featured Slider

Najlepsza wieczorna herbata i kilka słów o jaśminie...

Czy kawa naprawdę nadaje się dla róż?

Mikoryza dla róż w donicach - działa czy nie?

Róża na parapet - hybrid hulthemia persica

Róże zakwitają o poranku...

Na chwilę przed kwitnieniem...

Aplikacja PlantSnap - czy warto?

Moja róża zwariowała...

Pogodowo - różany update

Poidełka dla pszczół, motyli i zapylaczy...

Jedna mewa wiosny nie czyni...

niedziela, 13 marca 2022

Balkon pełen róż...

 Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Blogi również. Działam dalej na:  istagram/porcelanowysloik ! 

piątek, 22 maja 2020

Najlepsza wieczorna herbata i kilka słów o jaśminie...

Bardzo rzadko pojawia się na tym blogu jakiś przepis a już szczególnie bez róży w składnikach, ale tym razem musiałam się takowym z wami podzielić. Jest to przepis... na herbatkę ziołową, którą oczywiście najlepiej skonsumować sobie razem z ciastem albo pieczoną kaszą manną (osobiście uwielbiam).



Niby to nic specjalnego, ale absolutnie zachwycił smak tak skomponowanej herbaty. Powstała zupełnie przypadkiem. Dzień był bardzo pracowity i wieczorem, nie mając już sił na nic więcej, postanowiłam spędzić czas po prostu przy filiżance patrząc na nocne niebo. Było zdecydowanie za późno na herbatę czy kawę. Zawierają kofeinę i ciężko mi się po nich zasypia. Małe dzieci mają sen rwany, budzą się w nocy, a każda godzina jest cenna. Z reguły nie piję więc herbaty i kawy na noc i sięgam po melisę. Tym razem miałam jednak ochotę na mały eksperyment i zmieszałam kilka składników, które akurat były pod ręką: 

Łyżkę kwiatu jaśminu
Łyżkę melisy
Łyżeczkę miodu gryczanego
Sok z połowy małej limonki

Taka ziołowa herbatka, nadająca się na wieczór przypomina w swoim smaku lato. Jest łagodna i ożywcza, przyjemnie wycisza i uspokaja. Melisę możemy zasadzić i ususzyć sami. Nie ma szczególnych wymagań, jest silna i tak samo ekspansywna jak mięta. Posiada piękny cytrynowy posmak i zapach. Ale... suszone kwiaty jaśminu musimy zamówić. Pamiętajcie, że te dodawane do aromatyzowanych herbat nie pochodzą z naszego klimatu! W naszych ogrodach rosną jaśminowce nie zaś jaśmin wielkolistny, który naturalnie występuje w Azji, a to dwie różne rośliny. Jaśmin sporo wspólnego ma z oliwkami zaś nasz rodzimy jaśminowiec wonny należy do hortensjowatych



Jaśmin wielkolistny



Jaśminowiec

Za równo jaśminowiec jak i jaśmin mają właściwości prozdrowotne acz cennym składnikiem naturalnych, pachnących olejków eterycznych używanych do produkcji kosmetyków również jest jaśmin nie zaś jaśminowiec. Do tego jaśminowiec nadaje się na herbatki ale już nie do spożywania. Kwiaty są bowiem gorzkie. Pamiętajmy o tej subtelnej acz ważnej różnicy, kiedy sięgamy po pachnące białe kwiecie. 

Gdzie kupić suszone kwiaty jaśminu? Nie jest to zbyt trudne. Posiadają je sklepy kolonialne, sklepy z kawą i herbatą a ja swoje kupiłam w palarni. Możemy również  eksperymentować ze składnikami dodając płatki słonecznika, bławatka, różu czy suszone jabłka. Wszystko co umili nam popołudnie.

środa, 29 kwietnia 2020

Czy kawa naprawdę nadaje się dla róż?

Jestem totalnym kawoszem. Uwielbiam kawę. Będąc świeżą mama, w ogóle nie mogę bez niej żyć. Moje dziecko zdecydowanie woli cykl kilku nocnych drzemek od spokojnego długiego snu i mocne espresso z rana ratuje dzień. Poza tym kocham ten obfity, różnorodny smak kawy. Próbuję wielu, czasami nietypowych odmian (moja ulubiona to yellow bourbon) a ekspres obsłużę z zamkniętymi oczami. O kawie mogłabym naprawdę długo...



Już kiedyś pisałam o tym, co ma wspólnego kawa z różami, ale uznałam, że ów poprzedni naprawdę wiekowy post wymaga pewnego przypomnienia a zarazem skorygowania. 

Pompon blanc parfait okazała się wyjątkowo wrażliwa na ph ziemi. W donicy gdzie ziemia ma nieco inne warunki niż w ogrodzie trzeba tego bardzo pilnować. Stosowanie nawozów, szczególnie obornika szybko może zamienić dość kwaśną glebę w zasadową. Liście róży, która ma złą glebę żółkną bez wyraźnego powodu. Oczywiście zawsze warto sprawdzić, czy nie przelaliśmy, ale jeśli róża nie jest podtopiona, nie ma grzyba, nie atakują jej szkodniki to możemy podejrzewać właśnie ph. Różne odmiany reagują z różną intensywnością na złe warunki glebowe. Aby ostatecznie się upewnić warto skorzystać z testów ph dla gleby. Ja postępuję iście po spartańsku ale nikomu tego nie polecam. Jeśli test akwarystyczny ph wychodzi mi poza skalę to znaczy, że trzeba zakwasić, nie mniej warto pamiętać, że to nie są testy do gleby i moje postępowanie jest nieco ryzykowne - klasyczne - nie róbcie tego w domu...

Kawa słynie jako naturalny zakwaszacz. Ale czy napewno tak jest? Jak się okazuje nie do końca. Kawa pomaga utrzymać kwaśne ph na poziomie 6,5 ale nie zakwasi nam gleby. Co ciekawe wiemy to dzięki badaniom jakie wykonała firma Starbucks, która przekazuje zużyte fusy na nawozy.  Tak czy inaczej musimy użyć zakwaszacza i dozować zgodnie go z instrukcją na opakowaniu. Alternatywnych, skutecznych domowych sposobów niestety nie ma, chociaż niektórzy ponoć z powodzeniem stosują kwasek cytrynowy. Jednak bez podajej miary na litr ziemi może to mieć różne skutki.

