej rośliny. Pomysł sam w sobie wydaje się bardzo sympatyczny. Ile razy to zdarzyło nam się zapomnieć nazwy czegoś, co posadziliśmy a wyrzuciliśmy już od tego etykietę albo w ogrodzie pojawiła się jakaś dziwna samosiewka? Ile to razy szliśmy przez park, las, łąkę i zobaczyliśmy coś godnego uwagi i nie mieliśmy pojęcia, co to za gatunek? Aplikacja w założeniu ma być rozwiązaniem tego typu problemów. W założeniu - to dobre słowo, oddające istotę problemu, bo w praktyce wcale nie jest tak pięknie, jak twierdzą autorzy aplikacji. 

PlantSnap testowałam przez ponad dwa tygodnie i powiem szczerze, że w pewnych momentach nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Ale po kolei: działanie aplikacji jest dość wygodne. Należy wykonać dokładne zdjęcie charakterystycznej części rośliny i poczekać na wynik. Program proponuje jedno rozwiązanie, które wydaje mu się najodpowiedniejsze oraz kilka innych potencjalnych odpowiedzi, a my na "czuja" mamy wybrać właściwe trafienie. Pozornie nic prostszego - tylko, że na kilkadziesiąt wykonanych przeze mnie zdjęć aplikacja trafiła... trzy razy! Acz trzeba uczciwie przyznać, że często zdarzało się jej trafić w tarczę, chociaż do dziesiątki było i tak daleko.

Goździk według aplikacji PlantSnap

Poprawnymi trafieniami były forsycja, bratek oraz bluszcz diabelski. Później aplikacja  stwierdziła, że fiołek freckles to begonia lub mięta rybna, róża jest berberysem, kwitnąca mirabelka to magnolia a zawilec to fiołek górski. Wśród kilku dodatkowych propozycji nie było ani jednej prawidłowej, za to kilka tak egzotycznych, że nawet o nich nie słyszałam.  W wypadku mojego kumkwatu PlanSnap udało się zgadnąć, że to jakiś cytrus - być może, dlatego, że akurat miał owoce. Zaproponował odmianę pomarańczy oraz  rzadką krzyżówkę pomelo. 

Co więc myśleć o aplikacji, która nie umie rozpoznać tak podstawowych roślin? Owszem PlantSnap pewnie trafi, gdy pokażecie mu kwitnący tulipan albo słonecznik, ale czy naprawdę potrzebna  jest nam aplikacja, by móc je rozpoznać?

Ostatnio ciotka zapomniała nazwy rośliny, która okropnie mi się spodobała. Posadziła na skalniaku ponad dwa lata temu bylinę o ładnych różowych kwiatach i nazwa wyleciała jej z głowy. Ale stwierdziła, że przypomni sobie jak usłyszy. Nie miała szans, bo PlantSnap twierdził uparcie, że to clematis lub goździk - mimo wykonania chyba trzech zdjęć z różnych perspektyw.

Bratek ogrodowy czyli jedno ze szczęśliwych trafień...

PantSnap został jednym słowem stworzony bezmyślnie, bez zebrania informacji na temat klimatu, roślin występujących w naszej szerokości geograficznej oraz odmian popularnych w polskich ogrodach. Zapomnijcie, żeby aplikacja rozpoznała prawidłowo jakieś kwitnące drzewo, z krzewami i ziołami też są spore problemy. Podanie właściwiej odmiany to często abstrakcja. Właściwie PlantSnap ma kłopoty ze wszystkim, trafia chyba na zasadzie czystego przypadku. Nie wiem na, co liczyli twórcy? Na bezrefleksyjnych użytkowników z zerową wiedzą o roślinach? 

Trzeba wspomnieć jeszcze o innym mankamencie. Propozycje nazw roślin podawane są albo po angielsku albo po łacinie. Należy po kolei wchodzić w każdy opis, żeby znaleźć spolszczenie i charakterystykę rośliny. Niestety po kliknięciu opis często wygląda jak wykonany w translatorze Gogola, co świadczy tylko o tym, że aplikacja rzeczywiście nie jest ani przystosowana ani dedykowana na polski rynek.

I na koniec wisienka na torcie. Aplikacja umożliwia wykonanie tylko pięciu zdjęć dziennie. Aby móc zrobić ich więcej należy wykupić wersję premium. Chyba tylko po to, żeby mieć większą szansę, że PlantSnap w coś trafi, bo gwarantuję wam, zmarnujecie te pięć zdjęć na jedną roślinę, mając nadzieję, że aplikacja zrozumie, że nie mieszkacie w Nowej Zelandii. 

Podsumowując: na pytanie postawione w nagłówku można odpowiedzieć bardzo krótko - absolutnie nie. Na Facebooku znajdziecie chociażby takie grupy jak PoradyOgrodnicze24 z kilkoma tysiącami użytkowników będącymi profesjonalistami z doświadczeniem, zapalonymi ogrodnikami amatorami lub praktykami szkółkarzami. O dowolnej porze dnia możecie zapytać tam o poradę albo wrzucić zdjęcie rośliny w każdym stadium rozwoju i na pewno otrzymacie rzetelną odpowiedź. PlantSnap może wydawać się wygodny, ale to nic innego jak wyciąganie pieniędzy z waszych kieszeni. Nie dajcie się nabrać. 


Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

KOMENTARZE ZAWIERAJĄCE LINKI DO PRODUKTÓW I SKLEPÓW BĘDĄ TRAKTOWANE JAKO SPAM.
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Back
to top