featured Slider

Pogodowo - różany update

Poidełka dla pszczół, motyli i zapylaczy...

Jedna mewa wiosny nie czyni...

Skrzynki po owocach i zagłada

Koty spadają z nieba...

sobota, 23 marca 2019

Pogodowo - różany update

Wczoraj karmnik odwiedził szczygieł. Widziałam go u mnie na balkonie po raz pierwszy, w okolicy też raczej rzadko bytują. Niestety był tak płochliwy, że nie udało mi się zrobić mu zdjęcia. Zainteresowanie ptaków karmnikiem świadczy jednak, że jeszcze nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać po dacie. Astronomiczna wiosna w powietrzu ale ta prawdziwa dopiero raczkuje. W moim rejonie przyroda się nie spieszy, może zresztą i dobrze. Cały czas w ciągu dnia jest jakieś 9-11 stopni ale przede wszystkim jest nadal szaro i pochmurno. Dzisiaj jest pierwszy słoneczny dzień od wielu dni i temperatura powyżej 15. Niestety słońce ponownie ma rozpieszczać nas dopiero na następny weekend! 

Oglądam sobie zdjęcia znajomych na facebooku wśród traw i stokrotek i zastanawiam, czemu u mnie jeszcze tak nie ma? Tu w okolicy nieśmiało wychylają się krokusy i jakieś pojedyncze fiołki. Ale nawet forsycja jeszcze nie kwitnie. 

Irysy niskie w skrzynkach

A co na balkonie? Prawie wszystko posadzone, czekam jeszcze tylko na róże. Karmnik ościsty też musi poczekać ale doniczki są wkopane w ziemię, żeby nie wymarzł. Nic jeszcze nie kwapi się do kwitnięcia od hiacyntów, przez krokusy na fiołkach skończywszy. Sadzonki chyba się przyjęły, jednak przez pogodę, nie rozwijają się w jakimś zawrotny tempie.

Róże domagały się już przycięcia, dostały także profilaktyczny oprysk z miedzianu. Tak, jak pisałam w innych notkach, najlepszym terminem na cięcie róż jest kwitnienie forsycji, trzeba jednak obserwować pączki, czy nie pękają, ponieważ na balkonie zwykle bywa  po prostu cieplej. To swoisty mikroklimat. W tym momencie, jakiś tydzień po cięciu niektóre z moich róż mają już drobne listki. Po Hance zrobiło mi się miejsce na jeszcze jedną różę ale nie wiem, czy będę w tym roku jeszcze z czymś ryzykować. Potrzebuję donicy do przesadzenia irysów i narcyzów w późniejszym terminie, więc nie wiem, czy się na to nie zdecyduję. No może, jeśli jakimś cudem dostanę, gdzieś przypadkowo Rose de Meaux, którą od dwóch lat próbuję bezskutecznie zdobyć, zmienię zdanie. Wtedy pewnie się nie powstrzymam przed przytachaniem jej na balkon. Jestem dziwna - zamiast zainwestować w coś odpornego, kwitnącego przez cały sezon ja z uporem przynoszę coraz to kolejne róże stare. Ale czy słynne japońskie wiśnie byłyby tak piękne i wyjątkowe, gdyby kwitły cały rok? Nawiasem mówiąc, ponoć już kwitną... 


Młode listki i pączki róż

Martwią mnie narcyzy, bo to jedyne "sklepowe" kwiaty jakie u siebie sadzę. Nie chciało mi się ich klimatyzować ale za to je okryłam. Oby im to nie zaszkodziło. Cała reszta roślin jest ze szkółek, lub z ogródków, gdzie rosły na zewnątrz, więc nie ma z nimi tego problemu - mają tę zaletę, że są już zahartowane. 

Karmnik ościsty wciąż czeka na posadzenie razem z różami.

 Fiołek freckles ma się za to całkiem nieźle.

Hiacynt, który rósł  w domu i został posadzony
 po przekwitnięciu najwyraźniej też się przyjął.

 Wyglądają jak pory ale to narcyzy  bridal crown - zwykle są okryte agrowłokniną. 
Mam nadzieję, że nie wymarzną i zakwitną.

Jak pisałam wcześniej jakiś wielkich planów na ten sezon nie robię, czekam jeszcze na dwie sztuki Eyes for You i szczerze powiedziawszy trochę się już niecierpliwię. Chciałabym wreszcie je wsadzić i sprawdzić swoje teorie dotyczące poprawy wilgotności w moich skrzynkach po owocach. 