Kawę warto więc dodać do donicy po uprzednim zakwaszeniu. Pomoże zachować właściwy poziom ph a dodatkowo odżywi glebę w liczne składniki odżywcze. Wraz z mężem wypijamy jakieś 4 filiżanki kawy z ekspresu dziennie więc fusów zostaje nam sporo. Obdzielam każdą donicę mniej więcej połową dużego kubka kawowych fusów.

Wiem, że wiele osób woli herbatę ale dla mnie nie ma dnia bez chociażby jednej małej kawki, koniecznie w porządnej porcelanowej filiżance. Kiedyś uwielbiałam pić ją właśnie na balkonie wśród pachnących kwiatów. W tym roku chyba nic z tego, bo ciekawskie paluszki mojego wszędobylskiego synka pakują się bez zaproszenia do filiżanki, a kofeina to naprawdę ostatnia rzecz jakiej potrzebuje, bardzo aktywny malec 😂 ale wam życzę w tym roku wielu filiżanek kawy w otoczeniu waszych pięknych kwiatów.

Oby żyło nam się zdrowo i spokojnie
#jeszczebędziedobrze, #jeszczebędzienormalnie.
 Pozdrawiam. 




piątek, 12 lipca 2019

Mikoryza dla róż w donicach - działa czy nie?

Fachowo mikoryza to "powszechnie występujące zjawisko polegające na współżyciu korzeni lub nasion roślin naczyniowych z grzybami"* a szczepionka mikoryzowa, to nic innego jak zarodki grzybni, przyjazne poszczególnym roślinom. 

Co ma to dać naszym różanym krzewom? Tak jak w wypadku ludzkich probiotyków, pomoże ograniczyć rozwój wrogich grzybów, patogenów i wzmocnić naturalną odporność róży, co z kolei wpłynie na jej rozwój i kwitnienie. 

I o ile nikt nie przeczy temu, że jest to pozytywne zjawisko, przynoszące znaczne korzyści w naszych ogrodach, o tyle w stosunku do róż donicowych panuje opinia, że raczej nie daje to dużego efektu i nie warto jej stosować. Pozwolę sobie się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. W wypadku róż rosnących w donicach jest wiele "ale", jednak nie jest tak, że mikoryza jest zupełnie bezużyteczna. Wręcz przeciwnie! Może uratować chore i osłabione krzewy, chociaż przypomina to trochę grę w totolotka.


Kwitnąca róża mchowa - po podaniu w tym roku mikoryzy. Po przekwitnięciu wypuściła kilka ładnych nowych pędów.

Ze względu na krążącą negatywną opinię, dość długo się wahałam z podaniem szczepionki ale w okolicach kwietnia wszystkie moje róże dostały mikoryzę dla róż w granulacie. Jest tańsza i ponoć skuteczniejsza od mikoryzy w płynie (ale to opinia "obiegowa" więc polecam każdemu zrobić własny research, w każdym razie ja byłam zadowolona z granulatu). Już po miesiącu było widać pierwsze efekty i utrzymują się one właściwie do dnia dzisiejszego.

Na zdrowym, sześcioletnim Comte de Chambord, mimo tego, że jest posadzony w prawie metrowej donicy, rzeczywiście szczepionka nie zrobiła większego wrażenia. Ale już chora i zamierająca Souvenir de la Malmaison cl. posadzona w identycznej donicy odżyła i to znacznie. Myślałam, że będę się z nią z nią żegnać tymczasem wypuściła nowy, na chwilę obecną już 1,5 metrowy pęd, rozgałęziła się i poszła w górę jak szalona. Nie zakwitła w tym roku. Nic dziwnego, bo była praktycznie konająca, ale bardzo cieszy mnie jak silnie się rozkrzewiła. Mniej wyrazisty, ale również widoczny efekt, w postaci kwitnienia, żywotności i wzrostu, zauważyłam jeszcze na trzech innych różach. Dwie z nich w tym roku pięknie kwitły, chociaż także były osłabione po zimie, za to trzecia została posadzona na wiosnę z "korzenia". Ładnie się rozrosła acz dopiero teraz zawiązała kwiatowe pąki. U niespełna rocznej róży, to zresztą nic dziwnego. 

To tylko drobny i niezbyt oddający stan faktyczny fragment gąszczu, który stworzyła w tym roku obumierająca już  Souvenir de la Malmaison cl, po podaniu szczepionki mikoryzowej.

Niestety mikoryza nie wpłynęła specjalnie na Old Glory. Liczyłam na to, bo ma tylko jeden pęd. Jest on mocno rozgałęziony i dość silny, ale faktem pozostaje, że jest tylko jeden - a to sprawia, że drżę przed ostrą zimą. Coś jednak tu nie zagrało, tak jak powinno, podobnie jak w wypadku Comte de Chambord.

Kolejna pięknie rozkrzewiona róża, pompon blanc parfait.

Podsumowując: jeśli macie krzewy, których kondycja wymaga poprawy warto zaryzykować, tym bardziej, że koszt jest niewielki. To od mniej więcej od 20 zł do 50 zł w zależności od formy szczepionki i firmy. Granulaty są tańsze i dość wydajne. Jedno opakowanie zasiliło wszystkie moje 8 krzewów a i tak wykorzystałam jakieś 2/3 zawartości. U róż osłabionych i młodych, które mają jeszcze gdzie się korzenić efekt prawdopodobnie będzie lepszy, niż u starszych krzewów. 

Jeśli macie własne doświadczenie z mikoryzą podawaną roślinom rosnącym w donicach, szczególnie taką w płynie, piszcie w komentarzach! Pomoże to każdemu ocenić potencjalne korzyści (lub wady) płynące z takiego zabiegu.

* cytat za Wikipedią. 

piątek, 7 czerwca 2019

Róża na parapet - hybrid hulthemia persica

Parapet, od strony południowej lub południowo-zachodniej, to jedno z najgorszych miejsc dla róż, szczególnie jeśli dodatkowo jest obity blachą. Większość krzewów po prostu się na nim przegrzewa i pada od upału. Nic dziwnego: szyba, ściany budynku, blacha. Jest jak w piekarniku. Straciłam w ten sposób kilka róż, które w innych warunkach radziłby sobie pewnie dużo lepiej. Ale w tym roku (odpukać w niemalowane) chyba wreszcie udało mi się znaleźć coś odpowiedniego. Falę upałów mam już za sobą a Eyes for You kwitnie bez zarzutu. 





Nie był to mój wybór "number one". Nie ciągnie mnie do róż w takim stylu, wolę te o pełnych i obfitych kwiatach. Teraz jednak, gdy już rozkwitła, muszę przyznać, że jest piękna. Kupiłam ją trochę na chłopski rozum. Eyes for You jest klasyfikowana jako floribunda lub hybrid hulthemia persica. Hulthemia persica to krewniak róży występujący naturalnie w naprawdę ciężkich warunkach. Widziałam ją na zdjęciach rosnącą praktycznie na pustyni. Skoro mieszańce mają ich geny stwierdziłam, że powinny dać sobie radę i na rozgrzanym parapecie. Później doczytałam, że mieszańce wcale aż tak dobrze nie znoszą tego upału a przynajmniej nie wszystkie, ale i tak było po fakcie. Na szczęście ta konkretna odmiana nieźle toleruje upał. Starałam się wybrać najlepszą odmianę z dostępnych hulthemi, za razem pachnącą, silną, odporną i dobrą dla pszczół, do tego medalistkę. Padło właśnie na Eyes for You - odmianę z 2004 roku, wprowadzoną na rynek w 2009.




Póki co nie siada na niej mszyca ani żaden inny robak a mszyc mam sporo (dziwny rok, zero przędziorka i pełno mszycy, jak nigdy!). Jak na różę w pojemniku kwitnie obficie. Kwiaty ma duże, na pół mojej dłoni. Zamyka je na noc, co jest u róż chyba dość rzadkie. Odpowiadają pewnie za to geny hulthemi persica. Nie jest duża, dorasta do jakiś 1,4 metra, w donicy będzie miała pewnie mniej, ponoć w naszych warunkach tak naprawdę rośnie do metra, za to ładnie się krzewi na boki. Nawet jeśli przysłoni trochę okno, to zapewni tylko niewielki cień. Ślicznie się przebarwia. Na początku jest bladziutka, różowa z ciemnym oczkiem a z czasem idzie w fiolet i liliowe odcienie. Pięknie pachnie. Nie mocno, ale na tyle intensywnie, żeby stojąc przy krzewach bez problemu wyczuć zapach. Czasami wiatr zawieje ten aromat do domu. Jak na mój gust pachnie niczym stare róże pomieszane ze słodyczami. Trochę jak landrynki obok bukietu. Jednym słowem jest urzekająca. Powtarza kwitnienie, zobaczymy jak obficie.





Posadziłam ją z karmnikiem ościstym i muszę przyznać, że świetnie się dopełniają. Oprócz karmnika rośnie razem z bratkami lub stokrotkami. Podlewam średnio co dwa dni, żeby jej nie przesuszyć i nawożę tak jak inne róże dwa razy w sezonie moją ulubioną mieszanką, w której skład wchodzi obornik owczy, zakwaszacz z nawozem i  granulowana odżywka dla róż. Jeśli zimować będzie tak jak znosi upały to wróżę mojemu parapetowi udaną przyszłość ;)



czwartek, 30 maja 2019

Róże zakwitają o poranku...

Ciężko uwierzyć, że o tej porze roku niebo może być tak niebieskie i jasne, gdy jednocześnie jest tak chłodno. W domu pachnie przypaloną czekoladą w białej porcelanie, ale jeszcze nie różami. Bez intensywnego ciepła zapach nie chce rozwijać się tak dosadnie jak powinien. Jednak gdy stanie się pod krzewem Comte de Chambord i tak czuć wyraźną słodycz, którą już zawsze będę kojarzyła z konfiturami. Zakwitły na razie trzy moje krzewy: Glorie de Djion, Comte de Chambord i dzisiaj rano Pompon Blanc Parfait. Na tle bezchmurnego błękitu ich kolory wydają się niezwykle soczyste, chociaż Gloria od chłodnej i deszczowej pogody ma w tym roku blado żółte kwiaty. To naturalne u tej róży, że wybarwia się w zależności od panującej na zewnątrz aury. 






W tym roku kwitnienie jest naprawdę udane, jak na róże rosnące w donicach. Nie mogę się napatrzeć. Kwiaty Old Glory są tak obfite, że aż uginają się pod własnym ciężarem. Zachwyca mnie ta róża. Najchętniej siedziałabym z filiżanką kawy albo czekolady non stop na balkonie, ale i mnie i Duśkę po pięciu minutach wygania chłód. Tego poranka ubrałam się w sweter i szybko porobiłam jakieś zdjęcia. I tak nie oddają tego co czuje się wśród krzewów a przecież jeszcze nie wszystko kwitnie i wiele pąków wciąż czeka na rozwinięcie...





Ten rok był dla moich róż łaskawy, ale mam wrażenie, że też się wreszcie nauczyłam, jak ważne jest odpowiednie odżywienie podłoża, jego kwasowość i zasobność. Jakoś tyle lat nie docierało to do mnie, szczególnie jeśli idzie o kwasowość. Pompon Blanc Parfait zaczęła na początku maja trochę chorować. Bez wyraźnej przyczyny żółkła. Było na niej nieco mszycy, ale nie aż tak, by niszczała w taki sposób. Na pasku z odczynnikiem  do akwarium sprawdziłam PH. Doszło do skali, czyli 6,5 a z tego prosty wniosek, że musiało być więcej. Dodałam zakwaszacza i jak ręką odjął. To mi uświadomiło ciekawą rzecz na temat obornika. Jest świetnym, naturalnym nawozem, ale jednocześnie sprawia, że ziemia robi się zasadowa. W tym roku moje róże dostały więc mieszankę nawozu składającą się z obornika owczego wymieszanego z nawozem do róż oraz z zakwaszaczem. Dopiero taka mieszanka zdaje się być dla nich satysfakcjonująca.