W chwili, gdy to piszę, dzwoniec i sikorka robią mi awanturę na balkonie. Zauważyły psa, który ma dzisiaj wreszcie okazję wygrzać się w słońcu. Ponieważ powiesiłam im  orzechy włoskie do skubania, są bardzo niezadowolone, że muszą się dzielić balkonem z jakimś intruzem. Niestety właśnie ponownie sprawdziłam prognozę i wychodzi na to, że jutro balkon będą miały, znowu tylko dla siebie... 


sobota, 9 marca 2019

Poidełka dla pszczół, motyli i zapylaczy...

Zobaczyłam je pierwszy raz wczoraj i z miejsca postanowiłam sobie zafundować, gdy tylko pozwoli na to pogoda. Pomysł wydał mi się genialny już nie mówiąc o jego prostocie i pożytku dla przyrody. O hotelikach dla zapylaczy słyszał chyba każdy ale poidełka dla pszczół i owadów to dla mnie nowość. Jest to kolejny sposób, żeby nieco ułatwić życie naszym ogrodowym przyjaciołom, którzy w ostatnich czasach i tak mają pod górkę. 

Zrobienie takiego poidła dla pszczół jest bardzo proste. Wystarczy nam nieco kolorowych szkiełek albo nawet zwykłych otoczaków, drobnych kamieni oraz dowolna miska lub spodeczek. Żwirek i otoczaki jeśli nie mamy do nich dostępu we własnym ogrodzie albo boimy się, że będą zanieczyszczone możemy kupić w większości sklepów zoologicznych, posiadających dział akwarystyczny. W sumie w ten sposób możemy za niewielkie pieniądze dobrać takie, które będą pasowały do całości naszej aranżacji. Niektórzy stawiają tak wykonane poidełko na dużej ceramicznej donicy, tworząc coś w rodzaju małej fontanny. 

Oto jak wyglądają niektóre kompozycje:












Jeśli chcecie przyciągnąć do waszego poidełka również motyle należy wówczas skorzystać z kolorowych kamyków albo nieco urozmaicić poidełko wybierając barwną misę. Jak się okazuje motyle widzą kolory. Rozpoznają: czerwony, różowy, lawendowy, żółty, pomarańczowy czy zielony. Można też wypełnić misę kwiatami,


albo owocami - przy czym nie wiem, czy zadziała to na motyle w naszym klimacie. Polecam przetestować samemu, jeśli ktoś ma ochotę. Ja na pewno spróbuję. 




WAŻNA INFORMACJA - niektórzy wlewają w takie misy osłodzoną wodę. Ponoć pszczelarze proszą, aby tego nie robić, ponieważ wpłynie to później negatywnie na jakość miodu. Jakie to ma znaczenie, jeśli w okolicy mamy tylko dzikie pszczoły i zapylacze niestety nie wiem. Póki nie wypowie się ktoś mądrzejszy ode mnie albo nie znajdę rzetelnej informacji ta ten temat, wolę unikać podobnej praktyki. Jak to się mówi "po pierwsze nie szkodzić" a może nawet bardziej "dmuchać na zimne".

Jeśli poidełko postawimy na ziemi jest spora szansa, że nie tylko owady z niego skorzystają ale również drobne ssaki takie jak jeże. Wyższe poidła pewnie chętnie odwiedzą ptaki. Ja miskę z wodą dla ptaków na czas mrozu wystawiam zawsze obok karmnika (ludzie często o tym zapominają: ptaki nie "napiją" się śniegu ani lodu, to dla nich pora suszy) i fajnie będzie mieć wersję letnią. Myślę również o założeniu domku dla zapylaczy. Balkon niby takie sobie miejsce a jednak dzikie pszczoły i tak budują gniazda w tyczkach, którymi podtrzymuję swoje róże, więc może warto?

Na koniec wersja dla leniwych i przy okazji mała reklama dla sklepu z ceramiką, którego prace od dawna bardzo mi się podobają. Jeśli szukacie fajnego, oryginalnego poidełka do wykorzystania w swoim projekcie, zajrzyjcie tutaj: https://reniflora.pl/pl/c/Ceramika-do-ogrodu

Do zobaczenia. Oby pogoda była dla nas łaskawsza niż teraz. "W marcu jak w garncu" ale przecież to musi się wreszcie skończyć. 



czwartek, 7 marca 2019

Jedna mewa wiosny nie czyni...

Co innego fiołek! Ale po kolei, zacznijmy od mewy. Ten ptak jakoś mało się z wiosną kojarzy - a jednak okazuje się, że także on odlatuje na czas zimy w cieplejsze rejony świata. Mewi jazgot to pierwszy wiosenny dźwięk, który zwykle słyszę w mojej okolicy. Żuraw i bocian gardzą miejskimi terenami ale mewa nie, szczególnie jeśli w pobliżu są dwa przyzwoite wodne zbiorniki. 