Jestem strasznym kawoszem i chociaż w ciąży dostałam pozwolenie od mojej doktor na ledwo jedną fliżankę espresso czy mokki, za każdym razem zbieram fusy z ekspresu i dodaję do gleby. Nie obniżą PH, ale utrzymają je na właściwym poziomie. Minęło teraz trochę czasu i widzę, że efekt takich zabiegów jest zadowalający. Posadzenie niskich roślin w donicach jak skalnica, lawenda czy szałwia też pomaga, ponieważ podłoże tak się nie przesusza, a to częste w pojemnikach o ograniczonej powierzchni.




Prowadzę jeszcze jeden "eksperyment" z  mikoryzą do róż. Efekt jest mocno zaskakujący, ale wstrzymam się jeszcze, zobaczę co dalej się stanie i napiszę o tym osobną notkę później. A teraz czekam tylko na słońce i ciepło, bo nic nie pachnie tak jak rozkwitła róża alba. Przyjemnego dnia...   

środa, 8 maja 2019

Na chwilę przed kwitnieniem...

Majówka nas nie rozpieszczała, ale za to róże mają się dobrze. Zimni Ogrodnicy chyba przyszli wcześniej, na szczęście bez jakiś wielkich mrozów, przynajmniej w moim rejonie, a do tego na balkonie i tak jest cieplej. Jeśli wierzyć prognozom to na Zimną Zośkę pogoda akurat się poprawi, od jutra też ma być trochę więcej słońca. Dobrze, bo już tęskno mi do śniadań na balkonie a wszystko w tym roku świetnie się rozwija, tworząc wyjątkową atmosferę małego ogrodu. A do tego ten zapach narcyzów... Wahałam się, czy zdjąć już wszystkie zimowe osłony z róż jednak ostatecznie stwierdziłam, że przy takim upale, jaki miał miejsce w kwietniu, trzeba to zrobić. Szczęśliwie okazało się, że była to dobra decyzja.



Mój parapet na początku maja

Irys w skrzynce

Postanowiłam zrobić małe zestawienie, żeby później móc sprawdzić, jak będzie wyglądać kwitnienie w stosunku do tego co się dzieje obecnie. Dopieszczam moje krzewy w tym roku. Zajmuję się nimi jak tylko jest ciepło. Zdecydowałam się zaaplikować im mikoryzę w postaci granulatu.  Za jakiś czas napiszę, jaki dało to efekt w  donicach. Oceniam, że część róż zakwitnie bardzo wcześnie, bo w połowie maja a pierwsza będzie moja ulubiona Glorie de Djion. Ale może po kolei...

1) Souvenir de la Malmaison cl. - tu niestety jest źle. To co brałam za nowe przyrosty okazało się być niestety  dziczkami. Po ich usunięciu róża nie wygląda za dobrze. Chyba zaczyna zamierać, nie powinna była przemarznąć, ale może jednak... Nie zamierzam jej ściąć, dam jej jeszcze szanse. Nie wiem co posadzić jeśli jednak musiałabym się jej pozbyć. Nie będę z nią trzeci raz próbować jeśli teraz znowu nie wyjdzie. Jestem uparta, ale nie aż tak. Najwyraźniej nie wszystko nadaje się na balkon i trzeba to czasem zaakceptować. Waham się po między z dawna odkładanym Louisem Odier a powrotem do róż angielskich.

2) Gloire de Mousseux - tu jest dużo lepiej, bardzo jestem tą różą podekscytowana, bo to moja pierwsza mchowa a planowałam ją od dłuższego czasu. Krzew ma to do siebie, że prezentuje się ciekawie nawet teraz. Pączki pokrywa coś w rodzaju miękkich kolców, rzęsek czy wypustek przypominających właśnie "mech". Są przyjemne w dotyku. Z niecierpliwością czekam na kwiaty. Róża ładnie się zazieleniła i rozwinęła. W jej pokroju nie podoba mi się tylko jedna rzecz. Jest jakby "łysa" od dołu. Mocno zdrewniała wypuszcza wszystkie liście dopiero gdzieś na wysokości 30-40 cm.  Nie wiem, czy tylko mój egzemplarz tak ma czy to wspólna cecha odmiany. Poradziłam sobie z tym sadząc od dołu szałwię.




3) Glorie de Dijon - ma ponad 20 pączków kwiatowych, ładnie się rozkrzewiła i dostała "osłonę" z fiołków, która fajnie się z nią komponuje. Bałam się trochę co z nią będzie, bo wczesną wiosną "dziwnie" się zachowywała, ale jak widać ta róża lubi mnie zaskakiwać. Myślę, że w ciągu max 2 tygodni zakwitnie a patrząc na jeden z pąków, może nawet szybciej.




4) Comte de Chambord - ta róża nigdy mnie jeszcze nie zawiodła. Myślałam, że się będę z nią żegnać po zeszłorocznych upałach ale nie poddała się. W tym roku odbiła, zazieleniła się i nie ma śladu po chorobie. To będzie chyba 6 rok tej róży na balkonie. To moja pierwsza róża historyczna i jest ze mną do tej pory. Przeżyła wszystko. Ma pełno kwiatowych pąków. Szkoda tylko, że mój egzemplarz uparcie nie chce powtarzać kwitnienia.




5) Pompon Blanc Parfait - uwielbiam róże alba. Świetnie rośnie w donicy. Prowadzę ją przy barierce jak  zielony parawan. Niestety przyczepiły się do niej mszyce. Na razie po prostu je zgniatam i psikam płynem do mycia naczyń. Chwilowo mam od nich spokój. Jeśli wrócą zamierzam potraktować je sodką. Mam zamiar w tym roku przerzucić się w 100% na środki ekologiczne, zobaczymy co z tego wyjdzie. Ma pierwsze małe pączki, ale raczej nie zakwitnie przed czerwcem.

6) Aloha Kordes - posadziłam goły korzeń na wiosnę, ma ładne przyrosty, ale pewnie jeszcze długo nie zobaczę kwiatów. Jeśli zakwitnie to nie wcześniej niż w czerwcu/lipcu. Jeszcze nie wiem, co z niej będzie.

7) Eyes for You - to właściwie nie do końca róża tylko jej mieszaniec, klasyfikowany jako hybryda Hulthemia persica albo floribunda. Widać pewną różnicę w stosunku do reszty moich róż, bo liście są bardziej "strzępiaste", jakby ostre. Mam dwie sztuki, które rosną w kompozycjach z innymi kwiatami. Póki co wygląda to dobrze. Ładnie się rozkrzewiają, rosną bez problemu, mają pierwsze kwiatowe pączki ale na kwitnienie również trzeba będzie poczekać. 


Jednym słowem upchnęłam jakoś na moim balkonie 7 odmian i 8 krzewów. Pewno nie zakwitną równocześnie. Z jednej strony szkoda, z drugiej będą się uzupełniać a to ważne przy  jednokrotnie kwitnących odmianach starych. 
Ze względu na pszczoły zamówiłam jeszcze chabry i niebieską kalamintę. Nie mogę się doczekać lata... 









x

środa, 24 kwietnia 2019

Aplikacja PlantSnap - czy warto?

Dzisiaj coś nietypowego, czyli recenzja aplikacji rozpoznającej rośliny. Pomysł sam w sobie wydaje się bardzo sympatyczny. Ile razy to zdarzyło nam się zapomnieć nazwy czegoś, co posadziliśmy a wyrzuciliśmy już od tego etykietę albo w ogrodzie pojawiła się jakaś dziwna samosiewka? Ile to razy szliśmy przez park, las, łąkę i zobaczyliśmy coś godnego uwagi i nie mieliśmy pojęcia, co to za gatunek? Aplikacja w założeniu ma być rozwiązaniem tego typu problemów. W założeniu - to dobre słowo, oddające istotę problemu, bo w praktyce wcale nie jest tak pięknie, jak twierdzą autorzy aplikacji. 

PlantSnap testowałam przez ponad dwa tygodnie i powiem szczerze, że w pewnych momentach nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Ale po kolei: działanie aplikacji jest dość wygodne. Należy wykonać dokładne zdjęcie charakterystycznej części rośliny i poczekać na wynik. Program proponuje jedno rozwiązanie, które wydaje mu się najodpowiedniejsze oraz kilka innych potencjalnych odpowiedzi, a my na "czuja" mamy wybrać właściwe trafienie. Pozornie nic prostszego - tylko, że na kilkadziesiąt wykonanych przeze mnie zdjęć aplikacja trafiła... trzy razy! Acz trzeba uczciwie przyznać, że często zdarzało się jej trafić w tarczę, chociaż do dziesiątki było i tak daleko.

Goździk według aplikacji PlantSnap

Poprawnymi trafieniami były forsycja, bratek oraz bluszcz diabelski. Później aplikacja  stwierdziła, że fiołek freckles to begonia lub mięta rybna, róża jest berberysem, kwitnąca mirabelka to magnolia a zawilec to fiołek górski. Wśród kilku dodatkowych propozycji nie było ani jednej prawidłowej, za to kilka tak egzotycznych, że nawet o nich nie słyszałam.  W wypadku mojego kumkwatu PlanSnap udało się zgadnąć, że to jakiś cytrus - być może, dlatego, że akurat miał owoce. Zaproponował odmianę pomarańczy oraz  rzadką krzyżówkę pomelo. 

Co więc myśleć o aplikacji, która nie umie rozpoznać tak podstawowych roślin? Owszem PlantSnap pewnie trafi, gdy pokażecie mu kwitnący tulipan albo słonecznik, ale czy naprawdę potrzebna  jest nam aplikacja, by móc je rozpoznać?

Ostatnio ciotka zapomniała nazwy rośliny, która okropnie mi się spodobała. Posadziła na skalniaku ponad dwa lata temu bylinę o ładnych różowych kwiatach i nazwa wyleciała jej z głowy. Ale stwierdziła, że przypomni sobie jak usłyszy. Nie miała szans, bo PlantSnap twierdził uparcie, że to clematis lub goździk - mimo wykonania chyba trzech zdjęć z różnych perspektyw.

Bratek ogrodowy czyli jedno ze szczęśliwych trafień...

PantSnap został jednym słowem stworzony bezmyślnie, bez zebrania informacji na temat klimatu, roślin występujących w naszej szerokości geograficznej oraz odmian popularnych w polskich ogrodach. Zapomnijcie, żeby aplikacja rozpoznała prawidłowo jakieś kwitnące drzewo, z krzewami i ziołami też są spore problemy. Podanie właściwiej odmiany to często abstrakcja. Właściwie PlantSnap ma kłopoty ze wszystkim, trafia chyba na zasadzie czystego przypadku. Nie wiem na, co liczyli twórcy? Na bezrefleksyjnych użytkowników z zerową wiedzą o roślinach? 

Trzeba wspomnieć jeszcze o innym mankamencie. Propozycje nazw roślin podawane są albo po angielsku albo po łacinie. Należy po kolei wchodzić w każdy opis, żeby znaleźć spolszczenie i charakterystykę rośliny. Niestety po kliknięciu opis często wygląda jak wykonany w translatorze Gogola, co świadczy tylko o tym, że aplikacja rzeczywiście nie jest ani przystosowana ani dedykowana na polski rynek.

I na koniec wisienka na torcie. Aplikacja umożliwia wykonanie tylko pięciu zdjęć dziennie. Aby móc zrobić ich więcej należy wykupić wersję premium. Chyba tylko po to, żeby mieć większą szansę, że PlantSnap w coś trafi, bo gwarantuję wam, zmarnujecie te pięć zdjęć na jedną roślinę, mając nadzieję, że aplikacja zrozumie, że nie mieszkacie w Nowej Zelandii. 

Podsumowując: na pytanie postawione w nagłówku można odpowiedzieć bardzo krótko - absolutnie nie. Na Facebooku znajdziecie chociażby takie grupy jak PoradyOgrodnicze24 z kilkoma tysiącami użytkowników będącymi profesjonalistami z doświadczeniem, zapalonymi ogrodnikami amatorami lub praktykami szkółkarzami. O dowolnej porze dnia możecie zapytać tam o poradę albo wrzucić zdjęcie rośliny w każdym stadium rozwoju i na pewno otrzymacie rzetelną odpowiedź. PlantSnap może wydawać się wygodny, ale to nic innego jak wyciąganie pieniędzy z waszych kieszeni. Nie dajcie się nabrać. 


poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Moja róża zwariowała...