Wczoraj mewa zaskrzeczała po raz pierwszy. Jedna na razie. I niestety za oknem coś tej wiosny jakoś nie widać. Niby jest 10 stopni na plusie, ale poza tym mamy gęste chmury i nieprzyjemny wiatr. Nic jeszcze nie kwitnie, nawet forsycja. Krokusy też zdają się dopiero nieśmiało kiełkować. Póki co są bazie i rozwijające się pąki. Jest jednak na tyle ciepło, że chyba zaraz trzeba będzie ciąć róże. 

 fiołek freckles

Na moim balkonie czas dłuży się niemiłosiernie, bo skrzynki już wyczyszczone czekają na nowych mieszkańców a tu większość dostaw dopiero po 20 marca. Skusiły mnie dwie odmiany fiołków: nakrapiany fiołek freckles oraz fiołek labradorski, podobny do naszego, tyle, że srebrzysto fioletowy. Na fiołka freckles wpadłam czytając artykuł w Gardeners'World. Labradorski rzucił mi się w oczy przypadkiem. Wybrałam te dwie nierodzime odmiany licząc na dłuższe kwitnienie a ponadto spodobała mi się ich barwa. Znalazłam również gdzieś informację, że były by dobrym towarzystwem dla róż i mogły by nieźle uzupełnić moją kompozycję z Eyes For You. Nie ma jednak sensu ich tam sadzić zanim nie przyjdą róże. Z drugiej strony czy nie wyglądałby uroczo z Glorie de Djion? Miałyby tam też o niebo chłodniej... Na pełne słońce do skrzynek chyba lepiej nada się karmnik ościsty, który również dodałam do tegorocznego planu. Jak widać w tym roku zachciało mi się niskich rabatek, ukwieconych i gęsto porastających donice. To będzie miało swój plus. Ochroni róże przed nadmiernym wysychaniem a do tego urozmaici widok zanim róże zakwitną. 


 fiołek labradorski


karmnik ościsty

Z moich dużych krzewów padła tylko Hanka - reszta trzyma się nieźle. Jestem nawet w szoku, że przy moich minimalnych staraniach tak ładnie przezimowały. Może to zasługa owczego obornika, który dostawały w zeszłym roku?  Z dwóch najdelikatniejszych róż czyli Glorie de Djion i Souvenir de la Malmaison jestem naprawdę zadowolona. Już w tym momencie mają mnóstwo pączków a do tego Souvenir de la Malmaison pięknie się zaczyna rozkrzewiać - przy tym jak prawie padła w zeszłym roku to duży sukces. Może i to prawda, że w polskich ogrodach nie czują się najlepiej ale balkony i duże donice zdają się im pasować. 

Co ciekawe dzikie wino chyba wymarzło. Powiem szczerze, że ostatecznie bym się tym jakoś nie zamartwiła. Posadziła je jeszcze poprzednia właścicielka mieszkania, robiło dość ładne tło i żal było mi się go pozbywać, ale zabierało mi przestrzeń i chętniej widziałabym w jego miejscu coś innego. Niekoniecznie będzie to róża. Od pewnego czasu chodzi mi po głowie wiciokrzew. 

Jestem też bardzo ciekawa róży mchowej. Jeszcze nigdy jej nie miałam a zawsze podobały mi się te urocze "włoski" na pąkach. Kupiłam Glorie de Mousseux na jesień więc w tym roku pierwszy raz zobaczę jej kwiaty. 

Teraz trzeba tylko uzbroić się w dużą dozę cierpliwości... I w nowy sekator, bo stary pozostawiony na dworze, niestety zardzewiał... I czekać, czekać, czekać. 


poniedziałek, 25 lutego 2019

Skrzynki po owocach i zagłada

Obsadzone kwiatami skrzynki po owocach na parapecie bardzo ładnie wyglądają ale jak się przekonałam  mają też spore wady. Ponieważ wreszcie nadrabiam zeszłoroczne zaległości zamierzam nieco o nich opowiedzieć.

Tak moje skrzynki wyglądały w zeszłym roku. Piękne prawda? 
Szkoda, że do czasu... Przyszło lato i niestety zaczęły się problemy...