Takie dziwy tylko u mnie. Jedna z moich róż ma już pączki kwiatowe. Chyba sądzi, że jest owocowym drzewkiem albo forsycją. Przecież jest początek kwietnia!



Nigdy czegoś takiego jeszcze nie widziałam, tym bardziej, że nie jest to żadna róża pomarszczona, czy dzika, ani nawet któraś z wcześnie kwitnących odmian. To Glorie de Dijon. Jest to tym dziwniejsze, że w stosunku do innych róż rozwija się dość powoli. Podczas gdy tamte są już pokryte listkami ona dopiero otwiera większość z nich. Zaczęła się wybudzać jako pierwsza jednak później wyraźnie zwolniła. Jeden pączek kwiatowy wydawał mi się anomalią, ale dzisiaj zgłupiałam kompletnie. Znalazłam dwa kolejne kwiatowe pąki i już nie wiem jak to nazwać.



Z tej perspektywy dość kiepsko to widać, 
ale to kolejny kwiatowy pąk

I co tu o tym myśleć? Róża nie miała za ciepło, wręcz przeciwnie przez całą zimę stała okryta w dość wysuniętym miejscu i nawet bałam się, czy tak delikatnej odmianie to nie zaszkodzi. Odkrywałam ją z argowłókniny stopniowo tak jak zawsze, ale nie oszukujmy się, poza tym tygodniem wcale nie było u mnie za ciepło. Ponadto róża dostała oprysk z miedzianu i mieszankę owczego obornika z nawozem dla róż. Może za dużo? Czy zbyt duża ilość nawozu może tak przyspieszyć kwitnienie? Dzisiaj postaram się wzmocnić ją jeszcze opryskiem z bioseptu, na wszelki wypadek, gdyby jednak była osłabiona.

Ale na chorą ani osłabioną tak naprawdę nie wygląda, rozwija się powoli, jednak ładnych pączków jest dużo, z każdym dniem ich przybywa, a dzisiaj naliczyłam sporo małych zalążków.

Musi się wypowiedzieć ktoś mądrzejszy niż ja, bo naprawdę tego nie rozumiem. Próbowałam szukać czegoś o tak wczesnym kwitnieniu róż, ale nic nie znalazłam. Obserwuję moją Old Glory codziennie i zobaczymy, co z tego wyniknie. Jeśli zakwitnie w maju i  rozwinie liście bez przeszkód to naprawdę wow.

Poza tym na balkonie szaleją zapylacze wszelkiej maści. Jakoś mało jest w tym roku skrzynek kwiatowych (mój mąż mówi, że to nie prawda, tylko to ja jestem niecierpliwa) więc pszczoły i bąki przypuszczają atak na mój balkon, gdzie mają bratki, stokrotki i niezapominajkę. Zrobiłam im prowizoryczne poidełko, chętnie siadają na kwiatach a w zawilcach dzisiaj znalazłam małą norkę. Zupełnie sobie nie przeszkadzamy a i obserwowanie skrzynek, gdy coś się przy nich dzieje jest dużo przyjemniejsze.


Pszczela norka w zawilcach


Stali bywalcy na bratkach

Mam posadzone już Eyes for You i praktycznie wszystko inne na wiosenny sezon. Kupiłam też Alohę Kordesa, ale nie będę jeszcze o niej pisać, poczekam co z niej będzie. Zamówiłam ją trochę przekornie. Chciałam coś silnie rosnącego w miejsce zmarniałego dzikiego wina i spodobał mi się jej kolor. Wiem, że opinie w wypadku tej róży są podzielone, trochę na dwoje babka wróżyła, ale sami widzicie, że u mnie nie jest normalnie, więc jak zwykle stwierdziłam, "sprawdzę, a co tam". Będąc zupełnie szczerą, to chyba jest ostatnio moja ulubiona metoda kupowania róż. Nie polecam jej do stosowania, szukajcie dobrych, sprawdzonych odmian na balkon - ja po prostu lubię eksperymentować, a to nie zawsze dobrze się kończy.

Z innych dobrych wieści - udało mi się uszczelnić jedną skrzynkę. Druga niestety czasem jeszcze trochę przecieka ale  nie jest już tak tragicznie, jak było. Może dałam za mało hydrożelu i to jest powód. Jeszcze trzeba poczekać na to, czy rzeczywiście nie będą przesychać. Póki co jest nieźle ale mamy wczesną wiosnę a to dopiero okaże się latem. Teraz trzeba dać roślinkom czas i zobaczyć, co te moje róże wykombinują w tym roku.



bazylia tajska - oczywiście kuchenna ale wystawiam ją, 
żeby również pszczoły mogły z niej korzystać


sobota, 23 marca 2019

Pogodowo - różany update

Wczoraj karmnik odwiedził szczygieł. Widziałam go u mnie na balkonie po raz pierwszy, w okolicy też raczej rzadko bytują. Niestety był tak płochliwy, że nie udało mi się zrobić mu zdjęcia. Zainteresowanie ptaków karmnikiem świadczy jednak, że jeszcze nie jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać po dacie. Astronomiczna wiosna w powietrzu ale ta prawdziwa dopiero raczkuje. W moim rejonie przyroda się nie spieszy, może zresztą i dobrze. Cały czas w ciągu dnia jest jakieś 9-11 stopni ale przede wszystkim jest nadal szaro i pochmurno. Dzisiaj jest pierwszy słoneczny dzień od wielu dni i temperatura powyżej 15. Niestety słońce ponownie ma rozpieszczać nas dopiero na następny weekend! 

Oglądam sobie zdjęcia znajomych na facebooku wśród traw i stokrotek i zastanawiam, czemu u mnie jeszcze tak nie ma? Tu w okolicy nieśmiało wychylają się krokusy i jakieś pojedyncze fiołki. Ale nawet forsycja jeszcze nie kwitnie. 

Irysy niskie w skrzynkach

A co na balkonie? Prawie wszystko posadzone, czekam jeszcze tylko na róże. Karmnik ościsty też musi poczekać ale doniczki są wkopane w ziemię, żeby nie wymarzł. Nic jeszcze nie kwapi się do kwitnięcia od hiacyntów, przez krokusy na fiołkach skończywszy. Sadzonki chyba się przyjęły, jednak przez pogodę, nie rozwijają się w jakimś zawrotny tempie.

Róże domagały się już przycięcia, dostały także profilaktyczny oprysk z miedzianu. Tak, jak pisałam w innych notkach, najlepszym terminem na cięcie róż jest kwitnienie forsycji, trzeba jednak obserwować pączki, czy nie pękają, ponieważ na balkonie zwykle bywa  po prostu cieplej. To swoisty mikroklimat. W tym momencie, jakiś tydzień po cięciu niektóre z moich róż mają już drobne listki. Po Hance zrobiło mi się miejsce na jeszcze jedną różę ale nie wiem, czy będę w tym roku jeszcze z czymś ryzykować. Potrzebuję donicy do przesadzenia irysów i narcyzów w późniejszym terminie, więc nie wiem, czy się na to nie zdecyduję. No może, jeśli jakimś cudem dostanę, gdzieś przypadkowo Rose de Meaux, którą od dwóch lat próbuję bezskutecznie zdobyć, zmienię zdanie. Wtedy pewnie się nie powstrzymam przed przytachaniem jej na balkon. Jestem dziwna - zamiast zainwestować w coś odpornego, kwitnącego przez cały sezon ja z uporem przynoszę coraz to kolejne róże stare. Ale czy słynne japońskie wiśnie byłyby tak piękne i wyjątkowe, gdyby kwitły cały rok? Nawiasem mówiąc, ponoć już kwitną... 


Młode listki i pączki róż

Martwią mnie narcyzy, bo to jedyne "sklepowe" kwiaty jakie u siebie sadzę. Nie chciało mi się ich klimatyzować ale za to je okryłam. Oby im to nie zaszkodziło. Cała reszta roślin jest ze szkółek, lub z ogródków, gdzie rosły na zewnątrz, więc nie ma z nimi tego problemu - mają tę zaletę, że są już zahartowane. 

Karmnik ościsty wciąż czeka na posadzenie razem z różami.

 Fiołek freckles ma się za to całkiem nieźle.

Hiacynt, który rósł  w domu i został posadzony
 po przekwitnięciu najwyraźniej też się przyjął.

 Wyglądają jak pory ale to narcyzy  bridal crown - zwykle są okryte agrowłokniną. 
Mam nadzieję, że nie wymarzną i zakwitną.

Jak pisałam wcześniej jakiś wielkich planów na ten sezon nie robię, czekam jeszcze na dwie sztuki Eyes for You i szczerze powiedziawszy trochę się już niecierpliwię. Chciałabym wreszcie je wsadzić i sprawdzić swoje teorie dotyczące poprawy wilgotności w moich skrzynkach po owocach. 

W chwili, gdy to piszę, dzwoniec i sikorka robią mi awanturę na balkonie. Zauważyły psa, który ma dzisiaj wreszcie okazję wygrzać się w słońcu. Ponieważ powiesiłam im  orzechy włoskie do skubania, są bardzo niezadowolone, że muszą się dzielić balkonem z jakimś intruzem. Niestety właśnie ponownie sprawdziłam prognozę i wychodzi na to, że jutro balkon będą miały, znowu tylko dla siebie... 


sobota, 9 marca 2019

Poidełka dla pszczół, motyli i zapylaczy...

Zobaczyłam je pierwszy raz wczoraj i z miejsca postanowiłam sobie zafundować, gdy tylko pozwoli na to pogoda. Pomysł wydał mi się genialny już nie mówiąc o jego prostocie i pożytku dla przyrody. O hotelikach dla zapylaczy słyszał chyba każdy ale poidełka dla pszczół i owadów to dla mnie nowość. Jest to kolejny sposób, żeby nieco ułatwić życie naszym ogrodowym przyjaciołom, którzy w ostatnich czasach i tak mają pod górkę. 

Zrobienie takiego poidła dla pszczół jest bardzo proste. Wystarczy nam nieco kolorowych szkiełek albo nawet zwykłych otoczaków, drobnych kamieni oraz dowolna miska lub spodeczek. Żwirek i otoczaki jeśli nie mamy do nich dostępu we własnym ogrodzie albo boimy się, że będą zanieczyszczone możemy kupić w większości sklepów zoologicznych, posiadających dział akwarystyczny. W sumie w ten sposób możemy za niewielkie pieniądze dobrać takie, które będą pasowały do całości naszej aranżacji. Niektórzy stawiają tak wykonane poidełko na dużej ceramicznej donicy, tworząc coś w rodzaju małej fontanny.

UWAGA!!! Jeśli poidło ma być przeznaczone przede wszystkim dla pszczół lub zapylaczy, powinno być mocno wypełnione budulcem. Dodajmy tam również mech (możemy zamówić żywy na allegro, ale nie zbierajmy go sami, wiele gatunków jest chronionych) lub unoszący się na powierzchni  wody kremazyt. Uchroni to pszczoły przed potencjalnym utopieniem. Poniższe projekty potraktujmy jako źródło inspiracji, nie zapominając o bezpieczeństwie owadów. Jeśli chcemy by poidło służyło także ptakom czy jeżom, rozważmy dwa poidła, lub wykonajmy jedno częściowo gesto wypełnione mchem, kremazytem czy korą.

Oto jak wyglądają niektóre kompozycje:










Jeśli chcecie przyciągnąć do waszego poidełka również motyle należy wówczas skorzystać z kolorowych kamyków albo nieco urozmaicić poidełko wybierając barwną misę. Jak się okazuje motyle widzą kolory. Rozpoznają: czerwony, różowy, lawendowy, żółty, pomarańczowy czy zielony. Można też wypełnić misę kwiatami,


albo owocami - przy czym nie wiem, czy zadziała to na motyle w naszym klimacie. Polecam przetestować samemu, jeśli ktoś ma ochotę. Ja na pewno spróbuję. 