Po pierwsze: niemiłosiernie przeciekają. Niby uszczelniałam je gąbką i agrowłókniną a i tak leje się z nich jak z prysznica. Sąsiedzi raczej nie będą czymś takim zachwyceni, balkon to nie jest ogródek. Trzeba podkładać pod skrzynki ręcznik za każdym razem gdy się je podlewa. Zastanawiam się jak działają te wszystkie wertykalne konstrukcje, gdzie szczeliny są dużo szersze? Może dobrze rozwinięta roślina zatrzymuje wilgoć i problem znika? Mogłabym spróbować z czymś takim korzystając z rojników ale nie wiem, czy przestrzeń w moim wypadku nie jest za mała i czy to w ogóle ma sens. W skrzyni ma rosnąć róża, która jednak lubi mieć sporo miejsca dla siebie. Niby rojnik nie korzeni się jakoś głęboko. Może warto to przemyśleć? 

Druga wada łącząca się z pierwszą to przesychanie podłoża. Jest dużo gorzej niż w standardowych donicach. W sumie nic dziwnego skoro woda szybko odpływa. Spróbuję nieco doszczelnić moje skrzynie ale skupię się również na samej ziemi. Wraz z mieszańcami Hulthemia zamówiłam nawóz z hydrożelem i liczę na jego skuteczność. Znalazłam też coś takiego i zamierzam to wypróbować:



Podobną metodę nawadniania stosowałam wyjeżdżając na urlop i całkiem nieźle to wychodziło. Jak ta się sprawdzi? Czas pokaże ale mam nadzieję, że coś z tych moich skrzynek jeszcze będzie. Prezentują się naprawdę nieźle, jest w nich sporo miejsca na sadzenie i szkoda byłoby je likwidować. Może taki sposób nawadniania wraz z hydrożelem rozwiąże problem. 

Jak tylko pogoda się poprawi czeka mnie oczyszczenie skrzynek i usunięcie, tego co zostało po zeszłym roku. Niby nie dużo ale obecnie to i tak ciężka sprawa. Od ostatniego postu objawy pierwszego trymestru mocno mi się nasiliły, szczególnie te żołądkowe. Mam nadzieję, że to kwestia dni i poczuję się lepiej. To jeszcze jakieś dwa-trzy tygodnie najcięższych bojów. Na szczęście róże pewnie też za szybko do mnie nie wyruszą więc mam jeszcze trochę czasu. 

Zrobiłam jednak mały przegląd na balkonie. Pewnie rzeczy niezmiennie mnie zadziwiają. Moje dwie pozornie najdelikatniejsze róże całkiem ładnie przezimowały. A biorąc pod uwagę, co się działo w zeszłym roku na moim balkonie to jest prawdziwy cud. Za to dwie nowe róże mchowe najwyraźniej padły. Bardzo zdziwię się jeśli coś z nich będzie, bo są po prostu czarne. Poznaję już po tym kolorze, że zamarły. Ale zeszły rok naprawdę był tragiczny. Skoro na wsi padła nam Gipsy Boy z powodu suszy (!) to musiało być naprawdę źle. W 2017 wyglądała jeszcze tak:



Olbrzymi, rozbudowany krzew - na pół płotu. Zdrowa róża, której nie przeszkadzał pół cień. I co? I przyszedł 2018 i zmarniała cała. Dobra wiadomość jest taka, że ponoć odbija. Na razie skromnie ale jest nadzieja. Pożyjemy zobaczymy...

poniedziałek, 18 lutego 2019

Koty spadają z nieba...

...wprost na balkon. Dzisiaj trochę o czymś innym. Ani o różach ani o ogrodnictwie ale historia na tyle dziwna, że postanowiłam się nią z wami podzielić, żeby umilić sobie czekanie na wiosnę.

O ile się nie mylę był wtedy październik a może nawet listopad zeszłego roku. Róże w każdym razie już miałam częściowo okryte przez zimnem i za często nie zaglądałam na balkon. Do tego mąż z uporem maniaka zasuwał żółtą żaluzję na szklanych drzwiach, dodatkowo utrudniając mi kontakt z przyrodą. Zwykle z równym uporem odsuwam tę kotarę, żeby popatrzeć na ptaki w karmniku ale wtedy było jeszcze za wcześnie i nie przyleciał ani jeden wychudzony wróbel. Żaluzja była opuszczona przez kilka dobrych dni.

Za nim przejdę dalej musicie koniecznie wiedzieć jak wygląda mój balkon. Mieści na ostatnim piętrze zwykłego bloku, sąsiaduje tylko z dwoma innymi balkonami od prawej strony a do reszty balkonów jest spory kawałek. Po tej prawej stronie mam sąsiadów z dużym psem a kolejne mieszkanie jest puste i strasznie zniszczone. Nad balkonami są umieszczone dość solidne daszki a przejścia pomiędzy dalszymi sąsiadami i tymi od lewej strony zwyczajnie nie ma. 