WAŻNA INFORMACJA - niektórzy wlewają w takie misy osłodzoną wodę. Ponoć pszczelarze proszą, aby tego nie robić, ponieważ wpłynie to później negatywnie na jakość miodu. Jakie to ma znaczenie, jeśli w okolicy mamy tylko dzikie pszczoły i zapylacze niestety nie wiem. Póki nie wypowie się ktoś mądrzejszy ode mnie albo nie znajdę rzetelnej informacji ta ten temat, wolę unikać podobnej praktyki. Jak to się mówi "po pierwsze nie szkodzić" a może nawet bardziej "dmuchać na zimne". EDIT - zgodnie z informacją z jednego z komentarzy, taką wodę podajemy wyłącznie w ulach.

Jeśli poidełko postawimy na ziemi jest spora szansa, że nie tylko owady z niego skorzystają ale również drobne ssaki takie jak jeże. Wyższe poidła pewnie chętnie odwiedzą ptaki. Ja miskę z wodą dla ptaków na czas mrozu wystawiam zawsze obok karmnika (ludzie często o tym zapominają: ptaki nie "napiją" się śniegu ani lodu, to dla nich pora suszy) i fajnie będzie mieć wersję letnią. Myślę również o założeniu domku dla zapylaczy. Balkon niby takie sobie miejsce a jednak dzikie pszczoły i tak budują gniazda w tyczkach, którymi podtrzymuję swoje róże, więc może warto?

Na koniec wersja dla leniwych i przy okazji mała reklama dla sklepu z ceramiką, którego prace od dawna bardzo mi się podobają. Jeśli szukacie fajnego, oryginalnego poidełka do wykorzystania w swoim projekcie, zajrzyjcie tutaj: https://reniflora.pl/pl/c/Ceramika-do-ogrodu

Do zobaczenia. Oby pogoda była dla nas łaskawsza niż teraz. "W marcu jak w garncu" ale przecież to musi się wreszcie skończyć.

Jeśli pomysły przypadły ci do gustu wpadnij również na balkonowego facebooka ::https://www.facebook.com/rozanybalkon



czwartek, 7 marca 2019

Jedna mewa wiosny nie czyni...

Co innego fiołek! Ale po kolei, zacznijmy od mewy. Ten ptak jakoś mało się z wiosną kojarzy - a jednak okazuje się, że także on odlatuje na czas zimy w cieplejsze rejony świata. Mewi jazgot to pierwszy wiosenny dźwięk, który zwykle słyszę w mojej okolicy. Żuraw i bocian gardzą miejskimi terenami ale mewa nie, szczególnie jeśli w pobliżu są dwa przyzwoite wodne zbiorniki. 

Wczoraj mewa zaskrzeczała po raz pierwszy. Jedna na razie. I niestety za oknem coś tej wiosny jakoś nie widać. Niby jest 10 stopni na plusie, ale poza tym mamy gęste chmury i nieprzyjemny wiatr. Nic jeszcze nie kwitnie, nawet forsycja. Krokusy też zdają się dopiero nieśmiało kiełkować. Póki co są bazie i rozwijające się pąki. Jest jednak na tyle ciepło, że chyba zaraz trzeba będzie ciąć róże. 

 fiołek freckles

Na moim balkonie czas dłuży się niemiłosiernie, bo skrzynki już wyczyszczone czekają na nowych mieszkańców a tu większość dostaw dopiero po 20 marca. Skusiły mnie dwie odmiany fiołków: nakrapiany fiołek freckles oraz fiołek labradorski, podobny do naszego, tyle, że srebrzysto fioletowy. Na fiołka freckles wpadłam czytając artykuł w Gardeners'World. Labradorski rzucił mi się w oczy przypadkiem. Wybrałam te dwie nierodzime odmiany licząc na dłuższe kwitnienie a ponadto spodobała mi się ich barwa. Znalazłam również gdzieś informację, że były by dobrym towarzystwem dla róż i mogły by nieźle uzupełnić moją kompozycję z Eyes For You. Nie ma jednak sensu ich tam sadzić zanim nie przyjdą róże. Z drugiej strony czy nie wyglądałby uroczo z Glorie de Djion? Miałyby tam też o niebo chłodniej... Na pełne słońce do skrzynek chyba lepiej nada się karmnik ościsty, który również dodałam do tegorocznego planu. Jak widać w tym roku zachciało mi się niskich rabatek, ukwieconych i gęsto porastających donice. To będzie miało swój plus. Ochroni róże przed nadmiernym wysychaniem a do tego urozmaici widok zanim róże zakwitną. 


 fiołek labradorski


karmnik ościsty

Z moich dużych krzewów padła tylko Hanka - reszta trzyma się nieźle. Jestem nawet w szoku, że przy moich minimalnych staraniach tak ładnie przezimowały. Może to zasługa owczego obornika, który dostawały w zeszłym roku?  Z dwóch najdelikatniejszych róż czyli Glorie de Djion i Souvenir de la Malmaison jestem naprawdę zadowolona. Już w tym momencie mają mnóstwo pączków a do tego Souvenir de la Malmaison pięknie się zaczyna rozkrzewiać - przy tym jak prawie padła w zeszłym roku to duży sukces. Może i to prawda, że w polskich ogrodach nie czują się najlepiej ale balkony i duże donice zdają się im pasować. 

Co ciekawe dzikie wino chyba wymarzło. Powiem szczerze, że ostatecznie bym się tym jakoś nie zamartwiła. Posadziła je jeszcze poprzednia właścicielka mieszkania, robiło dość ładne tło i żal było mi się go pozbywać, ale zabierało mi przestrzeń i chętniej widziałabym w jego miejscu coś innego. Niekoniecznie będzie to róża. Od pewnego czasu chodzi mi po głowie wiciokrzew. 

Jestem też bardzo ciekawa róży mchowej. Jeszcze nigdy jej nie miałam a zawsze podobały mi się te urocze "włoski" na pąkach. Kupiłam Glorie de Mousseux na jesień więc w tym roku pierwszy raz zobaczę jej kwiaty. 

Teraz trzeba tylko uzbroić się w dużą dozę cierpliwości... I w nowy sekator, bo stary pozostawiony na dworze, niestety zardzewiał... I czekać, czekać, czekać. 


Stare posty

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Zdjęcia bez wskazanego źródła są na licencji public domain.

KOMENTARZE ZAWIERAJĄCE LINKI DO PRODUKTÓW I SKLEPÓW BĘDĄ TRAKTOWANE JAKO SPAM.
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Back
to top