Któregoś dnia zatęsknił mi się wreszcie widok jesieni, podnoszę tę cholerną zasłonę i moim oczom ukazuje się czarny niczym sam Belzebub kot. Kot na czwartym piętrze. Znikąd, bo przecież sąsiedzi nie mają kota. Wpatruje się we mnie mętnym wzrokiem za szyby. Prawdziwy kot schrodingera. Pierwsza myśl: może ktoś kupił to puste mieszkanie i trzyma tam kota? A ten się jeszcze nie nauczył, że są tu psy i łazi jak chce. Pokazuję Belzebuba mężowi. Mąż mówi to samo.

- Jak wlazł to i wylezie - wychodzimy z założenia. 

Zasłaniamy żaluzję licząc naiwnie, że kot jest czyjś i sobie pójdzie. Mąż idzie biegać a mnie tradycyjnie korci, bo do kotów mam słabość. Wychodzę do niego. Kocur ewidentnie oswojony, łasi się do mnie  i czuję że, coś jest nie tak. Sama skóra i kości. Jak nic dziad jeden tu utknął. Wszedł i owszem, może nawet na sam dach ale do domu już nie umie wrócić. Cholera wie ile tu siedzi. Przynoszę mu najpierw wodę a on rzuca się na nią jak na torbę pełną łakoci. Myślę sobie, co ja mam z nim zrobić? W domu 3 niezabezpieczone akwaria i pies, który dogaduje się z kotami o ile te nie są na jego terenie. Od godziny Duśka nerwowo drepcze, żeby skrócić czarnemu jego cierpienia. Wymyślam torbę wyładowaną kocem i swetrami, żeby Schrodinger miał chociaż trochę ciepła tej nocy i wynoszę mu jedzenie. Kocur pochłania posiłek i zaraz po tym bezbłędnie rozkminia do czego służy torba. Moment i zakopuje się w ciuchach mrucząc wesoło. Ja w tym czasie zaczynam akcje poszukiwawczą po sąsiadach, gdzie każda odpowiedzieć jaką słyszę zaczyna sie od: "Ale jak kot przybłąkał się balkon? Ale jaja".

No ja też nie wiem.. Coś takiego chyba mogło zdarzyć się tylko mnie.




Sąsiadka z przeciwka prowadzi mnie wreszcie do lokalnej przedstawicieli kociej społeczności (zawsze w bloku jest przynajmniej jedna taka kobieta, która wie wszystko i każdego osiedlowego kota zna z imienia a jak jakiś imienia nie ma, to mu je zaraz nada) i kot zostaje przejęty, żeby nie musiał spędzić kolejnej nocy na balkonie. Bierze go jednak moja sąsiadka z przeciwka, która stwierdza, że ma wolne lokum. 

W międzyczasie zostaje przeprowadzone śledztwo. I niestety okazuje się, jak to na tym świecie bywa, że to nie Schrodinger jest jakiś dziwny tylko człowiek bezdennie głupi i okrutny. Kot rzeczywiście był czyjś. Tylko, że zalany w trupa, ze zjedzonym przez alkohol mózgiem właściciel zapomniał go karmić. Później zaprzeczał, że w ogóle kota miał. Gdzie byli wtedy sąsiedzi, którzy znali całą historię? Nie pytajcie, bo to nie ma sensu. Kot postanowił pomóc sobie sam. Jakim cudem wspiął się na daszek tego nie wie nikt ale motywacja głodu i pragnienia jest niezwykle silna. U mnie jest coś w rodzaju zawieszki na karmnik więc miał ułatwione przyjemniej zejście, tak więc nic dziwnego, że wylądował wśród śpiących róż w donicach. Ile siedział na dachu? Nie mam pojęcia do dzisiaj. Mąż zarzekał się później że, wychodził wcześniej na balkon więc u nas nie mógł być długo. 

Sąsiadka zadecydowała, że kota nie odda zwyrodnialcowi i już. Chyba każdy przyzwoity człowiek postąpiłby podobnie. Skończyło się tak, że Schrodinger zamieszkał obok. Źle nie ma. Mam jedynie nadzieję, że odechce mu się podobnych, podniebnych wędrówek. W razie czego przynajmniej teraz znam jego adres. 


Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

Zezwalam na korzystanie ze zdjęć, których jestem właścicielką do użytku niekomercyjnego, szczególnie zaś w celu propagowania wiedzy o różach i ich hodowli.
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Back
to top